Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

06 lipca 2021

CHARLES EDWARD WILSON (1854–1941)

    Kolejna, po Duńczyku Pederze Mørku Mønstedzie prezentacja artysty - realistycznego, malującego głównie akwarelami. Jest nim Brytyjczyk, Charles Edward Wilson (1854–1941) [Ciekawe, że obaj malarze zmarli w tym samym toku, a Wilson był zaledwie o 5 lat starszy.]

    Charles Edward Wilson również zajmował się tematyką rustykalną, ukazując ubogie piękno angielskiej wsi, wnętrza chałup, lecz niemal zawsze, ta wieś, domy mieszkalne, budynki, ogródki i strumyki stanowią realistyczne tło, na które "nakładane" są postaci dziewcząt, chłopców i kobiet. Na obrazach Wilsona pojawiają się też zwierzęta gospodarcze i ptaki. Jego malarstwo jest pogodne, sentymentalne, starające się oddać jak najwięcej fotograficznych szczegółów. Barwy tych akwarel są ciepłe, dominujące kolory to rozmaite odcienie jasnych najczęściej brązów. Obrazy przedstawiające wnętrza domostw są nieco ciemniejsze, co znajduje uzasadnienie, albowiem w pomieszczeniach mniej jest światła.

   Poniżej wybrałem 8 reprodukcji obrazów Wilsona, najbardziej charakterystycznych dla jego twórczości.

1. "Saturday Morning"


2. "Girl fishing"


3. "Bubbles For Kitty"


4. "Idle Moments,"


5. "Mrs C A Smith, Kitten and Geranium"



6. "Breakfast time"



7. "The sweetest rose"


8. "The stream brigde"


[06.07.2021, Toruń]





05 lipca 2021

TRZASKI I ZGRZYTY (1) MACIEJCZYK SIĘ OBWIESIŁ.

 

Kadr z filmu "Siódma pieczęć" Ingmara Bergmana.

MACIEJCZYK SIĘ OBWIESIŁ


Wtedy Władka, co to do sprzątania ją bioro, bo taka staranna, powiedziała, że wtedy jak tych dwóch eleganckich panów, co mercedesem podjechali, to oni tego dnia decyzje podjeni, że pegeeru naszego nie bendzie, że przendzie w rence tego jednego z nich, brata dyrechtora, któren z kolei do polityki poszed, bo mówił, że dla niego takie gospodarstwo jak nasze to byle co i un se znajdzie co inszego w Warszawie.

Władka to wpadła do mnie cała w łzach, zapłakana, bo jak une pegeer zlikwidujom, to i ona robote straci, nicht sie za niom nie ujmie, jedyny coby ją nie wyrzucił to główny księgowy, ale un sam tym eleganckim panom, derechtorowi i jego bratu nie pasuje i na dniach go zwolnio. A zwolnio dlatego, że un jeden dobrze wi, że nasz pegeer stoi dobrze, a że paru ochlajusów u kierownika Nadarzaka pracuje, to nic, bo jak trzeba było bydlątka przed wielką wodą chronić, albo jak się pare lat temu jedna stodoła zajena ogniem, to pierwsze były do ratowania. Oj, księgowy Kalicki, Władka słyszała, przemawiał do nich, żeby nie likwidować, bo akuratnie na przednówku dobra cena na pszenicę i żyto była, a ziarno - palce lizać, więc zarobili. Szczęściem też krowy się pocieliły wyjątkowo obficie, na likarstwa uprzedniego roku nie wydaliśwa wiela, paszy zostało, no i wiosna wilgotna i ciepła, już po pierwszym pokosie - udany bardzo, aże sprzedać można z pięciu hektarów. To oni mu, te eleganty, że polityka teraz taka, że państwowe nieopłacalne i z postępem trzeba iść, co niepotrzebne sprzedać i gospodorza znaleź takiego, co to wszystko ogarnie.

