Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

24 marca 2015

DO CIŻEMEK

Tedy do Ciżemek cała ludzkość w poniedziałek przed dziesiątą się wybrała. Z tą ludzkością radca Krach, rzecz jasna, przesadził. Auta były dwa. W pierwszym oczywiście pan radca po lewicy kawiarennika kierownicę w dłoniach trzymał; z tyłu Maria z ukochaną Różą; jeszcze dalej przepięknie złożony wózek. W drugim aucie mecenas Szydełko z redaktorem Pokorskim; obaj na przedzie.
Zapomniano powiedzieć, że był poniedziałek, a więc ów dzień, w którym kawiarenkę później niż zwykle otwierano, lecz słynny on będzie z prawdziwie wiosennej pogody, jaką przyniósł z sobą nie wiadomo skąd po deszczowej niedzieli. Byłby paskudny wstyd, gdyby zdrowiutką jednak, jak Bóg przykazał, Różyczkę pozbawić widoku i atmosfery ciżemkowskiej natury.
Nieprzypadkowy był też zestaw płci męskiej na wycieczce, albowiem raz jeszcze sprawę redaktora Pokorskiego rozważyć miano. Pan Krach poświęcał na to strzęp zaległego, zeszłorocznego urlopu, a mecenas Szydełko akurat w ten poniedziałek wolnym był ptaszęciem, co zdarzało się niezwykle rzadko.
Ledwie wsiedli, radca Krach jął się droczyć z właścicielem kawiarenki w materii nieposiadania przezeń własnego auta.
- Panie Adamie – rzekł inicjator wycieczki subtelnie – nie próbuj pan, przyjacielu myśleć, że piję do tego, gdyż nie chcę dla młodego państwa być wdzięcznym szoferem. Już to z panią Marysią i jej córeczką na koniec świata bym wyjechał, lecz zważ, przyjacielu, żeś teraz ostoją i rodziny głową, a bez samochodu głowa rodziny, to głowa bez głowy.
Z zawiłości słownych pan radca znany był w całym powiecie, zwłaszcza w swoim fachowym żargonie, kawiarennik jednak w lot pojął te słowa.
- Wiem o tym, panie radco, ale na tej mojej, odpowiedzialnej za rodzinę głowie wydatki są niemałe ostatnio.
Ruszyli powoli, przepisowo, z marszu, jak na spacer.
- Zamówiłem drewniane płyty, deseczki, filarki… a drzewo kosztuje – uzupełnił.
- To prawda – przyznał Krach – zadowól się wobec tego, przyjacielu, nietęgo zjeżdżonym dieselkiem. Mam takiego na oku. Gość dla pana na raty sprzeda, bez zdzierania. 
- Zastanowię się – odparł kawiarennik, który myślami był już przy tej śmiało przez rozmówce niedawno podjętej deklaracji odnośnie utworzenia pisma.
- Poważnie pan myśli o założeniu gazety? – z niedowierzaniem w głosie zadał to pytanie.
- Jak najbardziej poważnie. Nigdy nie żartuje, kiedy tylko myślę poważnie – odparł pan radca – rozważ przyjacielu. Na moją pełną pomysłów starą głowę nasze pisemko będzie czysto obywatelskim przedsięwzięciem z domieszką przyjacielskiego partnerstwa i ma nieść dobrą i pozytywna nowinę w tym świecie zepsutym zawiścią i waśnią. Któż inny, jak nie my, skupieni wokół kawiarenki i twojej, nie oponuj, czcigodnej postaci, ma większe prawo do powiedzenia światu o naszych pasjach i humorach. Zważ na obsadę redakcyjną: pani Zosia z nauczycielskim i polonistycznym fachem obeznana, ukulturalni nasze łamy, jej szacowny mąż będzie miał miejsce na lekarskie porady, tak jak mecenas Szydełko, który skupi się na prawie. Doktor Koteńko ponadto wielce zasłużonym jest muzyki klasycznej słuchaczem, a my wszyscy nawet nie przypuszczamy, jak się ten talent konesera marnieje; może więc coś na temat muzyki nam spłodzi. Pani Zofia z kolei ma czeredę przecudnej młodzieży, swoich wychowanków, którzy w ogień pójdą za nią. Zamiast iść w ogień, niech piszą, niech piszą od siebie, o swoich problemach i radościach. A stary pisarz, panie Adamie, toż to dla niego zasłużona sposobność dostania się na literackie ołtarze. Pewnie spostrzegłeś, przyjacielu, jaki ma ostatnio przy piciu mleka melancholijny wystrój twarzy. Pan inżynier Bek wraz z tobą, Adamie, kulinarną kolumnę poprowadzi; ja zaś zajmę się rubryka ogłoszeniową, a pani Maria z przyjaciółkami o wychowaniu najmłodszych piskląt napisze, trudną sztukę psychologii (co ja, na własny użytek nazywam socjotechniką) uprawi. Chcemy siły ducha? Tylko powiedz to naszym dwóm siostrom rodzonym-zakonnym – znajdzie się dla nich metafizyczny zakątek. A pani: Szydelkowa, Bekowa i, za przeproszeniem, moja lśniąca intelektem połowica, same obmyślą miejsce dla siebie. Na sztukę też będzie kolumna, na teatr. Pani Zofia inwencji ma co niemiara, a doktor Koteńko odetchnie na moment od tej opieki, którą go otacza. Dla pana Pokorskiego, który będzie redaktorem naczelnym, pozostawimy swobodę w działaniu, choć wiem, że zadba o aktualności, a ciętym językiem tak ubarwi nasze pismo, że zdruzgocze konkurencję. A teraz, niech pan mi powie, panie Adamie, czy w tym, o czym opowiedziałem, popełniłem jakiś logistyczny i merytoryczny błąd?
