Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

08 kwietnia 2016

ZAKALEC

Nie wiem, jak to robił. Bywało, że mała lodówka marki „Igloo” stała pusta. Była mąka, jajka, cukier, kasza manna, sól i smalec. Wychodził z tego świetny placek, nie naleśnik, a właśnie placek. Na całą dużą patelnię wychodził. Jeden był dla mnie, drugi dla niego.
Innym razem robił zupę z gwoździ. Tak mówił. Z gwoździ. W domu nie było nic rozsądnego do jedzenia, a wychodziła właśnie ta zupa.
Oczywiście takie przednówkowe dni należały do rzadkości. Wydaje mi się, że mimo wszystko jednak coś było w tej lodówce, jak również dokładał inne coś do zupy z gwoździami. Chodzi mi o to, że potrafił wyczarować coś z niczego. Czasami tak jest - możesz zrobić to czy tamto do jedzenia, bo spiżarnia ugina się od produktów, a jednak wybierasz najbardziej prozaiczną potrawę, do której wykonania nie potrzeba frykasów.
Inna sprawa, że potrafił też zrobić coś z czegoś. Takie na przykład króliki czy zające oprawiał najpiękniej w świecie… a przyrządzał? - do dziś czuję ten smak. Albo ryby, albo sałatki, albo kapustę z grochem, albo ciasto… jego słynny makowiec… mak po trzykroć przecierany, ciasto drożdżowe tak wypieszczone, tak rosnące w oczach, że nigdy przedtem… nie, nie… miał to po swojej matce. Podpatrzył chyba.
A mama kiedyś opowiadała taką historię.
Teściowej, znaczy się mojej babci, a matce ojca, zebrało się raz na zwierzenia.
- No, popatrz, Jadziu… ty wiesz, że tyle czasu już piekę i zawsze mi wychodzi (to prawda, wypieki babci to było królestwo), a od pewnego czasu nie wiem, co się dzieje z tymi moimi sernikami. Tak uważam, składniki dobieram jak zawsze, a tu wychodzi zakalec.
- Mama się nie przejmuje - uspokajała moja mama babcię - i tak wszyscy zjedzą, a Andrzej (los zechciał, że po ojcu imię dostałem, więc proszę nie mylić) to wręcz uwielbia sernik z zakalcem.
- Jadziu, ale jak ciasto z zakalcem postawić na stół. My to my, ale ktoś przyjdzie, to przecież wstyd czymś takim poczęstować.
Nadworna kucharka rodzinnego domu była w poważnym kłopocie. Żadne pocieszenia nie pomagały. Dziadek nie raz piec sprawdzał. Wszystko w porządku, mówił. To dlaczego akurat sernik nie wychodzi?
Babcia Marianna do swojej śmierci, która ją w Wielki Piątek, zgodnie z jej życzeniem, przewiozła na drugi brzeg rzeki, nie dowiedziała się, dlaczego sernik opadał, wilgotniał i twardniał po upieczeniu.
Ojciec był chyba po dwóch kieliszkach wódki, kiedy rzucił nowe światło na opisywane zagadnienie.
- Zakręciłem się po kuchni, otworzyłem piekarnik tuż przed upieczeniem i skropiłem rosnące ciasto wodą - wytłumaczył. - Ot, cała filozofia zakalca.
- Jak mogłeś? - mama zdawała się być przerażona. - Przecież wiesz, jak babci zależało na tym, aby ciasto wszystkim smakowało.
- Kiedy mnie, Jadziu, najlepiej smakował zakalec.
- Łakomczuch!!!
Ojciec za karę miał wyznaczone upieczenie sernika takiego, jakim chciała go zrobić jego matka i chociaż wykonywał go według domowego przepisu, chociaż nie otwierał drzwiczek pieca przed upieczeniem się ciasta, chociaż nie zalewał go wodą, sernik mojemu ojcu zawsze wychodził w formie zakalca.
Zapewne babcia Marianna ze świata zza rzeki musiała maczać w tym palce, albo po prostu zakręciła się po kuchni, otworzyła piekarnik i rosnący sernik skropiła wodą. Ot, cała filozofia.

[05.04.2016, Brema w Niemczech]

2 komentarze:

  1. Żartobliwa historia z tym zakalcem. Mszę się przyznać, że znam podobną. W mojej rodzinie kuzynka lubiła przypalać ziemniaki. Gotowała w małej ilości wody i na dużym ogniu. Kiedy zmarła, jej mąż ożenił się ponownie i ciągle narzekał, że ta druga żona nie umie gotować ziemniaków. Te nieprzypalone nie smakują mu i tyle.
    Hm, zupę na gwoździu gotowała moja mama. Czasem dorzucała do warzyw piętkę z chleba i łyżkę masła lub smalcu, czasem zasmażkę.
    Lubiłam jeszcze lane kluski na mleku z pajdą chleba z dżemem i naleśniki z serem polane słodką śmietaną. Ależ wspomnienia obudziły się po tym wpisie! Wow.

    OdpowiedzUsuń
  2. Miło słyszeć, że mieliśmy podobnie. Mówi się, że historia jest nauką ważną, że bez niej naród/społeczeństwo marnieje, ale odnosząc tę historię do rodzinnych wspomnień, tak mi się wydaje, też są one ważne, pouczające, wzruszające czasami i bez tych wspomnień człowiek niechybnie poszedłby na dno... a najlepiej pamiętać to, co najlepsze i najsmaczniejsze, a temu co przykre - pokazywać drzwi... i niech nie wraca ....

    OdpowiedzUsuń