Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentyment. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Sentyment. Pokaż wszystkie posty

16 grudnia 2023

LUDZIE FILMU I TEATRU (2) TOMASZ ZALIWSKI

 

Tomasz Zaliwski i Barbara Krafftówna w filmie "Czterej pancerni i pies"


Tomasz Zaliwski to świetny aktor pamiętany z „Pancernych”, gdzie żywiołowo zagrał rolę Magneta. Ale aktor znany był także z licznych ról teatralnych’ grał w teatrze telewizji, w takich filmach jak „Polonia Restituta”, „Zamach stanu”, „Popioły”, „Rękopis znaleziony w Saragossie”, lecz najlepszą, moim zdaniem rolę zagrał w filmie Andrzeja Kondratiuka „Pasja”. Jak się wydaje postać Wojtka (architekta, który ucieka z miasta i stara się nawiązać głębszy kontakt z naturą i żyć biologicznym rytmem przyrody) jest rolą przystającą do jego pozafilmowego życia.

Tomasz Zaliwski w filmie "Pełnia"

Poniżej garść informacji o aktorze, w tym opowieść Teresy Lipowskiej o nim jako o jej mężu.

Tomasz Zaliwski przez 44 lata był żonaty z aktorką Teresą Lipowską. Aktor chciał tylko ślubu cywilnego, zaś pani Teresa kościelnego. -"Mój mąż był niewierzący. Był komunistą, ideologiem, wierzył święcie w ideę, że każdy powinien mieć po równo, że wszystkim powinno być dobrze. Był wierny swoim zasadom do końca, nawet wtedy, gdy większość wcześniej zdeklarowanych partyjnych przechodziła na drugą stronę. Nigdy nie był chorągiewką. Ale za to na jego pogrzebie byli wszyscy: z prawej, lewej strony, wierzący i niewierzący. I wszyscy mówili, że bardziej prawego i uczciwego człowieka nie spotkali. Wspominali, ilu ludziom pomógł, że nigdy nie wziął nic dla siebie" - opowiadała Teresa Lipowska w "Gościu.pl". W końcu pan Tomasz dał się namówić na rozmowę z księdzem i poetą Janem Twardowskim. To on przekonał go do ślubu kościelnego i udzielił im go w 1963 roku. -"Byłam w Tomku zakochana. Wiedziałam, że to porządny człowiek, czułam się przy nim bezpiecznie" - wspomina pani Teresa. -"Potem, w ciągu prawie pół wieku małżeństwa, Tomek nigdy nie utrudniał mi praktyk religijnych, a nawet - ponieważ był tradycjonalistą - chodził ze mną do kościoła np. święcić jajka na Wielkanoc. W Boże Narodzenie oczywiście była choinka, prezenty, a potem śpiewanie kolęd. Zawsze wtedy grałam na pianinie, a syn na gitarze" - dodaje. Oboje mieli mocne charaktery. -"Byliśmy przeciwieństwami: ja - żywiołowa, lubiłam się bawić, tańczyć, uwielbiałam być wśród ludzi. On - samotnik, najchętniej odpoczywał na łonie natury, nie znosił przyjęć, na które przecież byliśmy często zapraszani" - mówiła w jednym z wywiadów. Jednak dzięki kompromisom i wzajemnemu szacunkowi pokonywali szczęśliwie wszystko, co mogło zagrozić ich miłości. Pragnęli zostać rodzicami, jednak pani Teresie przez 10 lat nie udawało się zajść w ciążę. Była zrozpaczona. Nie wyobrażała sobie życia bez dzieci. I kiedy już niemal zdecydowali się na adopcję, okazało się, że jest w ciąży. W 1974 roku parze urodził się syn Marcin. -"Na początku mąż nie bardzo wyobrażał sobie, że on - ideowiec, komunista, może wychowywać dziecko na praktykującego katolika. Ja postawiłam sprawę jasno: będę dziecko chrzcić, a potem wychowywać w wierze. Argumentowałam, że w przyszłości syn sam wybierze. Ale przynajmniej będzie miał z czego wybrać. I mąż się z tym zgodził. Syn został ochrzczony. Do dziś jest głęboko wierzącym katolikiem" - mówi pani Teresa. -"Były i kryzysy - na przykład w pewnym momencie mąż za bardzo sięgał do kieliszka. Gdy urodził się nasz syn, mąż przysiągł, że syn nie zobaczy go pijanego. I słowa dotrzymał" - dodaje. Swoje miejsce na ziemi stworzyli na warszawskich Kabatach. Ale pan Tomasz z żoną kochali też Augustów. Przez 40 lat wyjeżdżali tam w każde wakacje. Najpierw sami, potem z synkiem Marcinem. -"Augustów to też moje miejsce na ziemi. Myślę o nim przez cały rok. A dokładnie o tym, kiedy tam znów pojadę. Już na miejscu jestem przeszczęśliwa" - mówi aktorka. Po każdej premierze pan Tomasz wręczał żonie kwiaty z bilecikami. Na jednym z ostatnich napisał: "Starość nigdy nie chroni przed miłością, ale miłość często chroni przed starością. Dlatego serce nie ma zmarszczek…". W 2003 roku lekarze wykryli u aktora złośliwy nowotwór. Przez następne 3 lata walczył z chorobą. -"Cierpiał w potwornych bólach. Cały czas musiał przyjmować morfinę. Ja to wszystko z nim przeżywałam. Bardzo" - opowiada pani Teresa. Tomasz Zaliwski zmarł 13 lipca 2006 roku w wieku 76 lat. Pochowany jest na Cmentarzu w Pyrach na warszawskim Ursynowie. -"Nadal z nim rozmawiam, tak jak rozmawiałam całe życie. Nadal kocham męża, czuję jego obecność. On nie pozwoliłby, żebym czuła się samotna. Bo jeżeli samotność, to tylko w jego towarzystwie. Byliśmy cały czas razem i niczego więcej nie potrzebowaliśmy. (...) Myślę, że to, że wciąż jestem lubiana i mam dużo zawodowych propozycji, to również jego zasługa. Tomasz jest moim Aniołem Stróżem. Choć nie był praktykującym katolikiem, myślę, że jest bardzo wysoko i blisko świętego Piotra" - mówi wzruszona pani Teresa. -"Jasne, że samotność czasem mi doskwiera. Szczególnie, jak po pracy pomyślę, że znów będę musiała wrócić do pustego mieszkania. Nie zastanę męża, który ze mną porozmawia, przytuli, zapyta, czy napiję się z nim herbaty. To boli…" - dodaje. -"Każdemu życzę tak cudownego męża, jakiego ja miałam. Szanowaliśmy nawzajem siebie i swoje poglądy" - podsumowuje pani Teresa Lipowska.


