Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

19 kwietnia 2016

PROJEKCJE W STANIE PODGORĄCZKOWYM (fragment „Prowincji”)

Chciałoby się przymknąć oczy. Słońce wpada przez okno pokoju akurat pod takim kątem, że łaskocze powieki i trzeba by je mocno zacisnąć, aby zamknąć na klucz ten strumień promieni i dać choć na chwile odpocząć źrenicom.
Łóżko jest wielkie, dwuosobowe, dzielone, lecz z powodzeniem zmieszczą się na nim cztery osoby. On zajmuje więc jedną czwartą tego ogromnego łoża, pokrytego kremową narzutą, którą musiał częściowo odkryć, aby dostać się do pościeli, a potem wsunąć rozpalone ciało pod kołdrę, lekką i jeszcze chłodną.
Dzisiaj wybrała go choroba - nic poważnego - infekcja, ale z gorączką, aby więc nie wdało się jakieś inne paskudztwo, musi poleżeć, przeczekać ten pierwszy atak wirusa, przetrwać nieznośny ból głowy i wstręt do światła jaki pojawił się wraz z tym bólem. Nie ma zamiaru chorować długo - zbyt piękna, wczesna wiosna jest tego roku i wolałby spędzić te późnomarcowe dni na powietrzu, a i w szkole nie miał nic trudnego, co mogłoby go odwieść od konieczności pojawienia się w niej w tym tygodniu. Zresztą, nie lubił mieć zaległości, nie lubił też dopytywać się, co mają zadane, a zatem postanowił od samego rana przespać chorobę po zażyciu tabletek, jakie przepisał mu lekarz.
Najgorsze było to, że, jak przeczuwał, pomimo osłabienia nie zaśnie prędko, a może w ogóle - dzień stawał się coraz jaśniejszy, kontrastując z pokojem, w którym panował zaduch pomimo otwartego lufcika.
Przypomniał sobie, że już raz leżał w tym pokoju w podobnym stanie i też było przedwiośnie. Był wtedy małym chłopcem, chodził do pierwszej lub drugiej klasy i tak jak dzisiaj wolałby wyjść przed dom, do ogródka, w którym kwitły żonkile i tulipany. Wyszedłby też pobawić się z dziewczynką z sąsiedztwa, pięcioletnią Anką. W pewnej chwili nie mogąc znieść bezczynnego leżenia w gorącej pościeli, wstał, podszedł do okna i zobaczył ją na podwórku pod domem. Szarpiąc się z klamką, udało mu się otworzyć okno - miał jej coś do powiedzenia. Ale kiedy wychylił się, dziewczynki już nie było. Wpadł na szaleńczy pomysł, aby napisać do niej kartkę i wyrzucić ją przez okno. Skoro jest na dworze, myślał, pewnie podejdzie pod jego okno jeszcze raz, zobaczy napisany do niej liścik i już będzie wszystko wiedziała.
Napisał na kartce: „Jestem chory. Nie mogę wyjść”, złożył ją na pół i cisnął przez otwarte okno. Potem oczywiście zamknął okno i wrócił do łóżka, bo babcia co jakiś czas wchodziła do pokoju i sprawdzała czy leży.
Finał tej korespondencji był zgoła nieoczekiwany. Anka istotnie znalazła kartkę i dała ją swojej mamie do przeczytania. Jak mógł o tym zapomnieć, że Anka nie umie jeszcze czytać!? Jakimś sposobem o jego korespondencji dowiedzieli się koledzy i wyszło na to, że napisał wtedy pierwszy list miłosny do dziewczyny.
Uśmiechnął się do siebie, wspominając to wydarzenie.
Ponieważ przymknięcie powiek nie pomagało - widział spod nich (albo mu się wydawało) słoneczne światło - nasunął kołdrę na głowę, zostawiając sobie niewielką szparę, przez którą oddychał. Wreszcie zrobiło się ciemno, jak na sali kinowej bezpośrednio przed puszczeniem filmu. I w pewnej chwili projektor wyemitował jego koleżankę z klasy, pierwszej klasy liceum - Ewę S. 