- Burzył się, mówię pani - jednym tchem ciągnęła Władka - ale to nic nie dało. Powiedzieli, że odgórne majo polecenie i tego komunizmu muszo się pozbyć jak najprędzy. Kalicki wcionż się stawioł, o ludzi się zapytywał, co się z nimi stanie, gdy pegeer padnie, gdzie robote znajdo parobczaki, co to od trzydziestu lat i więcej pracujo. To jeden elegant mu powiedzioł, coby się lepi o sobie pomyśloł, co go czeko, gdy roboty dla niego zabraknie, bo widać, że on, znaczy się księgowy Kalicki, to komuch zatracony i do nowych czasów nieprzywykły. Zaś drugi elegant na cito, tak powiedzioł, kazał Kalickiemu raporta przedstawić: ile ta hektarów pod uprawę mamy, a ile łąk, ile świń trzymamy, a ile krów, a to wszystko jeszcze podług wieku i czeguj tam jeszcze. Zdziwiła się ja, bo księgowy księgowym, ale kierownik Nadarzak to w jednym palcu ma te wszystkie wiadomości. Zapomniała ja, że Nadarzak sam wymówił robote, bo nie chce na to wszystko, co się będzie działo patrzeć. Do brata na Pomorze pojedzie, pieczarki będzie hodować. Żona Nadarzaka to aż się rozpłakała, chłopaka majo w trzecij klasie, co poczno teraz? Na poniewierke pójdo? To jej odpowiedzioł, że oni obadwaj bracia, co jeden za drugim w ogień by skoczył, a gospodarstwo duże majo, poniemieckie na tych Mazurach, a jak się na tych pieczarkach dorobio, to i własny pobudujo, choć się nie pali. Tak i za miesiąc Nadarzak sprzedoł swojo chałupe i te trzy hektary; nie dostoł wiela, ale zawsze coś i będzie na na ten pieczarkowy biznes. Podobno mu się wiedzie - księgowy Kalicki rozpowiadoł w gospodzie, od mojego starego słyszałam.

Władka nie raz i nie dwa zachodziła do mnie, a wczorej późno była, kiedy my już telewizor wyłunczyli, a rozdygotano tako. Zaroz od proga mnie zawołała:

- Ło Matko Bosko, wisz co się u nas stało?

- Słyszała ja syreny. Nawet podeszła ja do okna, czy się gdzie nie pali. Ale wczora też syreny były.

- Wczorej to naściongali milicjantów, bo stworzenia wywozili, wszyćkie jakie były, i krowy, i świnie, to nasze pozwoleństwa na to nie dali. To i suki pełne milicjantów przyjechały, coby porządek z nami zaprowadzili. Mówięci, Halszka, jakie to szczęście, że ty tu z tym zapaleniem płuc się potykasz, a z każdym dniem ci lepi, widzę przecie, i na ten pogrom, co oni tam z nami robio, nie patrzysz. Wczorej to taki jeden, mówio, że rządowy, godoł, że robota lo wszyćkich znajdo, a do tego czasu kuroniówke dadzo. To my go wygwizdali, ale stworzenia nam zabrali, bo to u nas ma być ino kukurydza na tych stu pięćdziesięciu hektarach. Ale, Halszka, to wczorej było... a dziś...

- Mówże!

- Kiedy nie wypowiem, takem rozdenerwowano.

- Nalij sobie prymuchy z gruszek. Tam, w pierwszy szafce. Mój zrobił. I mnie nalij. Kieby nie ta z gruszek, pewnie bym do szpitala na te płuca trafiła, a tak... poprawio się, sama widzisz.

...

- Maciejczyk, znasz go dobrze, u Zagajoków mieszka od czasu gdy mu Zuzka odumarła...

- Tak i tam mieszka... un ino u krów od świtu po noc ciemno, oborowym przecie go zrobili. Co z nim?

- Obwiesił się tam gdzie te krowy elektrycznie doił. Pies go znaloz. Do księgowego zarozki podskoczył, bo, mówio, Kalicki go kiedyś tam przygarno i tak w gospodarstwie zostoł.

- Matko jedyna, taki chłop... taki chłop! Co mu do łba strzeliło?

- Mówio, że z żalu po tych krowinach.

- Wcale bym się nie zdziwiła. Tela lat przy nich. A jaki pracowity...

- Mówio, że powiedzioł Zagajokom, że życia dla niego nie byndzie po tych postępach i gdzie on tera robote jakom znańdzie. Gadoł, że najon by sie choć i do pilnowania popasu, choć do rzucania karmy, a nawet tylko do wybierania gnoju. No i a dwa dni chłopa nie ma.

- Matko jedyna, jakie nieszczęście.

- Tam taki lekarz był, tom się podpytało co z nim teraz zrobio, to mi powiedzioł, że najsampierw wezmo go do szpitala, potno, aby się dowiedzieć, kiedy to żywot swój zakończył i jak to sie stało, choć przecie każdy wie jak. Ale mówięci, Halszka, że ten lekarz powiedzioł mi co innego, że to nie pirsza i nie ostatnia śmierć w tych nowych czasach, bo ludzie nie wytrzymujo.... A twój gdzie? Pilnuj go, pilnuj, coby nie strzeliło mu co do łba... chłopy w tych czasach markotne, złe jak pierun, a przecie słabe, słabsze od nas.

- Mój pojechał po nutrie. Hodował bendzie. Ze skór obedrze, na mięso bendzie, na futra. No dali, wypijmy, Władka, taki nasz los... a dowidz sie, kiedy pogrzeb Maciejczyka. Już mi lepiej, pójdę za jego trumno.


[05.07.2021, Toruń]


03 lipca 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (449 - 451) EURO. NIE TYLKO HYMN. BLOKADA.