Tomasz Zaliwski z Piotrem Łysakiem w filmie "Wśród nocnej ciszy"


[16.12.2023, Toruń]

10 grudnia 2021

MUZYKA DOBRA I PRZYJEMNA - KRZYSZTOF KLENCZON

 

    Tym razem w kawiarence trochę wspomnień przy piosence. Dawne to były czasy, przez niewielu z nas pamiętane - koniec lat sześćdziesiątych, początek siedemdziesiątych, Czerwone Gitary, potem Trzy Korony i łączące te dwie młodzieżowe grupy spod znaku mocnego uderzenia - nazwisko Krzysztofa Klenczona - zdecydowanie przedwcześnie zmarłego kompozytora tych pięciu poniżej przedstawionych w kawiarence piosenek.

    W pierwszych trzech odnajduję niezwykłą melodyjność, melancholię, głębię uczuć tak typową do kompozycji nieodżałowanego Krzysztofa Klenczona. 

    W kolejnej - próba mocniejszego uderzenia, czym starał się wzbogacić stronę muzyczną swojej twórczości prezentowaną, gdy był jednym z dwóch liderów Czerwonych Gitar.

    Ostatnia kompozycja wywalczyła pierwsze miejsce na Festiwalu Piosenki Żołnierskiej w Kołobrzegu, dzisiaj nie dość, że zapomnianego, to wręcz wyśmiewanego przez adoratorów disco-polo i rockmanów.

    Cechą wspólną wszystkich niżej prezentowanych są poza muzyką Krzysztofa Klenczona słowa, prawdziwe perełki wśród tekstów piosenkarskich - dzisiaj w znakomitej większości nieuchwytne dla talentów współcześnie piszących słowny podkład do piosenek tekściarzy.

A zatem posłuchajmy... 

