Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

15 kwietnia 2016

PRACA, WIOSNA, PRZYKRE SPRAWY i EKONOMIA

1.
Podczas obecnego kursu spedytorzy „rzucają” mnie najczęściej „na Niemcy” i do tego „na samochodówkę”, czego nie lubię, bo często się zdarza, że auto jest na załadunkach przeciążane (właśnie pisałem o tym).
Na załadunek do „Mercedesa” pod Karlsruhe trafiam nie bez komplikacji - wielki zakład i trudno znaleźć miejsce odbioru towaru - lecz załadowują mnie sprawnie i szybko. Wiozę kabinę mercedesa - ciężarówki do Senden - autoryzowanego serwisu mercedesa na obrzeżach Zagłębia Ruhry. Zjawiam się tam o ósmej. Zgłaszam przybycie w biurze i czekam. Czekam ponad trzy godziny na rozładunek, bo praca w zakładzie wre. Rozglądam się. Dziesięć stanowisk naprawczych plus myjnia i miejsce zakładania/zamiany opon. Na jednym stanowisku dwaj panowie parają się naprawą auta. Pozostałe puste. Tam i nazad chodzą sobie panowie z papiórkami, względnie z papiórkami w teczkach. Ten i ów na papieroska wyskoczy, inny posili się kawą i tak na zmianę. Po dwóch godzinach dopominam się o tego kolegę pani z biura, który miał mnie rozładować. No… ruszyło się wreszcie. Okazuje się, że mają „widlaczka” ze zbyt krótkimi „widłami”. Deliberują, jak by tu kabinę z mojego autka "wysadzić"; nie podpowiadam, choć wedle mojego zdania i mizernej, ale jednak, znajomości praw fizyki, istnieje sposób ściągnięcia tej kabiny „krótkim” widlaczkiem. W końcu jednak po trzech godzinach mitręgi się udało. A w serwisie za godzinkę przerwa. Oj, przydałoby się i u nas w kraju pracować tak zapamiętale, z kawką i papieroskiem.. a może już wprowadzono takie porządki, kto wie?
A tak w ogóle to w większości miejsc, w jakich przebywam w zakładach w całej zachodniej Europie, obserwuję tak zwany „luz blues” podczas pracy. Dotyczy to głównie magazynów (na produkcji jest trochę inaczej). W biurach nie dostrzegam tego, co widywałem w Polsce, a mianowicie: wszechpotężnego napięcia i stresu, dającego się zaobserwować w oczach i zachowaniu pracowników i pracownic biurowych. Bodajże w jednej z firm, a bywałem w setkach atmosfera w biurze była po polsku napięta.
2.
Powoli wiosna zagląda do okien renówki. Zieleni się w południowych Niemczech, podobnie we francuskiej Alzacji. Najpierw zielonego impulsu dostają przydrożne krzaczyska, później drzewa. Żółcą się nieśmiało jeszcze rzepakowe pola. Stokrotek, mniszka, bratków, żonkili i rozmaitego pomniejszego kwiecia coraz więcej. Ale wiosenna pogoda ustabilizować się jeszcze nie może. Od 19 do 9 stopni w dzień, do tego co i rusz deszczy, najczęściej pod wieczór i w nocy. Ciekawym, co tam w polskich stronach z wiosenną pogodą i czy na przedłużony weekend, kiedy zjadę, wiosna ciepłem mnie ugości.
3.
Najbardziej nie lubię otrzymywać z kraju przykrych wieści. A tu masz, zaraz po świętej Hermenegildzie dowiedziałem się, że córka kolejny raz na badania skierowana. No i znowu przychodzi zrobić je prywatnie, bo po państwowemu termin na grudnia, a do tego czasu….
Szlag człowieka trafia, bo przecież płaciło się i wciąż płaci tę zdrowotną składkę, a tu masz, jak przychodzi do czego, to płać i dziękuj, że tylko tyle. Potem lekarstwa i tak dalej. A lekarze specjaliści wciąż obłożeni robotą. Jak może być inaczej, skoro na pół gwizdka pracują „na państwowym”; resztę czasu przepędzają we własnych gabinetach, w prywatnych klinikach, szpitalach i na dobra sprawę, gdyby tak, załóżmy, choćby miesiąc jedynie „na państwowej” posadzie przebywali, to pewnie z tymi kolejkami nie byłoby tak strasznie jak teraz. Ale gadaj tu sobie, na zdrowie, jak dziad do obrazu. Kto by ta naszą służbą zdrowia nie zarządzał, kolejki zostaną - to taka polska specjalność. 
A to znów - rzeczą jedni, lekarze się nie wyrabiają, a to, prawią drudzy - żeby tak cała służbę sprywatyzować, byłoby lepiej; trzeci tłumaczą, że gdyby tak jeszcze jaką niewielką opłatę „petentowy” pacjent wniósł, to by się poprawiło; czwarty z kolei powie, że w całym świecie z państwową służbą zdrowia takie problemy są i kwita, nie takie nacje z „tym tematem” się borykają, a pokonać go nie mogą. Wszystko przez te pieniądze, których wciąż za mało, a przecież nie można zaniechać produkcji czołgów, aby znalazły się państwowej służbie zdrowia etaty, czy na coś tam jeszcze.