Dalibóg, rzadko radca Krach przemawiał tak długo i treściwie, a jednocześnie poważnie. Kawiarennik za nic nie potrafił nadziać entuzjazmu pana radcy na przysłowiowego haka.
- Jest jedna rzecz, którą rozważyć trzeba – odezwał się Adam, nie chcąc, aby radca widział w nim tę bierną postawę, która tyle złego w przeszłości, a i obecnie, światu wyrządziła – role zostały rozdane, lecz czy aktorzy zechcą się nimi zająć?
- Aktorzy, powiadasz pan, Adamie. A ja powiem: przyjaciele, bo trzeba pamiętać, że u źródeł moich przemyśliwań jest niesprawiedliwość, jaka spotkała pana Pokorskiego. Dlatego też moja prośba do pana…
Tu radca Krach przerwać musiał, oddając prawo użycia broni jako pierwszemu – kawiarennikowi.
- O to proszę być spokojny. Pan Pokorski do czasu otwarcia na oścież pisma, pracuje u mnie  i pracy będzie miał sporo.
- Szczerze ci dziękuję przyjacielu – radca Krach nie próbował nawet ukryć satysfakcji.
Tak rozmawiając, nareszcie do Ciżemek dojechali. Oswobodzono wózek i Maria natychmiast w słoneczną okolicę z Różą się udała. Kawiarennnik musiał natomiast poświęcić chwilę na rozmowę z redaktorem, choć w pierwszym rzędzie wszyscy panowie udali się do domostwa Joanny i Piotra, gdzie całkiem spory tłum męskiej czeladzi dokonywał remontu. Otóż, jak się okazało, zarówno młoda instruktorka jazdy konnej, jak i też zdolny weterynarz dysponowali braćmi (w sumie chłopów sztuk cztery), którzy zdecydowali się młodym pomóc w zagospodarowaniu. Zdaje się, że cała szóstka pracujących (młodzi nie próżnowali) wykańczała doszczętnie remontem budyneczek, którego ściany lśniły w marcowym słońcu kremową barwą budyniu o smaku waniliowym, zaś dach purpurowiał świeżą soczystą, matową barwą jednorodnej, blaszanej mozaiki. Kiedy przygarnięto zaskoczonych przyjaciół do środka, zobaczyli i poczuli świeżość gładkich ścian w radosnych kolorach pasteli; stwierdzili, że przybyli na ostatnie pociągnięcia pędzlem, na stonowane ruchy mioteł, na siarczysty, basowy dźwięk odkurzacza, na polerowanie szyb i woskowanie podłóg. Radca Krach, najbardziej zaskoczony, nie mógł się wydostać z podziwu nad efektem poczynionych prac.
- Oto, jak wielką kategorią w dziejach ludzkości jest wzajemna pomoc – wyrzekł spoglądając na redaktora Pokorskiego, który pewnie w innych niż obecne okolicznościach zasłynąłby reportażem z miejsca renowacji, godnym umieszczenia go na pierwszej stronie pisma.
Podczas godzinnej przerwy zarządzonej przez Joannę i Piotra padały przemiłe słowa kierowane do restauratorów, a jednocześnie solenne zapewnienia, że do dalszych renowacyjnych prac młodzi powinni koniecznie zawezwać pana radcę, który przyjaciół dziarskie grono zbierze i tak jak obiecał z nastaniem nowego roku, tak dopomoże młodym, aby czym prędzej uruchomili swój biznes.
Pośród rozmów nie słychać było, jak kawiarennik konferował z redaktorem, a przecież ich rozmowa stała się kamieniem węgielnym przyszłych działań, które już niedługo nastąpią. W końcu sam pan Adam porzucił miłe towarzystwo dla swojej młodej żony i dziecięcia, które, choć drożdżami nie karmione, rosło śmiało jak ten pączek róży, kiedy zachciewa mu się przemiany w pachnące kwiecie.
Młodzi wędrowali pośród olch i brzózek, jeszcze bezlistnych, lecz przygotowanych do zapuszczenia jasnozielonych oczek, z których niebawem wyłonią się listeczki.
Ciżemkowska łąka budziła się z zimowego snu, jeszcze poszarzała, jakby wysuszona oczekiwaniem na ciepłe noce, ale budziła się z każdym dniem i zaczynała pachnieć dalekim, atlantyckim powiewem wiatru. Półśpiącą Różę z wszystkimi obywatelami nowonarodzonych Ciżemek zapoznano, a pan Adam, być może za względu na entuzjazm, z którym jego córuchna została przyjęta, zaprosił wszystkich, co do jednego braci na godzinę dwudziestą do kawiarenki, aby mogli swoje dzielne i ofiarne życie osłodzić.
A na różowym, niewielkim nosku Różyczki usiadła przelotna biedronka. Dziewczynka odruchowo podrapała się w nosek walcząc z łaskotkami; to zaś stworzenie wybiło się nóżkami w górę, pomachało skrzydełkami i rozpuściło po bożym świecie. Po upływie godziny, nie więcej męsko-damskie towarzystwo powróciło do aut, udając się najpierw do kawiarenki, później zaś do swoich domostw, aby zażyć jeszcze odpoczynku przed poniedziałkowo-wtorkowym snem.

6 komentarzy:

  1. To sama przyjemność czytać takie teksty.:-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Dziękuję uprzejmie :-) a teraz.... radca Krach do Ciżemek, a ja na dni dziesięć w świat .... do miłego!!!

      Usuń
    2. Czyli wrócisz na Święta do Najbliższych!!!

      Usuń