 

    RETROSPEKCJA
słowa:  Stanisław Halny i Janusz Kondratowicz

Zamknąłem dzień za sobą, jak drzwi obcego domu. 
Nie pójdę już za tobą, nie powiem nic nikomu. 
I nic już nie zostanie  z godziny naszych zwierzeń
Bo nawet twoją pamięć  czas kiedyś mi odbierze. 
I będzie tak, jak gdyby się nie stało nic. 
Spóźniony żal, zdławiony gniew, podarty list. 
I jeśli przejdę obok, nie zwolnię nawet kroku.
Zamknąłem dzień za sobą, jak drzwi obcego domu.


JESIEŃ IDZIE PRZEZ PARK
słowa: Bogdan Loebl, Marek Gaszyński, muz. Krzysztof Klenczon

Jesień ... Liść ostatni już spadł. Jesień ... Deszcz zmył butów Twych ślad. Jesień idzie ku mnie przez park. Wczoraj minął miesiąc, jak list Przyniósł mi listonosz, a dziś Tylko nosi liście tu wiatr. To, to radosny był dzień, Gdy zapewniałaś mnie, że Nic nie rozdzieli nas już, Że co dzień list będziesz słać do mnie. Jesień ... Liść ostatni już spadł. Popatrz - plaża jak biały kwiat. Zima idzie ku mnie przez park. Szybko przyjdzie wiosna i żar , Lato, i wakacje, i park, W którym znajdę cienie wśród drzew. Znów szybko miną nam dni, Znów będziesz powtarzać mi, Że nie rozdzieli nas nic, Że co dzień list będziesz słać do mnie. Jesień ... Znowu czekam na list. Jesień ... Zamiast listu mam liść. Jesień ... Z inną idę przez park ... Z inną idę przez park ...


KWIATY WE WŁOSACH
słowa: Janusz Kondratowicz

Kwiaty we włosach potargał wiatr,
Po co więc wracasz do tamtych lat?
Zgubionych dni nie znajdziesz już,
Choć przejdziesz świat i wszerz i wzdłuż.

Kwiaty we włosach potargał wiatr,
Dawno zmieniłaś swych marzeń kształt.
I dzisiaj Ty, i dzisiaj ja -
To drogi dwie i szczęścia dwa ...

Więc choć z daleka wołasz mnie -
Nie powiem: "Tak", nie powiem: "Nie"...
Bez wspomnień czasem łatwiej żyć;
Nie wraca nic.

Kwiaty we włosach potargał wiatr,
Wyrzuć z pamięci ostatni ślad,
Bo dzisiaj Ty, bo dzisiaj ja -
To drogi dwie i szczęścia dwa ...

Więc choć z daleka wołasz mnie -
Nie powiem: "Tak", nie powiem: "Nie" ...
Bez wspomnień czasem łatwiej żyć;
Nie wraca nic.

Kwiaty we włosach potargał wiatr,
Wyrzuć z pamięci ostatni ślad,
Bo dzisiaj Ty, bo dzisiaj ja -
To drogi dwie i szczęścia dwa ...
I szczęścia dwa ...


10 W SKALI BEAUFORTA
słowa: Janusz Kondratowicz

Kołysał nas zachodni wiatr, Brzeg gdzieś za rufą został. I nagle ktoś jak papier zbladł: Sztorm idzie, panie bosman! A bosman tylko zapiął płaszcz I zaklął: - Ech, do czorta! Nie daję łajbie żadnych szans! Dziesięć w skali Beauforta! Z zasłony ołowianych chmur Ulewa spadła nagle. Rzucało nami w górę, w dół, I fala zmyła żagle. A bosman tylko zapiął płaszcz I zaklął: - Ech, do czorta! Nie daję łajbie żadnych szans! Dziesięć w skali Beauforta! - Hej! Gdzie został ciepły, cichy kąt I brzegu kształt znajomy? Zasnuły mgły daleki ląd Dokładnie, z każdej strony. A bosman tylko zapiął płaszcz I zaklął: - Ech, do czorta! Nie daję łajbie żadnych szans! Dziesięć w skali Beauforta! O pokład znów uderzył deszcz I padał już do rana. Piekielnie ciężki to był rejs, Szczególnie dla bosmana. A bosman tylko zapiął płaszcz I zaklął: - Ech, do czorta! Przedziwne czasem sny się ma! Dziesięć w skali Beauforta!


