Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

29 marca 2015

ROZMOWA POD KLUBEM (1/2)

- A ty, co tak po ciemnicy siedzisz? Domu nie masz?
Ceglarz przesunął się na skraj koca, na którym siedział. 
- Siadaj, Stasiu. Ty wiesz, że od lat tu przychodzę – przypomniał koledze - a co mam w domu robić?
Stanisław wszedł na najwyższy stopień schodków i usiadł koło przyjaciela. Z wewnętrznej kieszeni kurtki wyciągnął flaszeczkę. Celgarzowi rozbłysły gwiazdeczki w czarnych oczach.
- Toś sobie przypomniał o koledze – powiedział z nagłym przypływem energii w głosie.
Butelka trzy czwarte litra stała już na schodku poniżej pomiędzy parami ich nóg. Zaraz też pojawiły się przy niej dwie szklaneczki z brązowego szkła, z uchwytami.
- Dopiero co mi nakapało. Z żyta. Z kim miałbym nie spróbować, jak nie z tobą?
Ceglarz wyjął z kieszeni marynarki papierosy. Poczęstował. Zapalili.
- Pod papieroska dobrze się pije, Stasiu – skonkludował.
- A dobrze. Dużo palisz, brachu.
Nalał w naczynka. Przepisowo, po połowie.
- Oby nam się!  - wzniósł prastary toast, wlewając do gardła całą zawartość szklaneczki.
Ceglarz dla odmiany zaciągnął nozdrzami aromat prymuchy, po czym powolutku opłukał płynem język, podniebienie, zanim w końcu wtoczył w siebie przepisaną mu działeczkę.
- Dobre bo mocne – stwierdził – i nie zajeżdża siarkowym odorem.
- A kiedy to moje zajeżdżało, chłopie – żachnął się Stanisław.
- Też nic nie mówię. Powiedziałem tylko, że nie zajeżdża.
Przepalili.
- A palę, Stasiu, bo ze mnie stary weteran jest. Ile to już lat w piłeczkę nie gram.
- Nie licz, Antoś, nie licz. Jeszcze ci zaszkodzi. Po co wspominać? Było… minęło.
Zalał jeszcze raz szklaneczki. Tym razem po mniejszej miarce, bo najważniejsze jest zmniejszać dawki, zwłaszcza gdy nie ma czym zakąsić.
- Ale jak dawałeś w piłę, to do kielicha zaglądałeś – przypomniał Stanisław – z fajkami cię nie widziałem, ale z gorzałą …
- Piłem, Stasiu, jak inni, ale się nie upijałem. Co było robić, kiedy przed meczem podchodzili do mnie i zachęcali. Taki na przykład Frankowski, znasz go, Panie świeć nad jego duszą, podchodzi do mnie i mówi: - „Antoś, pięciu okiwasz, stawiam połówkę z czerwoną kartką”. No i co było robić? Kiwałem. Wracałem na własną połowę, aby ustrzelić tego piątego, trener się darł, a ja nic, drybluję. Raz siedmiu przeszedłem, dopóki ten ósmy nie zdzielił mnie korkami od tyłu po achillesie. 
- Ech, czasy, ale mieliśmy ekipę, nie? – westchnął Stanisław – cała dekada do ciebie należała.
- A wspominać nie kazałeś – roześmiał się Ceglarz – widzisz, jak to wciąga?
- Do pierwszej ligi cię brali. Głupio zrobiłeś, żeś się nie zgodził.
- Tam… głupio. Robotę w fabryce dobra miałem, pożeniłem się, dziecko w drodze, a najważniejsze to, że kontuzje kolana podłapałem. Na okręgówkę moja noga wystarczała, ale nie na pierwszą ligę. Zaraz bym się tam zmarnował.
- A ja tam myślę, że dałbyś radę i nie musiał teraz przesiadywać tutaj pod klubem.
- Klubem? – Ceglarz skwitował ironicznie. Jego twarz za chwilę spoważniała. Zaciągnął się mocniej papierosowym dymem, zakasłał i odchrząknął – jeśli chodzi o to, to ciągnie mnie w to miejsce nie tylko dlatego że b y ł tu nasz klub.
- Pewnie, że wiem – twarz Stanisława rozjaśniała – na górze była biblioteka, klubokawiarnia i dwa pokoje do ćwiczeń, gdzie dzieciaki uczyły się grać na pianinie i gitarze. Na dole – pomieszczenia klubowe, łazienki, no i ten magazyn, w którym przechowywano instrumenty dla naszej orkiestry dętej.
- Ty na puzonie grałeś – przypomniał Ceglarz.
- I na klarnecie. Zależy.
- Ja tam od urodzenia nie miałem słuchu, tylko ten dryg do kopania piły – westchnął Antoni
- A przychodziliśmy tutaj pogrywać w szachy, pamiętasz? – Stanisław bez reszty wpadł już w pułapkę wspomnień.
- A jakże, pamiętam. Dochodziło do tego, że trzeba było się zapisywać na godziny, bo w soboty, a szczególnie w niedziele urwanie głowy było z dzieciakami, które przychodziły sobie posłuchać muzyki, obejrzeć telewizję, a potem też potańczyć – wspominał Ceglarz.
- A w niedziele po meczu przychodzili faceci na piwo, a matki na sok pitny z dzieciakami, na ciasteczka – dodał Stanisław.
- W soboty odbierano prasę, kolorowe tygodniki. Jak on się nazywał, co ten interes prowadził. Papież, tak? Chyba przez „rz” pisany.
- Też już wącha korzonki pod ziemią… ech… za nasz zdrowie i tych, o których wspominamy – zakrzyknął Stanisław i przepisowo wychylili szklaneczki.
(…)

8 komentarzy:

  1. Odpowiedzi
    1. Poniekąd tak, choć najgorsze, że "pewne rzeczy" niszczeją zupełnie niepotrzebnie i niezasłużenie

      Usuń
  2. Stanisław i Ceglarz - samo życie - przy żytniówce domowej roboty wspominają czasy, gdy klub tętnił życiem, a oni młodzi, pełni wiary, nadziei i planów myśleli, że zmienią swój los. Dziś wyrzuceni za burtę, piją pod pustym budynkiem, z którym wiązali nadzieję na lepszą przyszłość. Smutne i prawdziwe.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Witam w kawiarni... :-) ... pewnie zawsze tak jest, że za czymś tęsknimy, wspominamy przeszłość, bo razem z nią upływa czas naszej młodości

      Usuń
  3. Tylko ta wódka ciągle jest...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. o, przepraszam, to ceniony przez Unię produkt regionalny :-)

      Usuń
  4. Z kolei muzyka w tle dodaje skrzydeł.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Tak naprawdę, to muzyczne tło ma w miarę skutecznie przeciwdziałać niedoskonałości tekstu

      Usuń