Należała do najsympatyczniejszych dziewcząt w jego zespole. Podobała mu się, to prawda, ale przede wszystkim była sympatyczna, towarzyska i zgodna, a porozmawiać można było z nią o wszystkim. Niedawno poprosiła go o pomoc w napisaniu wypracowania z polskiego, chociaż była całkiem dobra z tego przedmiotu. Pomoc przerodziła się w napisanie tekstu w całości. Może to dziwne, ale ucieszył się, gdy go o to poprosiła, choć poświęcił na tę pracę sporo czasu, chyba nawet więcej niż nad swoją wersją tego samego tematu. Niestety, wieść o tym, że pomógł Ewie w wypracowaniu rozniosła się po klasie i od czasu do czasu dostawał nowe zamówienia, tym razem od innych. Niektórym wystarczyło napisać kilka zdań, pozostawiając miejsce na własne rozwinięcie tematu; inni prosili o cały tekst. Nie odmawiał, bo przecież była jeszcze matematyka i domowe zadania, które dawali mu odpisać tuż przed lekcją także ci, którym pisał wypracowania. To była transakcja wiązana, na którą nie dał się jednak nabierać matematyk, bo jeśli nawet udawało się wykuć na pamięć rozwiązanie całego przykładu i przenieść je kredą na tablicę, zawsze padały pytania: skąd się to wzięło? dlaczego? z jakiego korzystałeś wzoru i czy jesteś pewien, że rozwiązałeś dobrze?... i w końcu: od kogo zerżnąłeś?
Matematyk był jednak wyrozumiały i wiedział, że z niego nic nie wyrośnie, jeśli chodzi o ten najważniejszy z przedmiotów.
Kiedy tak leżał przykryty po uszy kołdrą oglądając film najpierw z Ewą S. w roli głównej, a potem z matematykiem, pomyślał sobie, że kiedy dojdzie do siebie po chorobie, będzie musiał ponownie „wykuć na blachę” wzory, definicje i aksjomaty, bo jeśli w przyszłym tygodniu, w poniedziałek, matematyk pojawi się w szkole w ciemnym garniturze, sprawdzian za dwa dni murowany. Wszyscy w klasie woleli, aby ubierał się w ten siwy, w delikatną jodełkę - był wtedy na ranę przyłóż. Niektóre dziewczyny z klasy przymilnie wychwalały jego jasny garnitur, a on był szczerze temu zdziwiony, bo widocznie jego precyzyjny jak szwajcarski zegarek matematyczny umysł nie opanował jeszcze twierdzenia, iż  „pan Tokarski zapowiada sprawdzian wtedy i tylko wtedy, gdy jest ubrany w ciemnogranatowy garnitur bez jakichkolwiek rozjaśniających wzroków”.
I wreszcie zstąpiła ta ciemność, której tak się domagał z chwilą zanurzenia się w pościeli. Rozedrgany obraz sączący się jak wesoły strumyk w ciemnym lesie przygasał, a on zapadał się coraz głębiej i głębiej w miękką biel, zwilgotniałą od oddechu.

[18.04.2016, Amiens, 19.04.2016, La Fleche we Francji]

2 komentarze:

  1. O nauczycielskich zwyczajach, metodach pytania i wymaganiach krążą legendy. Miło wspominać jednych, a innym przylepić łatkę.
    Czasy szkolne to najwspanialszy czas w naszym życiu, jest co wspominać. Fartuszka z białym kołnierzykiem nie da się zapomnieć.

    OdpowiedzUsuń
  2. Pamiętam różne dziwactwa nauczycieli szkolnych i akademickich, dziś wspominam z rozbawieniem...
    Wypracowań też pisałam onegdaj dużo, nawet dyktując koleżankom po 3 na raz, jak Napoleon :-)

    OdpowiedzUsuń