    BIAŁY KRZYŻ
słowa: Janusz Kondratowicz

Gdy zapłonął nagle świat Bezdrożami szli Przez śpiący las Równym rytmem młodych serc Niespokojne dni Odmierzał czas Gdzieś pozostał ognisk dym Dróg przebytych kurz Cień siwej mgły Tylko w polu biały krzyż Nie pamięta już Kto pod nim śpi Jak myśl sprzed lat Jak wspomnień ślad Wraca dziś Pamięć o tych, których nie ma Żegnał ich wieczorny mrok Gdy ruszali w bój Gdy cichła pieśń Szli by walczyć o twój dom Wśród zielonych pól O nowy dzień Jak myśl sprzed lat Jak wspomnień ślad Wraca dziś Pamięć o tych, których nie ma Bo nie wszystkim pomógł los Wrócić z leśnych dróg Gdy kwitły bzy W szczerym polu biały krzyż Nie pamięta już Kto pod nim śpi W szczerym polu biały krzyż Nie pamięta już Kto pod nim śpi


[10.12.2021, Toruń]

03 grudnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (581 - 583) PARĘ WSPOMNIEŃ WSTECZ. MIMIKRA? NIENAWIŚĆ W POEZJI.

 



Vincent van Gogh (1853 - 1890), Arles, October 1888
"The bedroom"

581.

    Za mną pobudzająca mnie do optymizmu szeflera, za nią okno, a po tamtej stronie okna niepełna ciemność osiedla, stojące w zwartym szeregu samochody pokryte majestatem zamrozu, może resztkami śniegu, który pod wieczór padał dopominając się nastania zimy. Nareszcie przestało wiać, co odczuwa się też w samym pomieszczeniu, choć otwory okienne mieszkania zdają się być szczelne. To co mnie zwykle intryguje, gdy zasiadam do pisania to przemijanie czasu, ten mój odwieczny przeciwnik, złodziej grasujący bezustannie po płaszczyźnie mojego życia. Ten mój nieustający bunt przeciwko dziurawej konwi czasu jest wielokrotnie nie do zniesienia. Wyobrażam sobie tę niepojętą zgubę jako wnikające w skorupę ziemi krople czasu, jako uderzenia serca, mruganie powiek, jak świt coraz bardziej szary, jak niechęć codziennego zmartwychwstania po niespokojnym śnie. Boję się tej melodii upływających kakofonicznych dźwięków - do czego gotowe są one mnie doprowadzić? Tymczasem korzystam z daru tworzenia nadrzeczywistych obrazów ze wspomnień. Wystarczy abym tylko pomyślał o czymś, co należy do minionego świata, potrafię wiernie i w szczegółach to odtworzyć. Weźmy na ten przykład dom mój rodzinny, kamienicę jakich tysiące, a jednak tę moją własną, widzę ją raz jak na kolorowym zdjęciu, przytulną i radosną, innym razem ten sam dom postrzegam w smużastej powłoce sepii, to znów mój wzrok maluje postimpresjonistyczny obraz zarówno samego budynku jak i podwórza z trzepakiem pośrodku, wokół którego toczyło się moje życie - życie pacholęcia, potem aż do ukończenia średniej szkoły młodziana, z tym, że ów trzepak nie był wtedy agorą, a jedynie jej wspomnieniem. I jeszcze te dziesiątki skojarzeń. Dzisiaj akurat o tym, jak dwunastoletnim, co najwyżej, brzdącem będąc, wchodziłem na poddasze komórki (że też nie obawiałem się spaść), a tam siadałem przy tajemniczym stole i pisałem pierwsze swoje teksty, powiedzmy, literackie, które później gdzieś spłonęły w pożarze niepamięci. A najciekawsze w tym wszystkim jest to, że doskonale pamiętam mały, zielony, plastykowy długopis, którego największą zaletą było to, iż zawierał w sobie wkład piszący ciemnogranatowym, bardzo wyraźnym tuszem - do dzisiaj lubię ten prehistoryczny odcisk tuszu na papierze.

    Skojarzenia na teraz? Z ojcem... odezwały się we mnie "Sklepy cynamonowe" Schulza. Kto czytał, ten zna te uczucia dziecka względem ojca. Wrażliwy na porządek ojciec zwraca się do mnie zaraz po tym, jak odkurzyłem dywan w ostatnim pokoju:

- Nie do końca odkurzyłeś dywan. Przecież można sie na nim przewrócić.