A do tego w telewizorze taki jeden mądry się pokaże i powie, że nas nie stać tak na pełniejszą opiekę zdrowotną, jak i na te przesłynne emerytury, co to na głodowe się zapowiadają. No po prostu nas nie stać. Ale taki cymbał nie pomyśli sobie, że może by nas stać było na jedno i drugie, gdyby te dwa miliony Polaków pracowało w Polsce i w tym kraju emerytalno-zdrowotne składki opłacali. Doliczmy do tego tę szarą strefę (dużo się pomylę, gdy podam liczbę milion?), a ci za których pracodawca najmniejszą z możliwych składek płaci w zamian za „kopertę” z szuflady. A ci co dostają na rękę tysiąc dwieście z kawałkiem… jakież wysokie od ich pensji składki? Bo mnie, choć profesorem od ekonomii nie jestem, wydaje się, że im więcej się zarabia, tym większa kasa powinna satysfakcjonować nasz ukochany ZUS i im więcej pracujących, tym lepiej dla wyimaginowanego skarbu państwa. A co nasi rządzący wyprawiają? Zamiast troszczyć się o te przyzwoite miejsca pracy, wydłużyli wiek emerytalny i tym sposobem wpadamy w zaklęty krąg. Ludzie i tak będą wyjeżdżali za chlebem, pracodawcy będą zatrudniali dalej za głodowe wynagrodzenie, a jak nastąpi kolejna zapaść, to znowu podniesie się obowiązkowy czasokres pracy, po którym doczeka się człowiek emerytury i czmychnie na Karaiby.
4.
Niektórzy przepięknie powiadają, że w Polsce sprawy biegnę we właściwym kierunku. Buduje się tyle, że hej. Kraj nam pięknieje przy wydatnej pomocy funduszy unijnych, a na coraz nowocześniejszych drogach prawdziwe zatrzęsienie aut się porusza. Zapominają niestety ci entuzjaści, że odbywa się to kosztem postępującego publicznego zadłużenia, co oznacza ni mniej ni więcej, że żyjemy jako kraj i jako Polacy na kredyt. I ja, dostając, dajmy na to, kredyt, chętnie bym jakim „porszakiem” pojeździł, tyle że czy oznacza to, żem bogaty i stać mnie na niego?
Co niektórzy pewnie pamiętają, jakie to problemy były ze spłatami Gierkowskich długów, choć ten właśnie pan znacznie przybliżył nas do Europy, wydobywając kraj ze stagnacji obecnej za czasów Gumułki? Kuda tym Gierkowskim długom do tych, jakie urządziło sobie postsolidarnościowe państwo polskie. 
Zawsze jest coś za coś, a w przyrodzie nie ginie zbyt wiele, zmieniając jedynie stan skupienia. O ile za czasów Gierka dług był, ale przynajmniej mieliśmy własny sektor bankowy; teraz mamy jeszcze większe zadłużenie.. i to wobec banków zagranicznych. Jeśli zatem mamy rozmawiać poważnie, to uświadommy sobie, że ten niewątpliwy postęp jaki ma miejsce w infrastrukturze naszego kraju (temu chyba nikt nie zaprzeczy) odbywa się kosztem rosnącego zadłużenia, kosztem coraz większej zależności Polski względem obcych banków i globalnych korporacji. Coś za coś. 
W tym miejscu nie sposób nie zadać pytania: czy można było tego uniknąć? czy trzeba było rozsprzedać większość gospodarki w zamian za bezwzględne podporządkowanie się Zachodowi? 
Moim zdaniem można było, tyle że choć przyzwolenie społeczne na inne zmiany pewnie by się znalazło, takiego przyzwolenia nie było ze strony rządzących, którzy myśleli raczej w kategoriach własnej materialnej satysfakcji, aniżeli w imię dobra społeczeństwa. Po prostu społeczeństwu nie dano alternatywy.
Na koniec trochę futurologii, a raczej kombinowania czasem przeszłym. Czy naprawdę bezrefleksyjni piewcy obecnego ustroju myślą sobie, że gdyby w roku 1989 nie dokonała się sławetna zmiana, to do tych pór mielibyśmy puste półki w sklepach? Czy naprawdę nic pozytywnego od tamtego czasu by nie zaszło, choć, prawdę mówiąc, to reforma Wilczka z „komunistycznego” rządu dawała śmiałe podstawy do rozwoju prywatnej przedsiębiorczości?
Wiem, że jest to gdybanie, bo co się stało, to się nie odstanie, ale wiem jeszcze jedno… w każdej, dosłownie każdej dziedzinie życia, czy tej na poziomie osobniczym, czy też szerszym - zbiorowym, nie ma jednych i jedynie słusznych rozwiązań. W każdym przypadku są przynajmniej dwa rozwiązania.
Ja opowiadałem się i opowiadam za tym drugim, a może nawet trzecim. 

