Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

16 maja 2017

PRZYDROŻNE MONOLOGI (3)

Przyjechałem do „domu” w sobotę około czwartej nad ranem. Szybki posiłek, kąpiel, niewielkie pranie, a potem od 5.30 sen.
Budzę się o 10-tej. Spedytor jeszcze nie zadzwonił. Pije kawę. Jem śniadanie - ostatni hit, mało skomplikowane danie, które przygotowuje się mniej więcej tak:
jedna cebulka pokrojona w kostkę, 5-10 dag kiełbaski - też pokroić, dwie-trzy kromki chleba (najlepiej lekko czerstwego) - mam; jedno jajko, troszkę soli, olej. Rzuca się toto na patelnię i przysmaża (powinno się jeszcze dorzucić trochę ugotowanego makaronu - nie było czasu ugotować). Jajko występuje w tym daniu jako czynnik wiążący pozostałe. Końcowym efektem jest quasi jajecznica, pożywna i smaczna, jednakowoż wypadałoby popijać ten posiłek herbatą, a nie kawą - mniejsza o detale.
W trakcie spożywania telefon od spedytora, a zatem zapakowuję swoje rzeczy na „berlingo” i jadę do Marck, aby zmienić kierowcę - Ukraińca, którym jest, jak się okaże, Roman, ten, z którym zaczynałem pracę w firmie.
Roman załadował się w Warszawie. Wiezie części do samolotu na Gatwick. Po drodze chwyciła go francuska żandarmeria; sprawdzali ładunek, rozcięli kilka paczek, ale na szczęście postawili pieczątkę na CMR-ce - to dla wiadomości odbiorcy, że towar został naruszony nie przez kierowcę.
Prom.
W weekendy mniej na nim ciężarówek, więcej aut osobowych i autobusów. Jak zwykle w takich okolicznościach gwarno. Znajduję jakieś miejsce przy oknie. Układam się do drzemki. Obok przy jednym ze stolików angielska rodzinka: cztery kobiety, dwóch mężczyzn, trójka dzieci. Hałasują nie z tej ziemi, spożywając zakupione w promowym sklepie łakocie i kawę. Głowa rodziny (około czterdziestki) jako żywo przypomina mi jaskiniowca z jednej z kreskówek. Głęboko osadzone oczy, grzywka z przodu, boczne i tylne sfery głowy krótko przycięte (syn - młodsza kalka ojca), dobrze umięśniony z solidnym brzuszkiem. Odgaduję, że tymi mięśniami to pan Anglik najpewniej pracuje. Kobiety prowadzą z sobą zaciekła rozmowę, której sensu nie pojmuję, a to przez nadzwyczaj rechotliwie donośny śmiech jednej z pań. Język angielski nie jest w stanie przedostać się przez ten śmiech. Niemal na każde słowo, no - dwa słowa, owa pani wybucha takim rechotem, że najpewniej płoszy nim ryby w Kanale, a mimo tego ja przysypiam, ot, przywykło się do niepospolitego hałasu. 
Na północnym terminalu lotniska w Gatwick dokonuje cudów, aby odnaleźć firmę, do której zmierzam. Szukam pomocy u kilku osób, które, jak sądziłem, mogłyby skierować mnie pod właściwy adres. Wreszcie udaje mi się podjechać pod Security Approach, skąd miła pracownica ochrony powiadamia firmę „Storm Aviation Ltd.” o moim przybyciu. Podjeżdża ochroniarz i kieruję się za nim na rozładunek.
Mała dygresja.
W odleglejszych czasach trzymano pilną straż nad zamkami królów i książąt, nad granicami ziem przynależących do rodów, do narodów i państw. Dzisiaj, przynajmniej w Europie, podróżuje się swobodnie nie zważając na granice, ba, czasami tych granic nawet się nie zauważa. Obecnie takimi publicznymi obiektami, do których wstępu bronią straże, stały się lotniska (w mniejszym stopniu porty, choć port w Calais jest niezaprzeczalnym wyjątkiem). Oprócz straży napotkasz przy lotniskach druty kolczaste, skomplikowany system „bramek” wjazdu i wyjazdu, wytyczone drogi, z których zjechać dowolnie nie sposób. Rzecz jasna te wszystkie zabezpieczenia mają swoje uzasadnienie: bezpieczeństwo przede wszystkim. A jednak to trochę przykre, że w dzisiejszych czasach specjalnemu obostrzeniu musi podlegać publiczny transport.

[14.05.2017, Tadworth, Surrey, w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (2)