    Nie zrozumiałem. Za chwilę ojciec wyjaśnił mi, że chodziło mu o nieuczesane frędzle dywanu. Albo może mi kto odpowie dlaczego mój ojciec znany z wybitnego w dawnych czasach poczucia humoru, nazywał czasami moja mamę "Baszanowskim" (znany nasz ciężarowiec, dwukrotny mistrz olimpijski w podnoszeniu ciężarów w wadze lekkiej), gdy była w pół negliżu. Chodzi o to, że moja mama nie należała do kobiet korpulentnych, wręcz przeciwnie, a i sportem nijakim również się nie zajmowała, nie miała też w owych czasach jakiejś fizycznej wady, na podstawie której można by sobie popuścić wodze żartu.

    Miał te swoje czasami dziwaczne przyzwyczajenia - do koszul, które zawsze musiały być wyprasowane, koniecznie z mankietami scalonymi spinkami, do jasnych najczęściej garniturów, do pracy społecznej, która stawiana była przez niego powyżej niektórych męskich obowiązków domowych, do znaczków zbieranych pasjami, do bardzo wczesnego wstawania, do obowiązkowości, dzięki której nigdy w życiu nie spóźnił się do pracy.


582.

    I już odpływa kajakiem pamięci wspomnienie, i okazuje się, że tworzę zapiski na nieco inny temat niż chciałem.

    A chciałem także o tym, co dręczy mnie od dawna, a mianowicie: czy możliwa jest znacząco negatywna zmiana w człowieku, zmiana która stała została dokonana pod wpływem innej osoby? Upraszczając kobieta czy mężczyzna wchodząc w związek małżeński przejmują absolutnie sposób życia swojej połowicy i przez to stają się zmienionym / zmienioną nie do poznania. Pisząc te słowa, mam oczywiście świadomość, iż pokusiłem się o zadanie pytania retorycznego, gdyż znam taką osobę, w której dokonała się taka negatywna przemiana, mało tego, ta przemiana cały czas się pogłębia i, co gorsza, wydaje mi się, że ta osoba nie jest świadoma tego, że przestała być sobą i wypowiada się językiem swego partnera / partnerki. Dla mnie jest to nie do zniesienia, gdyż znam od dawna tę osobę i ubolewam nad tą zmianą: jakże bowiem mam prowadzić rozmowę z kimś, kto posługuje się nieswoim językiem? A może tego stanu nie da się odwrócić? Ciekaw jestem, czy takich postaci zatracających swe dotychczasowe oblicze jest więcej.

583.

    Ostatnio pisałem w superlatywach o pewnej stronce na facebooku, a tu dzisiaj przytoczyć muszę przykład zgoła przeciwny. Jest taka grupa sympatyków własnej twórczości... pisanie literackiej byłoby nadużyciem. Otóż pewnym osobom wydaje się, że osiągnęły kunszt poetycki do tego stopnia, że zdecydowały się podzielić swym "pisactwem" z innymi. No cóż, niech tak będzie - przynajmniej bomb nie produkują. Byłem przez pewien okres czasu biernym obserwatorem poczynań tej grupy składającej się, jak sądzę, z młodych ludzi. Razu pewnego obejrzałem sobie pewną panią w wieku bardziej niż solidnym, która deklamowała swoją wielce politycznie nacechowaną rymowankę, która spodobała mi się inaczej. Ośmieliłem sobie przekazać tej sędziwej pani komentarz z sugestią, czy by przypadkiem nie napisała czego w formie hymnu czy dytyrambu ku czci miłościwie nam panującego prezydenta. Poetka połknęła moją podpowiedź jak foczka bałtyckiego śledzia i odpowiedziała, że i owszem, jak tylko znajdzie czas i wenę, natychmiast takowy poemat napisze. Ponieważ mimo poczynionej sugestii nie byłem zainteresowany kolejnym dziełem literackim tej pani, odpuściłem sobie tę panią i stronę, na której deklamuje swoje wiersze. Aż tu pewnej nocy jakiś zapewne diabeł podkusił mnie i natrafiłem na wiersz tej pani. Tematem wiersza była wina Tuska i jemy podobnych zdrajców Polski. Przyznać muszę, że nigdy dotąd z czyichkolwiek ust nie usłyszałem tak zajadłem mowy nienawiści, jaką na katolickiej tacy otrzymałem od tej pani. Pomyślałem sobie, że ta poetka deklamująca swój wiersz (a jakże - stolik, kwiaty w wazonie, paląca się świeczka - nastrój jeśli nie wigilijny, to przynajmniej przypominający koncert życzeń) musi w ostatnim czasie karmić się przynajmniej trzy razy dziennie samą li tylko nienawiścią. Mogłem wprawdzie tę poezję udostępnić choćby sobie i później przełożyć wypowiadane przez panią poetkę słowa na mowę pisaną, ale nagle trafił mnie najjaśniejszy szlag, a że jestem po zawale, porzuciłem swój zamiar, chociaż aż mnie kusiło zapytać, kazaniami której parafii została ta osoba zainspirowana do napisania swego poematu.