 

449.

Wczorajszy dzień minął mi na jakimś zatruciu, wskutek czego byłem nie do życia. Nawet mecz Włochów z Belgami na Euro nie zdołał mnie do końca wyzwolić z paskudnego nastroju. Ale skoro już jestem przy tym meczu - według mnie był to przedwczesny finał. Przed mistrzostwami stawiałem na Belgów i po części na Włochów, którzy na obecnych mistrzostwach grają jak nie Włosi - u trenera Manciniego "catenaccio" nie znajduje uzasadnienia i pięknie się ogląda zespół włoski, atakujący, świetny technicznie. Życzę Włochom powodzenia, a jednocześnie obserwując fazę grupową Euro 2020 dochodzę do wniosku, że nasz zespół słusznie nie znalazł się na tym etapie rozgrywek, bo jest o klasę słabszy od całej ósemki.

450.

Przypadkowo, na swoje nieszczęście, uruchomiono mi w przerwie meczu Belgia - Włochy "dwójkę" i akurat trafiłem na pisowską piosenkarkę Górniak Edytę w piosence "Trudno tak", którą onegdaj śpiewali wspólnie Edyta Bartosiewicz i Krzysztof Krawczyk. Uważam, że takie niszczenie piosenki, czego dokonała Górniakowa, powinno być karane z urzędu.

Poniżej prawdziwe wykonanie tego przeboju, obecnego już wcześniej w kawiarence, aby poluzować nerwom moim postronki.


451.

Po udostępnieniu w kawiarence tej ślicznej piosenki miał nastąpić koniec tego wpisu, ale zdarzyło się coś, co rozśmieszyło mnie na cały głos. Otóż administracyjni kolesie z fejsbuka uniemożliwili mi udostępnienie na na moim profilu s t r a s z n e j rzeczy, a mianowicie dawno niesłuchanej, a pięknej i budzącej wspomnienia piosenki Toma Jonesa "Delilah". Dlatego też, korzystając z okazji, że zawsze mogę liczyć na moje googlowskie konto, umieszczam tę piosenkę w kawiarence. Naprawdę warto ją sobie przypomnieć.


Aha, moim poprzednim udostępnieniem na fb było to:

.

może więc z tego powodu...


[03.07.2021, Toruń]


02 lipca 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (444 - 448) SŁOWA WODZA. OCZEKIWANIE. PŁOMIENIE. FILMY DWA. PAPUSZA.

 

444.

Ważna wiadomość dla świata. J. Kaczyński, "Mowy zebrane". Gdyby jeszcze miał ktoś wątpliwości, o co wodzowi naprawdę chodzi.

"Szanowni państwo, mam dobrą wiadomość. Przed chwilą pisano... w ostatnich dniach, że nasz klub ma już poniżej dwustu trzydziestu posłów. No, od tej chwili, można powiedzieć, że ma z powrotem dwustu trzydziestu; sądzę, że niedługo będzie miał więcej."

445.

Trochę, a nawet bardziej niż trochę, śmieszy mnie to oczekiwanie na Tuska lub, jak kto woli, oczekiwanie co też ważnego ma do powiedzenia Donald Tusk. Dotąd każde pojawienie się w kraju byłego szefa Platformy nie przyczyniło się do zwycięstwa PO czy KO w wyborach samorządowych, krajowych czy prezydenckich. Wydaje mi się, że Tusk może oczywiście uporządkować sytuację w samej Platformie; nie sądzę natomiast, aby miał on wpływ na wynik kolejnych wyborów, gdyż pan Donald ma stały negatywny elektorat. Oczywiście, gdyby udało się byłemu przewodniczącemu doprowadzić do połączenia sił opozycyjnych, byłaby to wartość dodana, lecz do tego nie dojdzie. Ani pazerny na władzę jak Kaczyński Hołownia, ani Nowa Lewica, która tak jak PIS uważa, że "to wina Tuska", nie są w stanie pójść na kompromis i wychodzi na to, że jedyną możliwością na zmianę rządu będzie to, że Zjednoczona Prawica sama będzie strzelać w swoje kolana.

446.

W Kanadzie płoną kościoły. Podaję za RMF 24:

"Po informacjach o odnalezieniu nieoznaczonych grobów na terenach byłych przymusowych szkół dla indiańskich dzieci, kościół katolicki w całej Kanadzie spotyka się z falą nienawiści. Szkoły, działające od XIX wieku aż do lat 90. XX wieku, prowadziły na zlecenie rządu Kanady kościoły katolickie i protestanckie. Jak poinformuje policja, w minioną sobotę spłonęły dwa kościoły na terenach indiańskich rezerwatów w południowej części Kolumbii Brytyjskiej. Ogień pojawił się we wczesnych godzinach rannych najpierw w jednym z kościołów, a po godzinie - w drugim. Z kolei w zeszłym tygodniu w rezerwatach Indian Penticton i Osoyoos w Kolumbii Brytyjskiej spłonęły dwa inne kościoły katolickie."