W czwartek 11-go przed północą wyjeżdżam z Campigneulles Les Grandes - „domu” na miejsce zmiany kierowców do Marck pod Calaise, a stamtąd promem i autostradami do Tiverton za Bristolem, na półwyspie Devon. Firmę „Heatcoat” już znam, byłem w niej podczas poprzedniego kursu, a zatem trasa jest mi znana, bo zwykle dobrze zapamiętuje miejsca, które chociaż raz było mi dane odwiedzić.
Złożyło się tak, że na pięć minut przed telefonicznym powiadomieniem mnie przez spedytora o kursie zacząłem sobie narzekać, że od późnego popołudnia w poniedziałek siedzę w „domu” i bąki zbijam zamiast jeździć.
- Co się przejmujesz? - zauważa „mały” Jacek. - I na ciebie przyjdzie czas.
- Niby masz rację - odpowiadam - ale wolałbym, aby płacono mi za jeżdżenie, a nie za wylegiwanie się w naszej chałupie.
A spedytor pewnie podsłuchał te naszą rozmowę i pięć minut później zadzwonił.
Takie długie oczekiwanie na kurs powoduje, że podczas jazdy ogarnia człowieka senność i chociaż do celu mam niespełna 400 kilometrów (nie licząc tych pięćdziesięciu- parę przez kanał), musiałem się zatrzymać i zdrzemnąć dziesięć minut.
W firmie w Tiverton dowiaduję się zaraz po wjeździe, że po rozładunku towaru, jaki przywiozłem (z Niemiec), załadują mnie do Wenecji we Włoszech.
Po godzinie kieruję się już z powrotem do Dover. Tym razem, wiedząc, że mój zmiennik swobodnie zdąży z ładunkiem do Włoch na poniedziałek, zatrzymuje się na przydrożnym parkingu, gdzie przesypiam półtorej godziny; jadę na prom, a na nim robię sobie kolejną drzemkę.
Kiedy wydawało mi się, że weekend spędzę w „domu”, spedytor dzwoni do mnie, oznajmiając, że w sobotę rano ma już dla mnie nowy kurs na Anglię, niedaleko, na lotnisko Gatwick pod Londynem, z rozładunkiem w sobotę.
Nici, jak to mówią, z weekendu w „domu”, ale bez przesady, nie narzekam, w końcu jestem wypoczęty i spragniony jazdy. Cieszę się, że trafiłem w dziesiątkę z tymi drzemkami i jeśli uda mi się zaczerpnąć po powrocie do „domu” dwugodzinnego snu, to powinien mi on wystarczyć na kolejną podróż do Anglii. 

[13.05.2017, Kingswood, Surrey, w Anglii] 

PRZYDROŻNE MONOLOGI (1)

Trzeba w Coś wierzyć, usłyszałem. Trzeba.
Ktoś powiedział albo gdzieś przeczytałem, że nasze dusze; inaczej - nasza świadomość z chwilą śmierci ciała wędruje w kosmos. Prawda to?
Jeśli człowiek zostawia po sobie materialne i niematerialne wytwory swojej pracy, w których uczestniczyła jego świadomość, to czemu ona jedna, oprócz ciała, miałaby bezpowrotnie zginąć?
A nawet ciało: to wydane na pastwę gnicia i to przemienione w proch po spaleniu nie przeistacza się w nicość.
Po człowieku zawsze pozostaje jakiś ślad i nie odciska się on jedynie w pamięci tych, którym kazano jeszcze nie odchodzić i tych, którzy po nas pozostaną.

[13.05.2017, Kingswood, Surrey, w Anglii] 