[15.04.2016, Beauvais we Francji]

5 komentarzy:

  1. Ileż różnych wątków i przemyśleń...
    1.Legenda głosi, że Niemcy tacy porządni i skrupulatni, a tu okazują inna twarz...ciekawe!
    2.Wiosna zachwyca rozmachem z dnia na dzień, gdy wędruję do pracy zauważam ciągle nowe pokłady zieleni...nawet kasztanowce już wypuściły nieśmiałe kwiatostany, do matury wszak mało czasu!
    3.Dziś w kolejce nawet do prywatnych gabinetów się czeka i za wiele to na moja głowę, gdzie znaleźć można rozwiązanie tych absurdów.
    4.O gospodarce nie wypowiadam się, bo tęgie głowy ekonomiczne zrobiły zamęt, to niech go likwidują...
    Pogody na długi weekend też sobie życzę, bo mam nadzieję na relaks na świeżym powietrzu.
    Szerokiej drogi podróżniku:-)

    OdpowiedzUsuń
  2. Dziękuję za życzenia, a będą pomocne, bo tutaj, na zachodzie słońce z deszczem na przemian... spraw wiele, to prawda, a tak mało na nie wpływu, ale moje stukanie w klawiaturę tego nie rozumie :-) równiez pozdrawiam... moze maj się nam zamai...

    OdpowiedzUsuń
  3. A może czas zmądrzeć i nie dać sobie wmawiać, że nie ma pieniędzy, tylko kolejny lekarz- minister zrobi wszystko, by lekarzowi było wygodniej. Publiczne pieniądze są źle wydawane.I tak wystarczy podobno znieść stanowiska ordynatorów, sami lekarze nie bardzo wiedzą, po co je stworzono. Znanym mi odziałem w szpitalu rządzi trzech profesorów i trzech zastępców. Wszyscy wiedzą, jak poprawić, ale minister-lekarz nie zrobi porządku, bo ministrem się bywa. Na grypę leczymy się za darmo. ale wszystkie poważniejsze na własną rękę. Koszmar przeżywają rodziny przewlekle chorych dzieci. Na pocieszenie powiem, że po 70 roku życia NIE MA leczenia nowoczesnymi lekami.Taka ukryta eutanazja. Przerażające.

    OdpowiedzUsuń
  4. Oj, to prawda - publiczne pieniądze wydawane są źle a może jeszcze gorzej. Znam ten problem z edukacyjnej branży. Powiem Ci więcej, za to, że się wykryło niegospodarność (a było to dziecinnie proste, ot choćby świadome zawyżanie liczby etatów przez wiele, wiele lat), dostawało się po głowie... ale to to temat na kryminalną opowieść... pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
  5. Znam to z autopsji. Świata nie naprawimy, ale mówić trzeba. Tak sądzę.
    Serdeczności.

    OdpowiedzUsuń