Oczywiście wszelkie przejawy wandalizmu powinny być potępione, jednakowoż trudno nie podzielać oburzenia z tego powodu, że ponownie kościół katolicki stałe się siedliskiem szatańskich praktyk. Chociaż, jak znam metropolitę krakowskiego i paru innych, znów będzie skowyt, że kościół katolicki jest prześladowany.

447.


Obejrzałem zupełnie ostatnio dwa polskie filmy: "Papuszę" Krzysztofa i Joanny Krauze oraz "Amator" Krzysztofa Kieślowskiego. Krzysztof Krauze, zdecydowanie przedwcześnie zmarły reżyser filmów dokumentalnych i fabularnych zasłynął z naprawdę dobrych i oryginalnie opowiedzianych filmów, takich jak: "Dług", "Nikifor" czy niezwykle poruszający "Plac Zbawiciela". Fabularna twórczość Krzysztofa Krauzego i jego żony świadczy o tym, że polskie kino, choć po transformacji ustrojowej i szczególnie w XXI wieku mocno podupadło na zdrowiu, to jednak ma ono swoich pozytywnych przedstawicieli, czego dowodem obejrzana przeze mnie "Papusza" - cygańska poetka, właściwie Bronisława Wajs, której życie, jak to się mówi, nie było usłane różami, a jej talent, pomimo ogromnych starań poety Jerzego Ficowskiego, nie został w pełni wykorzystany.


W przypadku "Amatora" Krzysztofa Kieślowskiego, według mnie, kto wie, czy nie najlepszego filmu tzw. "kina moralnego niepokoju" w Polsce, zwraca moja uwagę fakt, że zawsze dobre kino, bez względu na to, czy film jest dramatem psychologicznym, wojennym, komedią czy serialem przedstawia filmową rzeczywistość w taki sposób, iż nie wiąże jej z li tylko jednym okresem historycznym. Główny bohater "Amatora" mógłby mieć te same problemy w dzisiejszej otaczającej nas rzeczywistości; tak samo łatwo sobie wyobrazić to, że "Rejs" Piwowskiego odnosi się także do współczesności i nie jest jedynie krytyką czasów PRL-u, a komedie Barei doskonale wpisywałyby się w lata po transformacji.

Cały problem polega na tym, że prawdopodobnie ani Kieślowski, ani Piwowski, ani też Bareja kręcąc filmy w rzeczywistości Polski Ludowej, nie podejrzewali, że problematyka jaką wtedy poruszyli, będzie dotyczyć tylko jednej epoki. Ułomności ludzkie, ustrojowe i polityczne mają wielu ojców i dziwię się niektórym krytykom PRL-owskiej rzeczywistości, którzy nie dostrzegają tego, że w gruncie rzeczy śmieją się z samych siebie, bo tak niewiele się zmieniło.

448.

Na zakończenie wiersz Papuszy "Zima biała nastała"


Zima biała nastała,

spadł śnieg jak wielka mszysta poduszka.

Ubrał wszystkie jodły zielone, gałęzie im poprzyginał.

Koń rozrzuca śnieg czterema podkowami

i serce się schyla

jak zielonej jodełki gałęzie.

W krzyku przycupnęła sowa,

pod jodłą ptaki –

jak namiot osłania je śnieg.

Las stoi jak mędrzec,

nie śpiewa pieśni z wiatrami.

Ogniki jak gwiazdy mrozu

odbija w źrenicach.

Dziś ptak w zaroślach śpi

pod śniegiem,

Jak kiedyś biedne Cyganiątko,

co dziś znalazło ciepły dom.

Przyfruwa pod okno biedny ptak,

zmarznięty – chleba prosi.

Ach, to mój leśny braciszek!

Razem wyrośliśmy w czarnym lesie.

Dam mu dobrego chleba,

dam mu jak najwięcej.

Chodź tutaj do mnie, ja do ciebie przyjdę,

ptaku biedniusieńki!

Poprosimy Boga oboje,

żeby wielkie słońce nadeszło,

bo teraz wielki śnieg

jak puszysta poduszka.

Ptaku mój, ktoś dla ciebie zrobił

ciepły domek,

żebyś nie marzł pod krzakiem,

w śniegach wielkich,

gdzie nie miałeś

dobrych snów.


[02.07.2021, Toruń]

01 lipca 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (441- 443) TOUR DE FRANCE. OBRAZKI Z PIRENEJÓW. DWA ARCYDZIEŁA F ILMOWE.

 

441.