RÓŻE, MALWY, ŚWIERKI I CYPRYSY

Poszedłem pod wskazany adres.
Przemknęła w otwartych drzwiach do salonu, zatrzymując na mnie na ułamek chwili powłóczyste spojrzenie. Minutę później w progu drzwi stanęła inna kobieta trzymająca w ręce wachlarz odkurzaczki.
- Pan zrobi sobie kawę z maszyny - przemówiła do mnie. - Potrafi pan?
Skinąłem głową, ale nie miałem ochoty na kawę. Ćwiczyłem cierpliwość, siedząc w kącie gabinetu człowieka, któremu mnie polecono. Przebywałem w tym miejscu ponad pół godziny wodząc wzrokiem po ścianach zaścielonych reprodukcjami awangardowych obrazów, fotografiami i dyplomami oprawionymi w ramki.
Syn lojalnie uprzedził mnie, że powinienem być przygotowany na długie czekanie, bo pan Albin jest zwykle zajęty i to odwiedzający go goście z reguły dostosowują swój czas do jego napiętego rozkładu dnia, nie odwrotnie.
Kiedy zakończyłem topograficzny remanent własnych obserwacji, ta pierwsza kobieta ponownie pojawiła się na krótko w progu gabinetu i zatrzymała na mnie ukradkowe spojrzenie ozdobione dziwnym uśmiechem. Odkłoniłem się instynktownie.
Przypomniałem sobie, co mówił syn. Pan Albin przy podejmowaniu wielu decyzji zdaje się na niezawodny instynkt żony. W tym konkretnym przypadku jedno, dwa spojrzenia wystarczą, aby potrafiła bezbłędnie rozszyfrować człowieka, który pojawił się w wiadomym celu; tu - aby otrzymać pracę. Po dokonaniu takiej szybkiej lustracji żona pana Albina wykonuje zwykle ruch głową oznaczający zgodę, lub też przeciwnie - dezaprobatę. Reszta jest formalnością.
Prawdopodobnie poza moimi oczami dokonała się już ta procedura, o której wspomniał mój syn i po pół godzinie pan Albin wszedł do gabinetu, zamykając za sobą drzwi. Zasiadł w wysokim fotelu naprzeciwko mnie i zaczął przeglądać z zaciekawieniem dokumenty, jakie pozostawiłem na biurku. Podejrzewałem, że ta ceremonia była właściwie zbędna, gdyż decyzja w mojej sprawie zapewne już zapadła, tym nie mniej doceniłem jego zainteresowanie moją karierą zawodową i życiorysem.
- Widzę, że pana cv obfituje w dokonania, których nie powstydziłby się mężczyzna w pana wieku - przemówił pan Albin. - W dodatku te liczne kursy, szkolenia i certyfikaty świadczą o pana nadzwyczajnej mobilności.
Przyjąłem te słowa z pewną dozą satysfakcji, lecz kolejne wypowiedziane przez mojego przyszłego, potencjalnego pracodawcę sprowadziły mnie na ziemię.
- Pięknie się czyta te pana wycinki z życiorysu i te załączone do nich dokumenty, co jednak daje mi podstawę do sądzenia, że właściwie to umie pan niewiele, przynajmniej niewiele z tych umiejętności, których oczekiwałbym po panu w pracy, jaką zaproponuję, jeżeli oczywiście pana przyjmę. A tak szczerze mówiąc, jest pan przecież w wieku emerytalnym i wobec tego jaki jest sens w kontynuowaniu kariery zawodowej, skoro pobiera pan świadczenia emerytalne?
Moje milczenie wyrażało właściwie wszystko, co miałbym do powiedzenia.
- Rozumiem, że wysokość emerytury nie satysfakcjonuje pana do tego stopnia, aby poprzestać na niej. Prawda, to dziwne, że w dzisiejszych czasach człowiek po gruntownym, wyższym wykształceniu, otrzymuje na starość tak niewielką zapomogę.
Przytaknąłem skinieniem głowy.
- Ponieważ dobrze znam pana syna - świetnie sobie radzi w mojej firmie jako marketingowiec - pomyślałem sobie, że mógłbym panu pomóc w tej makabrycznie trudnej sytuacji, w jakiej się pan znalazł. No cóż, dobrzy fachowcy zarabiają u mnie w trzy dni tyle, ile wynosi pana emerytura i swoją drogą dziwię się temu, w jaki sposób jest pan w stanie związać koniec z końcem. Ale przejdźmy do rzeczy… potrzebuję w tej chwili ogrodnika, który by zajął się naszą posiadłością oraz nocnego stróża do firmy. Pan wie, że poprzedni stróż odszedł był na posterunku… ot przyszło mu umrzeć podczas pełnienia swoich obowiązków. No cóż, wiek, panie Adamie, zrobił swoje. A pan, jak widzę, całe swoje zawodowe życie spędził wśród ludzi, więc posada nocnego stróża, który na bieżąco ma kontakt z ludźmi, nie przysparzałaby panu problemów.
Ponownie potwierdziłem skinięciem głowy.
- Tyle że moja żona optuje za stanowiskiem ogrodnika dla pana. Pan wie, ona uwielbia kwiaty. Całe dnie spędza w ogrodzie; tam przyjmuje przyjaciół i cieszy ich rozmową wśród kwitnących róż, malw i tchnących romantyką srebrzystych świerków i cyprysów. Pan wprawdzie nie miał do czynienia z ogrodnictwem, ale żona, pan wie, ta kobieca intuicja podpowiada jej, że będzie pan w stanie utrzymać ogród w takiej kondycji, która zagwarantuje jego estetykę na poziomie, jakiego spodziewa się moja małżonka.
Odparłem, że i owszem, posiadam ogródek wokół własnego domu i doglądam go na miarę możliwości, choć nie uważałem się nigdy za fachowca w tej dziedzinie.
- Cenną wskazówkę w tym względzie przekazał mi pański syn. A jakże, opowiadał mi o pańskim ogrodzie i mając na względzie również jego sugestie, postanowiliśmy z żoną zatrudnić do ogrodu właśnie pana.
Powstałem i on powstał z fotela. Podaliśmy sobie dłonie.
Nagle otwarły się drzwi łączące salon z gabinetem i pojawiła się w nich znana już mi kobieta, żona Albina. Jej spojrzenie skierowane w moją stronę było teraz dłuższe i śmielsze.
Byłem szczerze zdziwiony tym, że pani Laura, mając przecież tak wiele możliwości wyboru, uczyniła mnie swoim kochankiem. Najwidoczniej miała sentyment do ludzi w wieku, który nie nazwałbym płodnym, lecz wciąż dającym jej sporo łóżkowych satysfakcji, zwłaszcza że Albin od dłuższego czasu obracał się w kręgu młódek, z którymi przepędzał gorące noce za wiedzą i milczącą aprobatą swojej żony.
Podejrzewam, że mój syn, kierując mnie pod adres swojego pracodawcy, był znakomicie poinformowany o zamysłach żony szefa. Być może przeprowadziła z nim stosowną rozmowę po tym, jak kilkukrotnie widziała mnie z nim w jego aucie, którym, niby przypadkowo, zajeżdżał pod posiadłość pana Albina i ośmieliło ją to, że przed trzema laty pochowałem swoją żonę, i żyłem odtąd sam jak palec w swoim nędznym domku na przedmieściu wielkiego miasta.
Byłem nieprzytomnie, stary osioł, w niej zakochany, aż w końcu po półrocznym szczęściu Albin wraz z Laurą doszli do wniosku, że do pracy w ogrodzie zdałby się jakiś inny fachowiec.
A ja, no cóż, spędzałem teraz noce w stróżówce usytuowanej przy wjeździe do firmy, a pani Laura widząc mnie od czasu do czasu, kiedy unosiłem lub zamykałem zaporę przed jej samochodem, machała do mnie ręką i spoglądała w moją stronę, jakby nie łączyło nas nic poza miłością do róż, malw, srebrzystych świerków i cyprysów.   