    Skończyło się na tym, że rozstałem się raz na zawsze i z panią poetką, i z poetycką grupą.


[03.12.2021, Toruń]



02 grudnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (580) FILMY, SPEKTAKLE TEATRALNE, AKTORZY

 

Tadeusz Janczar



580.

Jak mi jest źle, wkraczam sobie na grupę strony "Filmy polskie lat 1945-1989". Mowa o stronie na facebooku. Jako wieloletni użytkownik tego społecznościowego portalu, pomimo straszliwego zachwaszczenia go ideologiami nienawiści, wszelkiego rodzaju hejtu, czasami coś pożytecznego można znaleźć dla siebie.

Moja uwaga skupiona jest głównie na grupach zainteresowań sztuką, muzyką, filmem i literaturą, chociaż te ostatnie wiążą się raczej z konkretnym twórcą, np. Beckettem, Kafką, Joycem czy Tokarczuk. W każdym razie można odnaleźć grupę, w której będziemy się czuli bezpieczni (hejt), a przy okazji pogłębimy (metajęzyk belferski) swoje zainteresowania.

Nie inaczej jest z grupą "Filmy polskie lat 1945-1989". Cezura lat wskazuje jednoznacznie, że przedmiotem zainteresowania grupowiczów są filmy powstałe z epoce PRL-u - nic dziwnego, bo przedstawiają się one w znakomitej większości jako bardziej wartościowe od współczesnych. Cóż zatem można na tej stronce obejrzeć, przeczytać i dowiedzieć się? Stan z 1/2 grudnia:

- wspomnieniowe zdjęcia aktorów i aktorek - Zbigniew Zapasiewicz, Irena Kwiatkowska i Tadeusza Olsza, Aleksander Bardini, Janusz Gajos, Olgierd Łukaszewicz, Tadeusz Janczar, Andrzej Wajda, Anna Dymna i wielu, wielu innych,

- ostatnie filmy (w całości): "Wielka majówka", "Sekret", "Rękopis znaleziony w Saragossie", serial "Wojna domowa"

- chociaż w tytule grupy widnieją filmy, z łatwością natkniemy się na słuchowiska radiowe, spektakle teatralne (ostatnio "Trzy siostry" Czechowa), także widowiska teatralne - "Kobra" czy projekcje "Teatru Sensacji",

- kultowe piosenki, fragmenty filmów, wybrane niezapomniane sceny widowisk i filmów i seriali, kabaret i wspomnienia o zmarłych aktorach czy też upamiętnianie rocznic związanych ze sztuką teatralno-filmową.

Mogę śmiało powiedzieć, że zawsze znajduję coś dla siebie, a tak naprawdę to nie jest możliwe, abym "od deski do deski" przejrzał to wszystko, co zostaje opublikowane przez uczestników grupy. Wartością dodaną tych publikowanych materiałów jest to, że dostęp do niektórych z nich w innych miejscach sieci jest utrudniony lub wręcz niemożliwy. Dostęp do tych materiałów poprzez link:

https://www.facebook.com/groups/912617635825576

ale wydaje mi się, że będzie on bezpośrednio dostępny jedynie dla posiadaczy konta na facebooku.

Elżbieta Czyżewska



Wanda Łuczycka


Wiesław Gołas w serialu "Droga"



Leon Niemczyk



Zdecydowanie przedwcześnie zmarła Gabriela Kownacka

A może obejrzymy sobie pierwszy odcinek serialu "Z biegiem lat, z biegiem dni" Andrzeja Wajdy???