Pisałem już nieraz o tym, że lubię oglądać Tour de France nie tylko ze względów sportowych, a powiedziałbym nawet, że przede wszystkim nie ze względów sportowych. Zanim zacząłem podróżować po Francji, poznawałem ją właśnie patrząc na relacje z tego największego i najstarszego wieloetapowego wyścigu, poznawałem ją i w końcu polubiłem. Kiedy zatem miałem możliwość podróżowania po Francji, najpierw podczas szkolnych wojaży z uczniami, a potem już jako kierowca, skonfrontowałem telewizyjną wiedzę o tym kraju z rzeczywistością i nie byłem negatywnie zaskoczony.

W tegorocznym tourze nie brak jest miejsc, przez które nie dość, że przejeżdżałem, ale były one celem moich transportowych podróży. Ot, chociażby wczorajszy etap jazdy indywidualnej na czas kończył się w ślicznym mieście Laval, które pamiętam choćby z ciekawej i miłej przygody z żandarmerią francuską. Z kolei dzisiejszy etap prowadzi z Tours do Châteauroux. Przez Tours, pięknie położone miasto nad Loarą przejeżdżałem wielokrotnie, a oprócz wyżynnych terenów leżących wzdłuż Loary, terenów obfitujących w plantacje winnej latorośli Tours zapamiętałem z innego powodu. Otóż kilka lat temu rejon środkowej Loary, zwłaszcza departamenty Indre i Cher nawiedziła powódź (wiem, że w telewizji pokazywali ewakuację dolnych pomieszczeń Musée du Louvre). Miałem w tym czasie kurs z Pirenejów do Normandii, a najbliższa trasa prowadziła akurat przez zalane tereny. Nie mogąc przekroczyć Loary w Orleans (podtopiona i zamknięta z tego powodu była też autostrada prowadząca przez miasto Joanny Darc), musiałem skierować się na zachód płatną autostradą właśnie pod Tours. Podróż zabrała mi trochę czasu, ale wybaczono mi to spóźnienie, gdyż w tamtym czasie w wielu miejscach transport w ogóle nie funkcjonował.

W Châteauroux byłem wprawdzie tylko raz, ale kilka razy przejeżdżałem przez to miasto lub omijałem je jadąc autostradą do Limoges. Zdarzyło mi się raz jadąc do Châteauroux przejeżdżać przez posiadłość George Sand czyli Nohant-Vic. Tam zresztą istnieje szlak turystyczny nazwany imieniem tej popularnej francuskiej pisarki epoki romantyzmu, przyjaciółki Szopena.

Kolejny etap Tour de France zaczyna się w Vierzon, miejscu, w którym jadąc z południa, z francuskich Pirenejów lub z Limoges, kończy się długi, bezpłatny odcinek autostrady orleańskiej i należy tam zjechać na "nationalkę". W Vierzon złapałem niestety "gumę", ale jakoś szybciutko poradziłem sobie z wymianą koła. Mniej znam z kolei Le Creusot, gdzie kończy się siódmy etap z Vierzon (przejeżdżałem obok); natomiast w Oyonnax byłem - to już Alpy. Byłem też w samym ośrodku narciarskim w Tignes (wiozłem materace); w Altbertville (tam, gdzie była olimpiada zimowa) miałem załadunek w takiej małej, z bardzo sympatycznymi ludźmi, firmie. W Valence byłem z kolei mnóstwo razy, także przejazdem. W Nimes też byłem, podobnie jak w ślicznym, starym Carcassonne; nie byłem wprawdzie w Andorze, ale całkiem blisko granicy (tam dopiero są wysokości i zakręty); doskonale pamiętam Pau w Pirenejach; w Libourne spędziłem dwa dni i noce nad rzeką Dordogne, a w nieodległym Saint-Émilion (miasto znane jest z produkcji win i bogatego krajobrazu, usłanego winnicami i starymi murami. W 1999 miasteczko i jego winiarski krajobraz zostały wpisane na listę światowego dziedzictwa) przyszło mi spędzić wolny od pracy dzień, podziwiając to fascynujące stare miasteczko słynne z win typu bordeaux. Nie wspominam już Paryża, gdzie corocznie kończy się Tour de France.

Jak widać tegoroczny wyścig obfituje w trasy, miasta i wioski, przez które miałem przyjemność jechać. Przyjemnie jest po raz kolejny, tym razem telewizyjnie, odwiedzić miejsca, w których się było. A samo kolarstwo, wyścig? No, cóż. Niech wygra najlepszy.

442.

Kilka obrazków ze Średnich Pirenejów. Zaznaczam, że Średnie Pireneje mają niewiele wspólnego z wysokimi górami. To co je wyróżnia, to niska gęstość zaludnienia i dosyć dzikie, naturalne krajobrazy.














443.