[10.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

  

12 maja 2017

PERYFERIE (rozdział 13. - fragment)

Wtedy Maksymowicz nagle zmienia temat i przypomina mi Piotrka Kowalskiego (młodszego ode mnie o trzy lata) piłkarza naszej żytowskiej drużyny.
- Pamiętasz - mówi - ten mecz pucharowy z liderem ekstraklasy, kiedy to po pierwszej połowie prowadziliśmy jeden zero. Piotrek już w pierwszej minucie ustrzelił słupek a przed końcem pierwszej części meczu puścił bombę z połowy boisko w samo okienko i wyszliśmy na prowadzenie? 
- Oczywiście, że pamiętam - odpowiadam - połowa miasteczka była na tym meczu. Ostatecznie przegraliśmy cztery do jednego, tracąc wszystkie bramki w ostatnich dziesięciu minutach meczu.
- Chłopaki byli zmęczeni - dodaje Maksymowicz - ale tego się spodziewaliśmy, bo nasi to amatorzy; każdy pracował w zakładzie, a piłka była dla nich hobby i mimo tego, że amatorzy, udało im się pokonać w pucharze dwie ekipy z trzeciej ligi i drugoligowca z Pomorza. Zatrzymał ich dopiero lider pierwszej ligi.
Pamiętałem ten mecz, chociaż na mecze naszej Sparty chodziłem niezwykle rzadko, ale obecność na tym meczu była naszym obowiązkiem. Nie wiedziałem jednak do czego Maksymowicz zmierza, wspominając dawne czasy.
- Widzisz, ten mecz, ten uwielbiany przez nas Piotrek był przed ładnych parę lat chlubą Żytowa - tłumaczy mój sąsiad - i żal, że nie zrobił kariery, a przecież po tym meczu, po tym golu i w ogóle po grze miał sporo propozycji grania w pierwszej lidze. Nie skorzystał z nich… bo to praca i żona z jednej strony; z drugiej przyjaciele, z którymi zakładał się ilu naraz przedrybluje przeciwników w meczu klasy A… zmarnował się nam… zmarnował.
- I co z tego? - pytam cynicznie, nie dostrzegając żadnego związku z moją osobą, którą przed chwilą zaszczycił epitetem sławy.
- To bardzo dobrze, że w tak małym miasteczku jak nasze żyją ludzie, których z różnych względów można podziwiać. Takie samorodne talenty są nam po prostu potrzebne; promują naszą prowincję i to dzięki takim ludziom…
Maksymowicz tak ja nagle zaczął swój wywód, tak i go przerwał, bo jamniczka zniknęła niepostrzeżenie z pola widzenia goniąc za jakimś kundelkiem, więc Maksymowicz w te pędy pobiegł za nią, zaniepokojony niespodziewanym romansem swojej suczki, romansem, który mógł się skończyć dla niej jak najgorzej.
Kiedy powrócił, zadowolony z tego, że i tym razem udało mu się w porę przerwać psie zaloty, kończymy piwo, a ja zerkam na zegarek i dochodzę do wniosku, że na mnie pora, a że Zawadzki z Maksymowiczem są podobnego zdania wobec siebie, powracamy w domowe pielesze; ja cichuteńko otwieram drzwi, podejrzewając, że Katarzyna jeszcze w pościeli, tymczasem będąc już w przedpokoju, słyszę strzępy rozmowy dochodzącej z kuchni.
Pani Marta Zawadzka wykorzystując poranną nieobecność męża w domu zaszła do Katarzyny z zaproszeniem dla nas obojga do swojej daczy nad wodę. Zjawiłem się akurat w trakcie ustalania szczegółów tej dwudniowej eskapady. Katarzyna, choć jeszcze w obłokach snu w oczach, częstując sąsiadkę kawą, nie ukrywała radości z zaproszenia i kiedy przestąpiłem próg kuchni, oznajmiła mi dobrą nowinę, ufając, że nie będę miał nic przeciwko krótkiemu wspólnemu wyjazdowi w miejsce, w którym spędziłem swoje szczenięce lata. Powiadomiła mnie o tych planach (plan wyprawy był już przez obie kobiety uzgodniony) w sposób, który już nawet nie zachęcał, a nakazywał mi wyrażenie zgody.
- Nareszcie będziesz mógł z panem Zbyszkiem połowić ryby, o czym zawsze marzyłeś - przekonywała mnie nakreślając wizję wypoczynku współgrającą z moimi oczekiwaniami - a my w tym czasie zajmiemy się sobą… i pogoda zapowiada się znakomita, więc pewnie przy rozmowie, na leżaczkach uda nam się złapać pierwszych promieni słonecznych.
W końcu jest majówka, pomyślałem sobie, i nie ma powodu, aby nie chcieć skorzystać z propozycji Marty, zwłaszcza że ostatnimi czasy zasiedzieliśmy się w swoich czterech ścianach; Katarzyna całe dnie spędza w butiku, ja przemieszczam się pomiędzy biblioteką, archiwum i profesorem, robię notatki, piszę i w sumie widujemy się z żoną o takich porach, które w naszym wielu nazywają się zmęczeniem, a do tego ten rozsądny i przytłumiony, ale jednak niepokój o Agnieszkę, jej maturę, i ten dalszy o Tomasza, a nie sposób w tym miejscu nie wspomnieć o rodzącym się na naszych oczach uczuciu pomiędzy Agniesią a Jarkiem… jakże oni spędzają teraz czas w Zakopanem?
- To bardzo miło z pani strony, sąsiadko - wypowiadam się w kwestii jaj propozycji - tym bardziej, że…
Marta doskonale rozumie, co miałem na myśli. Zawadzcy mają swoją daczę w miejscu, w którym mieściła się stanica wędkarska powołana do istnienia przez mojego ojca. To mój ojciec wymógł na zakładzie ten skrawek ziemi, a właściwie łąki przylegającej do największego stawu, wystarał się skądś o powojenny autobus z demobilu, który wraz z przyjaciółmi przysposobił do potrzeb wędkarzy; wstawił piec, polowe łóżka, stoliki i krzesła; wybudował werandę, ogrodził teren siatką, mało tego: pozyskał kajaki, z których korzystali miłośnicy wodnych sportów i połowów ryb w miejscach niedostępnych w inny sposób, jak ten wprost z łodzi.
Zakład wprawdzie nie upadł, jak wiele podobnych w ostatnich czasach, ale nie łożył już na cele socjalne. Wysprzedano domki kampingowe nad morzem i w lesie nad jeziorem; tym bardziej przestano się bawić w zakładowe wędkarstwo, w uroczyste witanie pierwszego dnia lata, w fajerwerki z okazji narodowego święta, w zabawy, wycieczki rowerowe, czy zawody pływackie. Stanica wędkarska przeszła w ręce jednego z najpierwszych wędkarzy - Zawadzkiego, który dokładał wszelkich starań, aby zachować jej dawną funkcję, zapraszając do siebie nad wodę najzagorzalszych miłośników „moczenia kija”, lecz nie były to już dawniejsze czasy: stara wędkarska wiara wykruszała się z każdym sezonem, a młodzi? Tych było coraz mniej. Porozjeżdżali się po świecie, albo też znajdowali sobie inne sposoby na spędzanie wolnego czasu.
Marta dobrze wiedziała, że nie odmówię, a nawet gdyby Katarzyna nie miała ochoty pojechać na daczę, to znajdę sposób na to, aby ją zachęcić.
- Ile to już lat tam nie byłem - mówię. - Owszem, przejeżdżałem tamtędy wiele razy i nawet spoglądałem w stronę tego autobusu. Ciekawe, czy stoi jeszcze, zastanawiałem się… i jest… czy taki sam, jak dawniej?
- Trzeba by się o tym naocznie przekonać - skwitowała Marta.
A tak, trzeba koniecznie.

