Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

03 kwietnia 2016

POD NUMEREM 117

Numer 117, mieszkania nie pamiętam, to trzecie piętro, pokoik niewielki, połączony z kuchnią, szafa z ubraniami i kuchenny regał plecami do siebie przytulone, w pokoju stacjonarne łóżko stojące w poprzek, przy węższej ścianie pod oknem, tam również nocna szafka wciśnięta w kąt, na niej serwetka, książeczka do nabożeństwa, a może książka Kossak-Szczuckiej, możliwe, że Dobraczyński albo gazeta - Słowo Powszechne, albo pismo „Za i przeciw”, na to wszystko jeden z dwóch tomów Kochanowskiego, wszystko w nieładzie, a z tego okna, co za łóżkiem widok nieciekawy, podwórze, komórki, a dalej oficyna numer 119, szara, ponura, przysłonięta koronami dwóch drzew, lipy lub osiki, nieważne, w pokoju bałagan, moje składane łóżko przy dłuższej ze ścian, tej szczytowej, niemal dotykało szafy, ścieliłem je, stolik, dwa krzesła, przy tym stole jadłem, uczyłem się, pisałem, już wtedy pisałem, a podłoga drewniana, jakie to było drewno, nie wiem, podłoga była bielusieńka, wypolerowana, ślizgać się można było po niej, a tam po drugiej stronie szafy i regału pomieszczenie kuchenne na jedną osobę, oczywiście z węglową kuchnią.
Jak ona to robiła, że potrafiła się w niej poruszać? nie wiem, a przecież gotowała, piekła drożdżowe ciasto albo rogaliki - pyszności, smażyła „brzuszek” - tak nazywała boczek, a może rzeczywiście jest i boczek i brzuszek, kiedy się go jadło, nie, nie potrafię nazwać tego uczucia drażniącego podniebienie, ona w tej kuchni także prała i wywieszała pranie w oknie, tak, tak, w kuchni było okno, to z ciekawszym widokiem, wychodziło na ulicę, nie tak bardzo główną, ale ruchliwą, po skosie przechodziło się w stronę alei przez skwer i rzeczywiście przechodziło tędy mnóstwo ludzi, nieopodal były katedry: polonistyczna i języka rosyjskiego, hala sportowa, przychodnia i przystanek tramwajowy na alejach, widziałem jak przejeżdżały tramwaje, w tamtych czasach często nimi jeździłem, przemierzając miasto wzdłuż i wszerz, aby dotrzeć do najodleglejszych kin, byłem kinomanem.
Kiedy wychodziła do kościoła, chodziła cztery razy w tygodniu, była dewotką, kiedy wychodziła do kościoła, siedziałem w oknie, tym kuchennym i patrzyłem na ulicę, na skwer, ludzi i miałem oczy chętne do poznawania świata, a kiedy nie siedziałem w oknie to czytałem podręczniki, robiłem notatki albo pisałem, ciężko mi to przychodziło, pisałem też listy.
Podobno nikt nie mógł z nią wytrzymać, taką była dewotką, podejrzliwa, zawsze miała coś do powiedzenia, sztorcowała mnie, a potem, jak gdyby nigdy nic, przytulała, ty się wrodziłeś w dziadka, mówiła, a dziadek, pamiętaj, był najinteligentniejszy w rodzinie, choć studiów nie skończył, i zaczynała wykład o rodzinie, o dawnych czasach, wojnie i powojniu, kościele, snach i pielgrzymkach, recytowała z pamięci ballady Mickiewicza lub czytała pieśni albo psalmy Kochanowskiego, nastawiałem jej Watykan, słuchała z zapartym tchem, a później dobrą godzinę modliła się na klęczkach.
Była bardzo szczęśliwa, kiedy wyszedłem po nią, gdy wracała z pielgrzymki, uśmiechnięta, nic mnie nie boli, mówiła, ja mam taki miękki, swobodny chód, tłumaczyła, wracaliśmy tramwajem, brałem jej plecak, a ona zatrzymała się jeszcze w sklepie, aby kupić mi „kreolki”.
Byłem jej dzieckiem, którego nigdy nie miała, bo przecież chciała zostać zakonnicą, ale musiała pracować na roli, później, w czasie wojny, u Niemca, i w końcu została szwaczką, była na swoim, dostała to mieszkanie na najwyższym piętrze kamienicy.
I w końcu, ale to było znacznie później, umarła w swoim mieszkaniu, złamała nogę, nie mogła się podnieść i nie przyszedł nikt na czas, a sąsiad przez ścianę, jeśli był, to zalany w sztok, choć pewnie nie było go w domu, bo by jej pomógł, ona ochrzaniała tego pijaka, ale lubiła go, ilekroć poprosiła o przyniesienie węgla z komórki, zrobił to i nie oczekiwał zapłaty, choć ona zawsze dawała mu te dziesięć, czy ile tam złotych, umarła w samotności, odwodniła się, sam nie wiem, dlaczego nie dała znaku życia, mogła choćby wybić szybę w kuchennym oknie, szkło posypałoby się może na skraj placu przed strażacką remizą, która przylegała do kamienicy i miała numer 115, a strażacy lubili porządek, więc mogliby się zainteresować tym, skąd się wzięło to szkło, tym bardziej, że byli z nią w dobrej komitywie, od czasu, kiedy zgubiła klucze do mieszkania i strażacy musieli rozwinąć drabinę, aby dostać się do kuchni przez okno, nie wybili nawet szyby, bo okno było uchylone i znaleźli zapasowy klucz, ale nie wybiła szyby w oknie i umarła w samotności, już lepiej by się stało, aby została zakonnicą i przebywała do śmierci w klasztorze o zaostrzonej klauzurze, może żyłaby jeszcze, bo zakonnice potrafią żyć długo, nie wiem, dlaczego tak jest.
Byłem na jej pogrzebie, pochowano ją na cmentarzu w rodzinnej parafii, zostały mi po niej dwa tomy poezji Kochanowskiego.

[03.04.2016, Rambouillet we Francji]

9 komentarzy:

  1. Zawsze jak czytam to co napiszesz to mi żal, że ja tak nie potrafię.
    Gratuluję jak zwykle
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj tam.... a jeżeli to tylko potrafię :-(
      dziekuję, lecz nie podzielam twoich obaw co do tego jak TY piszesz.

      Usuń
  2. Zgadzam się ze Stokrotką, nawet o zwyczajnych rzeczach piszesz tak, że żal kończyć...

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a bo jestem piewcą zwyczajności i prostoty :-)

      Usuń
  3. Mnie najbardziej podobają się realia nie tylko w opisie natury, ale człowieczych dotknięć, spojrzeń i ulotnych chwil. Faktycznie, soczysty język powoduje, że chciałoby się zjeść tę kreolkę, czy zobaczyć to pranie w oknie.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. a ja tak sobie teraz pomyslałem, że stanowczo za mało napisałem o tych rogalikach, bo to były pyszności nad pysznościami... ale co sie odwlecze to...

      Usuń
  4. Proszę obiecać, że o rogalikach jeszcze przeczytam.
    Serdeczności zasyłam.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Nie omieszkam kiedys zaprosić na rogaliki, aczkowiek muszę jeszcze przypomniec sobie o robieniu ciasta francuskiego, bo te rokaliki własnie na takim były... pozdrawiam również

      Usuń
    2. rogaliki nie rokaliki, rzecz jasna :-)

      Usuń