Po obejrzeniu "400 batów" - znakomitego filmu francuskiej "Nowej Fali" autorstwa François Truffaut [tutaj muszę wstawić zdjęcie głównego bohatera, chłopca granego przez Jean-Pierre Léaud],

kadr z filmu "400 batów"

 zabrałem się do oglądania "Złodziei rowerów" filmu włoskiego neorealizmu, wyreżyserowanego przez Vittorio De Sica. Myślę, że bardzo dawno temu oglądałem te filmy, ale z jaką wielką przyjemnością oglądałem je teraz.

kadr z filmu "Złodzieje rowerów"

Pewnie jeszcze znajdę czas na napisanie czegoś o tych arcydziełach filmowych.


[01.07.2021, Toruń]




30 czerwca 2021

PEDER MØRK MØNSTED - REALISTA

Peder Mørk Mønsted (1859 - 1941) to duński malarz - realista, specjalizujący się w pejzażach wiejskich, leśnych, wodnych, jak i też wiejsko - zimowych.

Jego pejzaże dotyczą głównie kraju, który był jego ojczyzną, chociaż pewną część jego twórczości stanowią krajobrazy włoskie, czy szerzej - tereny basenu Morza Śródziemnego.

Niektóre jego obrazy oscylują na pograniczu kiczu, ale malarz dokłada staranności w obrazowaniu przyrody, a szczególnie związaną z przyrodą i gospodarstwem działalnością człowieka.

Wybrałem do kawiarenki właśnie takie obrazy, w których dominującym akcentem są: wiejski krajobraz, zwierzęta gospodarskie i ludzie. Nie ukrywam, że oglądając te realistyczne dzieła, nie odbiegają one tematyką i techniką malarską polskich realistów tworzących w wieku XIX i w pierwszej połowie ubiegłego wieku.

1. "Karmienie cielaka"




2. "Podwórze"



3. "Kaczki na farmie"



4. "Kury chroniące się przed deszczem"



5. "Dzień prania"


6. "Ogród kuchenny"


7. "Wiosna w Hjembaek" 



8. "Konie pijące wodę ze studni"



[30.06.2021, Toruń]

29 czerwca 2021

KSIĘGA TOBIASZA 4.

 


4.

Przytuliła głowę do mojego ramienia i chociaż nie ważyła zbyt wiele, czułem ten przyjazny ciężar, który krępował moje ruchy, ale przystałem na niego, pogodziłem się i wreszcie ucieszyłem, że mogę być podporą czyjegoś snu, może nie czyjegoś, a właśnie tej, która odbywała ze mną podróż, powolną, nocną. Autokar miał swoje lata i nie mógł pędzić z nie wiem jaką prędkością, a kierowca był zmęczony, więc często przystawał; raz przystanął na dłużej i od razu zapadł w sen na kierownicy, a starzy wyjadacze wszelkich wycieczek rozbudzali się wtedy, kierowali do drzwi już przez kogoś otworzonych, i potem zwyczajowe "panie na lewo, panowie na prawo". Ciepła lepka noc.

Nikt nie miał pretensji do kierowcy, że zasnął, bo tę noc i tak mieliśmy spędzić w autobusie, choć nie tutaj, a dalej, na parkingu przy stacji paliwowej i restauracji czynnej dwadzieścia cztery godziny na dobę. Dochodziła dwudziesta trzecia.

Miała pięknie zamknięte oczy, ciepłe policzki i miarowy oddech. Nie chciałem spłoszyć jej snu. Obudziła ją ta nadzwyczajna cisza i rytmiczne pochrapywanie kierowcy autobusu.

- Stoimy? - zapytała.

Skinąłem głową.

- Wyjdziesz ze mną? Bo ja... rozumiesz?

- Wyjdę. Było "panie na lewo". Podprowadzę cię.

Dopiero po paru minutach spostrzegłem, że stoimy na niewielkiej zatoczce pośród wysokiego iglastego lasu. Oddaliła się w stronę dochodzących z bliska kobiecych głosów. Czekałem długo, tak długo, że zacząłem się martwić o Elę. Całe szczęście, że moje oczy stosunkowo szybko przywyknęły do ciemności i nie zmieniły tego faktu jasne, żółtawe snopy świateł dobywające się z reflektorów przejeżdżających z naprzeciwka samochodów. Nareszcie nadeszła i zachodząc mnie od tyłu położyła chłodne, wilgotne dłonie na moich oczach.

- Tam w lesie jest strumyk. Umyłam twarz i ręce. Woda taka pachnąca.

- Pachnąca? - zdziwiłem się.

Rozmawialiśmy niedługo, bo nagle ktoś wystawił nos z autokaru i dosyć głośno zaprosił wycieczkowiczów do środka.