- A gdzie te drzewa, tato? - zapytałem.
- Nie martw się, są. Kazałem je rozwieźć. Weźmiemy dwa wiadra i dwa szpadle. Obawiam się tylko, czy dasz sobie radę z wykopaniem dołków.
- Dlaczego miałbym sobie nie dać rady? - zapytałem.
- Pod darnią zalega gruba warstwa gliny, a dopiero pod ta gliną zmieszany z ciemną ziemią piasek. Na tych łąkach nic innego prócz traw i topól nie urośnie - tłumaczył mi ojciec.
Przekonałem się, że ojciec miał rację. Najpierw należało usunąć warstwę darni i aby dostać się głębiej trzeba było najpierw podziabać twardą skorupę gliny, a następnie wlać w to wyżłobienie przynajmniej pół wiadra wody ze stawu, a woda nie wsiąkała od razu - nie pozwalała na to glina. W końcu jednak ta nieurodzajna gleba wessała wlaną weń wodę i można było przystąpić do dalszego i głębszego dłubania w wykopanej niecce.
- Jeszcze pół sztychu, aby korzenie mogły swobodnie ułożyć się na spodzie dołka - instruował mnie ojciec. - Trzymaj drzewko prosto, w powietrzu, prosto, będę podsypywał, lekko ugniataj, przyniosę wody. 
Posadziliśmy tego dnia dwadzieścia drzewek w dwóch równych rzędach; w kolejnych dniach jeszcze czterdzieści. Wczesna wiosna była tego roku wyjątkowo mokra; topole przyjęły się świetnie i z roku na rok rosły coraz wyżej, a ich twarde, zielone liście furkotały na wietrze, rzucając rozedrgany cień na wysokie łodyżki traw, zdziczałego kminku, szczawiu i podbiału. 
(...)

[10.05.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji]

07 maja 2017

Z OKNA

Dlaczego? A może ja też odczuwałem chłód i biegłem szybko, aż do zadyszki, i nacisnąłem klamkę, nie puściła, potem skostniałymi palcami dłoni próbowałem wsunąć klucz do zamka, przekręciłem i znalazłem się w pomieszczeniu, w którym panował przedwiosenny klimat, a kaloryfery grzały, więc zaraz podbiegłem, pokonując wąską szyję przedpokoju, wdarłem się do pokoju i przywarłem plecami do żeliwnych żeberek; woda szeptała w nich i ten dźwięk ukołysał mnie do snu, a wcześniej narzuciłem na siebie pled; zasnąłem… może dlatego.
A ty leż swobodnie, spokojnie, odpoczywaj.
Nikt, kto nie przeżył chłodu tarmoszącego dreszczami ciało, nie zrozumie istoty zimna, tak jak syty nie zazna głodu tamtego mężczyzny na ławce w parku.
Spojrzałem wtedy przez okno. Marcowa szaruga. W świetle ulicznej latarni popielate, na wpół zamarznięte krople deszczu zaczesują przedwieczorną poświatę; proste włosy siąpawicy chłoszczą szklistą taflę granatowego asfaltu, a na dywanie przydrożnej nikłej trawy pojawiają się pasemka siermiężnej, matowej bieli. Schroniła się w przezroczystej, ociekającej strumieniami wody klatce przystanku autobusowego, przysiadając na zmurszałych, deskach ławki. W palcach jej prawej dłoni błyskało czerwonawe światełko; wkrótce znikło. Zasunąłem żaluzje. W telewizorze wystrzelono krążek na uwolnienie, a trener czerwonych wziął czas. Reklama.
Dopijam kawę, przegryzając pierniczki obsypane cukrem. Wciskam się w oparcie fotela, przysypiam, budzi mnie aplauz widowni, oglądam z powtórki bramkę strzeloną na piętnaście sekund przed zakończeniem trzeciej tercji. Czerwoni wyszli na prowadzenie. Zrywam się z fotela, odsuwam żaluzje, autobus odjeżdża, dwaj młodzi ludzie, którzy chwilę wcześniej wysiedli z czternastki, wykonują jakieś niesympatyczne gesty w stronę kobiety siedzącej na ławce, pochylonej tak bardzo, że zdaje się opierać głowę na kolanach, może to efekt zmęczenia. Wydawało mi się, że słyszę śmiech tych niedorostków. Zbiegam szybko na klatkę schodową.
Tamten człowiek, którego odnalazłem zamarzniętego na kość na tej samej ławce, gdy wyprowadzałem na spacer psa sąsiadki przebywającej w sanatorium, nie umarł z głodu; gazety napisały, że zapił się na śmierć, to możliwe, ale przynajmniej nie odczuwał głodu i było mu ciepło; pies, dziesięcioletnia jamniczka lizała jego dłoń dotykającą betonowej płyty chodnikowej. Za orzechową trumną szedłem ja, ktoś z magistratu i kilku bezdomnych, którzy w przeddzień wykąpali się w publicznej łaźni i zdobyli skądś odświętnie wyglądające kurtki, zapewne z darów.
O papierosa poprosiła mnie dopiero wtedy, jak wtaszczyłem ją do mieszkania. Chociaż nie było mrozu, jej ciało było jak wyjęte z chłodni, skostniałe; włosy w nieładzie, mokre, postrzępione; dopiero po kąpieli mogłem określić jej wiek, około trzydziestki; miała problemy z żołądkiem, długo okupowała toaletę po zjedzeniu pierogów z mięsem i kapustą.
Nie może spać. Dotykam jej czoła. Czoło to ta część ciała, która oprócz włosów, wychyla się spod pościeli, konkretnie spod grubego, wełnianego, powleczonego w bawełnianą powłokę koca. Mówię, że może zostać tyle dni, ile zechce, a przynajmniej do czasu, kiedy zaleczy zapalenie płuc.
Rankiem dostanie jakiś antybiotyk zaaplikowany strzykawką w pośladek. Nie umrze. 

[05 - 06.05.2017, Dobrzelin]


03 maja 2017

PREFERENCJE Z PRZYMRUŻENIEM OKA

Od paru ładnych lat jestem członkiem społeczności „Pinterestu”, portalu, na którym można zamieszczać grafikę (obrazy, fotografie, ba nawet pliki z ruchomymi obrazami. Sam proces tworzenia albumów jest dziecinnie prosty, a ważną zaletą jest to, że użytkownicy „Pinterestu” mogą swobodnie wymieniać się zawartością swoich tablic.
U mnie znaleźć można przede wszystkim obrazy; głównie pogrupowane według nazwisk artystów, choć nie tylko. Dla miłośnika - oglądacza sztuki wszelakiej (broń Boże nie specjalisty) możliwość uczestniczenia w barterowej wymianie obrazów daje sposobność docierania do materiałów, których pewnie bym w inny sposób nie odszukał. Z kolei zajrzenie do upublicznionych grafik pozwala na dotarcie na strony innych użytkowników portalu i w ten sposób rozszerzają się może nie tyle znajomości z poszczególnymi członkami „graficznej” społeczności, ile zwiększa się zakres dokonywanych obserwacji, przez co wirtualny świat zostaje po wielokroć powiększony.
Zaobserwowałem też pewne, ciekawe, moim zdanie, zjawisko. Otóż obserwując jaki obrazy najczęściej pobierane są z moich albumów, można spostrzec to, które to prace malarskie cieszą się największym powodzeniem. Oczywiście traktuje te spostrzeżenia z przymrużeniem oka, bo sztuka jest niemierzalna; to nie jest sport, w którym liczą się sekundy, metry i zdobyte bramki. Tym nie mniej, traktując całą sprawę mniej poważnie, jest mi niezmiernie miło, że z moich kilkudziesięciu już albumów najczęściej pobierany jest Paul Gauguin, którego twórczość wielce sobie szanuję. Zaskoczeniem dla mnie jest z kolei konkretny obraz, który rozchodzi się po wirtualnej przestrzeni jak chrupiące bułeczki.
Co to za obraz? „Vahine No Te Vi Aka”, czyli „Kobieta z mango”.
Lekkie zaskoczenie… no cóż, widocznie wielu wirtualnych oglądaczy pomieszczonej w internetowych zasobach sztuki preferuje tę właśnie pracę Gauguina. 

Vahine No Te Vi Aka Woman With A Mango - Paul Gauguin - www.paul-gauguin.net:

[03.05.2017, Dobrzelin]

02 maja 2017

PIERWSZOMAJOWO

Najważniejsze to robić swoje i nie oglądać się na nic i nikogo. Lepiej mieć garstkę wielbicieli jak Kondratiuk, aniżeli tłumy parskające śmiechem na wrzaski Kożuchowskiej i „nicnierobienie” Karolaka w „Rodzince”.
Pan prezydent powiedział, że należy prowadzić „twardą politykę historyczną”, a ja mówię: albo jest polityka, albo historia, inaczej się nie da. Ale w dzisiejszych czasach kreowanie polityki jest na topie. Można bić pokłony pospolitym bandytom, byle w przeszłości walczyli z niesłusznym ustrojem. I nikomu nie przeszkadza to, że ten niesłuszny ustrój to również kobiety i dzieci, niewiele mające wspólnego z ani wielką, ani małą polityką.
Twarda polityka historyczna nakazuje społeczeństwu nie pamiętać o święcie Pierwszego Maja, bo jest ono unurzane w niechwalebnej przeszłości jakiegoś tam polskojęzycznego państwa, jakie narzucono społeczeństwu po zakończeniu II wojny światowej. Ta polityka nie ma oczywiście obowiązku docierać do źródeł robotniczego święta, bo kto to jest robotnik w dzisiejszych czasach?
W tym miejscu miałem zamiar kontynuować ten wpis, ale, dosyć przypadkowo natknąłem się na tekst Jerzego Sosnowskiego, jaki ukazał się w elektronicznym wydaniu „Laboratorium Więzi”.
Myślę, że warto go przeczytać w całości, a w tym miejscu pozostawiam tezę autora, z którą nie sposób się, w moim mniemaniu, nie zgodzić.