- Za piętnaście kilometrów mamy nocny postój - oznajmił po jakimś czasie kierownik wycieczki. - Tam będą toalety i restauracja, gdzie można coś przekąsić, bo czynna jest całą noc. Ponadto ten leśny parking przy restauracji jest cichy i można się będzie wyspać.

Wbrew obawom powrót do autokaru odbył się szybko i sprawnie - odliczyli się wszyscy, ale po tym postoju było jasne, że nikt nie zaśnie zanim nie dojedziemy do tego parkingu przy restauracji. Mężczyźni polali jeszcze po kieliszku, zagryźli czym popadnie; kobiety z utęsknieniem czekały na herbatę z cytryną i może jakąś zupę w tej restauracji, do której chciały się udać, a ja zastanawiałem się nad tym, w jaki sposób ułożyć się do snu, aby Eli było wygodnie. Fotele autokaru nie zapewniały komfortowego spania, ale przy zgrabnym ułożeniu ciała przynajmniej moja dziewczyna mogła cieszyć się z pozycji leżącej, a ja, wyprostowany, wciśnięty w szczelinę pomiędzy oparciem fotela a szybę, będąc opoką dla swojej towarzyszki podróży, szybciutko zapadłem w sen.

Tak i dojechaliśmy do naszej noclegowni. W autokarze poluźniło się trochę, ale też powiało prędkim snem. Ela spała zmęczona wspinaczką na Łysicę i Święty Krzyż. Kto to wymyślił, aby jednego dnia zaliczyć te dwa szczyty, wprawdzie wymagające niezbyt wielkiego doświadczenia wspinaczkowego, ale upalna pogoda dawała się przecież we znaki, również mnie, który kochałem takie wojaże.

Współtowarzysze podróży, którzy zaraz po podjechaniu na restauracyjny parking wybrali się przekąsić coś na dobranoc, byli na tyle mili i wyrozumiali, że powracali na swe miejsca w autobusie w milczeniu, nie chcąc zakłócić śpiącym snu. Można powiedzieć, że przemykali się pomiędzy rzędami foteli jak polujące na gryzonie sowy, co cieszyło mnie, bo ubzdurałem sobie, że może i ja zdołam zasnąć, co jednak nie następowało szybko. Początkowo rozmyślałem o Eli, rozmyślałem pozytywnie, radując sie z tego powodu, że w końcu zdecydowałem się umieścić ją w Księdze i jednocześnie spełniając tym samym jedno z marzeń matki. Później jednak coś wtargnęło do mojego chorego łba i zaczęło mnie męczyć okropnie. Być może byłem już wtedy na granicy jawy i snu, może nawet bardziej śniłem, aniżeli istniałem w świecie realnym. W pewnym momencie dotarłem naprzód myślami do ostatnich lat i miesięcy swojego życia, i zaobserwowałem wielką katastrofę, która zrównała z ziemią wszelkie moje plany i nadzieje. Już wtedy na tym parkingu pod restauracją podczas bezwietrznej gwiaździstej nocy pomyślałem, że na ostatnim etapie życia stanie się coś strasznego. Lękałem się tej przepowiedni, która wieszczyła chorobę, wypadek, utratę czegoś lub kogoś ważnego, po czym już nie zdołam się podnieść. Przestraszyłem się tego snu, wróżby wypowiadanej przez nieznane medium, którego nie znałem, lecz jakbym zamierzał je poznać, jakby wiedziało ono o moim życiu więcej niż ja sam o nim wiem. Nie wiem jak długo przechodziłbym te męczarnie, gdyby sąsiad siedzący za mną w pewnym momencie nie rozprostował nóg i kopnął mnie w piętę, wprawdzie nieboleśnie, lecz spowodował tym uderzeniem, że ostatecznie wybiłem się ze snu. W myślach podziękowałem mu za przebudzenie. Miałem silną wolę nie zasnąć już więcej tej nocy, aby nie zaglądać w oczy wątpliwej przyszłości, aby nie słyszeć prognozy najgorszej z pogód.

(...)

[29.06.2021, Toruń]

27 czerwca 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (438 - 440) NA BALKONIE. ZAMEK. PIŁKA.

 

438.

No bo jednak oglądałem ten przegrany mecz naszych siatkarzy (drugie miejsce na świecie - jak to się ma do występu piłkarzy nożnych?) i teraz niedawno, do meczu Czechy Holandia (Czechom zawsze kibicuję!). Jestem teraz na balkonie i brzęczy mi jakaś okołodiskopolowa muzyka, straszna, każdy kawałek podobny do kolejnego... jak oni to robią, że wszystkie te niby piosenki są do siebie tak bardzo podobne, no i ile razy można słuchać tego samego; czy oni cały czas karmić będą ludzi w tej pisowskiej telewizji taką chałą? Czasami zastanawiam się nad tym, czy nie jest to celowe działanie: ludzie sobie poskaczą i będą szczęśliwi z tym pięćset plus na dzieciaka.