[02.05.2017, Dobrzelin]

01 maja 2017

NASTAWIONY NA WBICIA

Przedłużający się powrót na europejskie trasy spowodowany zbyt długim i zimnym majowym weekendem, doprowadził do tego, że wyjątkowo oglądam mistrzostwa świata w snookerze w całości, nie żeby każdą partię w pełnym rozmiarze, ale i tak oglądam wiele, bo też i w naszej telewizji wielkiej alternatywy nie ma. 
Pisałem już o tym, że zaniechałem oglądania programów informacyjnych, a na wielu innych kanałach powtórki, albo powiedzmy inaczej: naroiło się u nas całkiem sporo filmowo-odcinkowych stacji, że wymienię kilka: TV Ojciec Mateusz, TV Ranczo, TV Rodzinka, TV Klan, TV M LIKE LOVE i mnóstwo, mnóstwo innych, gdzie dla mniej rozgarniętych a cierpliwych oglądaczy oferuje się „never ending story” sfilmowanych historii w zamian za abonament plus dostęp do dekodera komercyjnych platform.
I w ten oto sposób przeciętny pożeracz telewizyjnego ekranu ma niespotykany dotąd we wszechświecie wybór pomiędzy poszczególnymi historiami i, co może najważniejsze, istnieje prawdopodobieństwo, że opierając swoje oczy i uszy o wybraną historyjkę oglądacz do perfekcji opanuje zasób swojej mózgowej pamięci, ucząc się dialogów, dajmy na to, stu pięćdziesięciu odcinków „Rodzinki”, na pamięć.
Ponieważ u mnie z pamięcią najlepiej nie jest, wybrałem snookera, kibicując rzecz jasna O’Sullivanowi, który niestety w ćwierćfinale poległ ze świetnym Chińczykiem Ding Junhui. Mała to dla mnie pociecha, że na tym etapie rozgrywki pogrzebał swoje szanse nie cieszący się moją sympatią senny i wyglądający jak z gabinetu figur woskowych Australijczyk Neil Robertson. Ronnie O’Sullivan po niespodziewanej wpadce w pierwszej rundzie Judda Trampa (zbieżność nazwisk z prezydentem pewnego dużego kraju przypadkowa) zdawał się być jedynym snookerzystą grającym najbardziej ”do przodu”, nastawionym na zbicia, nie zaś na negatywne odstawne. Judd i Ronnie przegrali swoje pojedynki i w tej sytuacji głównym faworytem do zwycięstwa w Sheffield stał się uprzedni mistrz świata Mark Selby. Gra Selby’iego technicznie perfekcyjnie doskonała i skuteczna, mnie osobiście nie zachwyca, bo obecny mistrz świata nie ma ani śmiałości Trampa, ani też fantazji O’Sullivana, a gra obronna jaką preferuje, choć poparta techniką i skutecznością wbić jakoś nie przypada mi do gustu. Któż mógłby wobec tego pokonać Marka? Ding stawił mu czoło, lecz kiepsko wystartował i poniósł porażkę; wcześniej, w ćwierćfinale Marco Fu, przystojniak z Hongkongu, pogromca Robertsona, niewiele miał do powiedzenia w potyczce z Selbym. Może więc szkocki rutyniarz Higgings pobije Marka w finale? Po sukcesach we frejmach granych w pierwszym dniu finałowej rozgrywki wydawało się, że Higgins, najbardziej utytułowany (po O’Sullivanie) snookerzysta, zdobywca czterech tytułów mistrzowskich, nawiąże z Selbym równorzędną walkę. Niestety w chwili gdy robię te notatki to Selby bliższy jest zdobycia trzeciego tytułu mistrza świata, aniżeli Higgins piątego. Kibicując Higginsowi, muszę jednak przyznać, że popełnia on znacznie więcej błędów niż Selby i z obecnego stanu 13-16 zdobycie osiemnastu punktów chyba przekracza na dzień dzisiejszy jego możliwości.
A co z Sullivanem? Najpewniej otrzyma premię za wbicie najwyższego na mistrzostwach (146) brejka.  

[01.05.2017, Dobrzelin]

WYPOŻYCZALNIA (13) SIERGIEJ JESIENIN - „SPOWIEDŹ CHULIGANA.

Poszukiwałem tego wiersza w internecie, choć mam go w zbiorku poezji rosyjsko-radzieckiej, ale dla wygody wolałem go wkleić do kawiarenki elektronicznym, edytorskim sposobem. Nie będę ukrywał, że „Spowiedź chuligana” uznaję za jeden z najznakomitszych utworów poetyckich, z jakim kiedykolwiek się zetknąłem (także w oryginale… szkoda, ze z biegiem lat moja znajomość rosyjskiego podupadła). Ale mamy za to profesjonalne tłumaczenie Brunona Jasieńskiego, które, jak sądzę, oddaje w pełni zamysł twórczy Jesienina.
Cóż takiego urzeka w poezji najsławniejszego z rosyjskich imażynistów? Szczerość wypowiedzi, dynamizm, obrazowość, metafory, słowem „Spowiedź chuligana” jest poematem „duszy” artysty posługującym się obrazem słów, prostych, a jednocześnie wybitnie poetyckich, dosadnych i działających na wyobraźnię czytelnika. Poezję Jesienina po prostu się widzi, przymykając na chwilę oczy pomiędzy wersami. Zaskakujące obrazy wywołane metaforyką dialogu z czytelnikiem wręcz powalają, paraliżują pięknem porównań i skojarzeń; poszedłbym dalej w swym zachwycie, aby powiedzieć, że odkrywają przede mną język tyleż prosty i zrozumiały, co wydostający się z głębi serca i prasłowiańskiej duszy.
Pozwoliłem sobie podkreślić w tekście „Spowiedzi” te fragmenty myśli poety, które wydały mi się najoryginalniejsze i do cna prawdziwe.
Przeczytajmy zatem:
Sergiusz Jesienin - „Spowiedź chuligana”