Jestem na balkonie i piszę kolejny tekst starając się zagłuszyć w sobie te dźwięki szkaradne i wspominam sobie ten czas, kiedy po rozmaitych doświadczeniach ze szkolnictwem na poziomie podstawowym przeszedłem do szkoły średniej. Czułem się wtedy jak geometra z "Zamku" Kafki - obcy, wchodzący w świat ludzi o niesympatycznym, trudnym do rozpoznania obliczu.

Oprócz tego, że "na warsztacie" mam w tej chwili Jerzego Andrzejewskiego i powtórkę z "Siłaczki" Żeromskiego, lubię sobie tak od czasu do czasu zajrzeć bez zobowiązań do innych lektur, na przykład tego "Zamku" i pierwszej części "W poszukiwaniu straconego czasu" Prousta, i teraz przypomniał mi się ten geometra, i skojarzyłem go od razu z sobą z odległych lat.

439.



Fragment "Zamku" Kafki.

"Poszedł więc znów dalej naprzód, ale była to droga daleka. Ulica bowiem, to znaczy główna ulica wsi, nie prowadziła do góry zamkowej. Wiodła jedynie w jej sąsiedztwo, potem wszakże jakby naumyślnie skręcała w bok i chociaż nie oddalała się od zaniku, to przecie nie przybliżała się do niego. K. oczekiwał ciągle, że ulica musi wreszcie skręcić do zamku, i szedł dalej tylko dlatego, że się tego spodziewał; widocznie wskutek przemęczenia nie mógł się jakoś zdecydować na opuszczenie ulicy. Dziwił się również temu, że wieś jest taka długa, jak gdyby nie miała końca. Ciągle tylko małe domki z zamarzniętymi szybami w oknach, ciągle śnieg i odludzie. W końcu oderwał się od tej fascynującej go ulicy. Wchłonął go wąski zaułek. Śnieg był tam jeszcze głębszy. Wyciąganie zapadających się w śniegu nóg było ciężkim wysiłkiem. Pot spływał z niego. Nagle K. przystanął i nie mógł ruszyć z miejsca. Nie był wszakże na pustkowiu, gdyż na prawo i na lewo stały chałupy chłopskie. Ulepił kulę ze śniegu i rzucił w okno. Od razu uchyliły się drzwi - pierwsze drzwi, które otworzyły się podczas całej jego wędrówki przez wieś i stary chłop w brązowym kożuchu stanął w nich, przechyliwszy głowę na bok, przyjazny i słabowity.

- Czy mogę na chwilę do was wstąpić? - zagadnął go K. - jestem bardzo zmęczony. -

Po czym nie słysząc wcale, co mu stary odpowiedział, przyjął z wdzięcznością deskę, którą mu podsunięto i która pomogła mu wygramolić się ze śniegu, tak że zrobiwszy parę kroków znalazł się w izbie.

Była to wielka izba, na wpół ciemna. K., przybywając z dworu, z początku nic nie widział i potknął się o balię. Jakaś ręka kobieca powstrzymała go od upadku. W jednym kącie wrzeszczały dzieci, z drugiego kłębił się dym, zmieniając półmrok w zupełną ciemność. K. stał niczym w chmurach.

- On jest przecież pijany - powiedział ktoś.

- Kim pan jest? - rozległ się władczy głos, który potem zwrócił się do starego: - Dlaczegoś go wpuścił? Czyż można wpuszczać każdego, kto wałęsa się po ulicach?

- Jestem hrabskim geometrą - oznajmił K., starając się usprawiedliwić przed kimś, kogo ciągle jeszcze nie widział.

- Aha, to geometra - powtórzył jakiś kobiecy głos, a potem zaległa zupełna cisza.

- Wy mnie znacie? - spytał K.

- Oczywiście - odparł krótko ten sam głos. To jednak, że K. znano, nie wydawało się usposabiać dobrze do niego." (...)

440.

Powracam do pisania po kolejnym meczu. Dzisiaj wygrali ci, na których postawiłem; wczoraj zresztą też, więc może źle, że nie zagrałem w zakładach na wynik meczów (stawiałem też, że Polska nie wyjdzie z grupy). Przed mistrzostwami postawiłem na Belgów jako triumfatorów, ale spodobali mi się Włosi i te dwie drużyny spotkają się w kolejnej rundzie, a zatem jeden z moich faworytów odpadnie. Pozostają jeszcze Francja i Niemcy. Miło mi, że Portugalia odpadła, bo nie cenię sobie gry faul ich graczy, szczególnie tego boiskowego hultaja Pepe.

Piłka nożna nie zmieniła moich zapatrywań na przykre dla mnie, jak zawsze, niedziele, tym bardziej, że po niedzieli następuje poniedziałek.


[27.06.2021, Toruń]