Nie każdy mógł się wysłowić
Nie każdemu dane jest jabłkiem
Spadać na cudze kolana.

Oto jest największa na świecie spowiedź –
Spowiedź chuligana.

Ja umyślnie się nigdy nie czeszę
I głowę noszę w wietrze rozchwianą jak świeca.
Waszych dusz bezsilną jesień
Przyjemnie mi w ciemnościach wam oświecać.
Przyjemnie mi, kiedy przekleństwa kamień
Dosięga mnie jak grad i chce mnie zwalić z nóg.
Ja tylko mocniej ściskam znów rękami
Rozkołysanych włosów moich stóg.

Jak dobrze wtedy wspominać tak ukradkiem
Zarosły staw i olchy skrzyp pod deszczem,
Że gdzieś w dalekiej wsi są ojciec mój i matka,
Co gwiżdżą na najlepsze moje wiersze.
Dla których drogim był jak ciało i jak łan,
Jak wietrzyk, co od pól wiosennych rankiem mży,
Oni by przyszli zadźgać was widłami
Za każdy wasz rzucony we mnie krzyk.

Biedni, biedni wieśniacy!
Już was lata zgarbiły żałośniej,
Zawsze jeszcze ryjecie się w ziemi jak kret.
O, gdybyście zrozumieli,
Że syn wasz jest w Rosji
Największym poetą!
Małoście to o życie jego kiedyś nadrżeli,
Gdy bosymi nogami kałuże jesienne wycierał?
A dziś on chodzi w cylindrze
I w wydłużonych lakierach.

Ale mieszka w nim wiejski krzykacz,
Co przyczaił się tylko i czeka.
Każdej krowie z szyldu rzeźnika
On kłania się jeszcze z daleka.
I spotkawszy dorożkarza na placu,
Wspominając woń gnoju od pól i dren,
Gotów ogon nieść każdej klaczy,
Jak weselnej sukni tren.

Kocham ojczyznę.
Ja bardzo kocham ojczyznę!
Choć w niej tęsknoty jak wierzbowa rdza,
Miłe mi są zbrudzone mordy świńskie
I w ciszy nocnej dźwięczne chóry żab.
Jam czule chory wspomnieniem dzieciństwa,

Kwietniowych zmierzchów śni mi się woń i kurz.
Jakby się pragnął pogrzać w kucki z bliska,
Przycupnął klon nasz u ogniska zórz.
O, ilem jajek na nim w gniazdach wronich,
Wdrapując się po sękach, niegdyś kradł!
Czy po dawnemu mocna kora z jego pnia?

A ty, kochany,
Wierny, stary psie?!
Na starość ślepy stałeś się i chory
I włócząc zwisły ogon, chodzisz całe dnie,
Straciwszy węch, gdzie chlew, a gdzie obory.
O, jak mi drogie są dziś nasze psoty,
Gdy chleb, od matki wyżebrany, długo
Do spółki jedliśmy pod płotem,
Nie brzydząc się zupełnie jeden drugim.

Jam wciąż ten sam.
Sercem jam wciąż ten sam,
Jak chabry w życie kwitną oczy w twarzy hożej.
Ścieląc dziś słów złocące się rogoże,

Chciałbym powiedzieć coś tkliwego wam.

Dobranoc!
Wszystkim wam dobranoc, mili!
Zapomniane na murawach zmierzchu kosy mokną.
Chce mi się tak bardzo w tej chwili
Osiusiać księżyc przez okno.

Błękitny zmierzch, błękitny w rozpływie linii.
W taki błękit i umierać lekko.
Więc i cóż, że wyglądam jak cynik,
Co przyczepił do zadka reflektor!
Stary, dobry Pegazie mój, śpisz?
Mnież potrzebny twój miękki kłus?
Ja przyszedłem, surowy mistrz,
Śpiewać i sławić szczurzy ród.

Głowa moja jak sierpień flag
Sączy wina burzliwych włosów strumień niemy.
Ja chcę być żółtym żaglem
W tę krainę, dokąd płyniemy.

Ileż podkreśleń, prawda? Zapewniam, tak jak Jesienin, żaden inny poeta nie pisał - chylę przed nim czoło.

PS.
Test wiersza odnalazłem tutaj: https://liryka-liryka.blogspot.com/ 
Przypadkowo dotarłem do pięknie skomponowanego bloga, którego polecam wszystkim tym, którzy wstrętu do poezji nie czują, a, przy okazji, sprawia im przyjemność posłuchać wierszy w formie muzycznej i łagodnych piosenek z tekstami, które opowiadają o czymś ważnym dla wykonawcy, a mam nadzieję, że również dla słuchającego.
Do tego bloga można zapukać, klikając a „Liryka”.

[30.04.2017, Dobrzelin]