[02.12.2021, Toruń]


22 listopada 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (570 - 572) PRZYJEMNOŚCI. DARY. CO TO JEST CYNAMON.

 



Sklep Jana Mincla na Podwalu wg ilustracji Hanny Balickiej-Fribes
zaczerpnięta z książki Moniki Wareńskiej „Warszawskim szlakiem Prusa”

Rysunek zaczerpnięty z nieaktywnego już bloga
Anety Pietrzykowskiej i Lilii Sokołowskiej 



570.

    Spotkały mnie wielkie przyjemności. Najpierw w piątek, potem w sobotę. Przyjemność w piątek - zasłużona, a przyjemność w sobotę - zaskakująca, niespodziewana, nadto pochodząca od blogerki Jotki. Przyjemności tej nie mogę wyrazić w stosowny sposób poza podziękowaniem i obietnicą, że postaram się na nią zasłużyć, bo dotąd się nie zasłużyłem. Może kiedyś wyjawię... Na tę chwilę wiemy oboje, w czym rzecz i niech na tę chwilę to wystarczy.

571.

    Owego czasu, gdym jeszcze mieszkał w miejscu, skąd do szkoły miałem trzysta metrów, nie było takiego roku, gdybyśmy z żoną czego nie oddali do PCK. Chodzi o jakieś tam ubrania, nieznoszone, w których ho, ho, można było sobie pochodzić jeszcze, a nierzadko były to ciuchy przedniej jakości, a to po córce, która przecie rosła jak na drożdżach, a to po nas. Podjeżdżaliśmy z tym towarem pod sam punkt i pozostawialiśmy te rzeczy w torbach... jakoś nie ufaliśmy tym pojemnikom wystawianym w mieście. Chyba raczej z szacunku dla tych towarów - prane były, czyszczone - a nuż kto ukradnie, albo deszcz zaleje. Kiedym posłyszał, że pisiorki nawet na tym z serca ofiarowanym do szacownej instytucji towarze potrafią się dorobić, tom się zamyślił i do wniosku doszedł, że może źle zrobiłem?

    Bo ja uważam tak - trzeba mieć zaufanie tak do ludzi jak i do instytucji. Jeśli komu co dasz, to lepiej, aby tak się stało, że ten obdarowany wykorzysta dar właściwie, że będzie miał z niego jaki pożytek i w ten sposób ucieszą się obie strony.

    Kiedyś jednak postąpiliśmy z żoną bezmyślnie. Córka lubiła oglądać Teletubisie. Wykupiliśmy więc mnóstwo kaset (to był czas przed płytami CD). Córka nam podrosła i przeszła na inne bajeczki, więc po pewnym czasie wszystkie kasety z Teletubisiami, jeszcze innymi bajeczkami i mnóstwem puzzli (jak nasza córcia z babcia układała te puzzle... jak szybciutko, gdy doszła do wprawy) oddaliśmy te precjoza do szkoły, a właściwie do przedszkola. No i wójt rozwiązał tę szkołę, i Bóg lub Diabeł wiedzą, co się z tymi kasetami i puzzlami stało, bo mogło to wszystko pójść na przemiał jako starocie zbyteczne i niepotrzebne nikomu.

    A przecież teraz przydałoby się to komuś, kto ma małe pociechy. Stare to, bo stare, ale utrzymane w najwyższym porządku, bo córka niczego nie marnowała, lalki u niej, jeszcze kilka zostało, w witrynie sklepowej można i dziś postawić, aby cieszyły oczy.

    A pamiętam też mój pierwszy dar przekazany mojemu liceum pod wezwaniem Mickiewicza. Razu pewnego odkryłem w komórce na poddaszu kamienicy, w której mieszkałem (to była nasza rodzinna komórka), że posiada ona zabudowaną grubym kartonem przegrodę. Wyjąłem tenże karton i ukazało mi się pomieszczenie chyba od czasów tuż po wojnie nie oglądane. Zawierało ono rozmaite skarby w rodzaju posrebrzanych sztućców, jakichś szlachetnych naczyń, tudzież mnóstwo przedwojennych i powojennych czasopism. Była też tam niezwykle ciężka, ze staliwa zrobiona, zielona froterka oraz kilka map, w tym jedna szczególna - całkiem nowa (pachniała jeszcze farbą); była to polityczna mapa Europy sporządzona przez Niemców w czasie okupacji (chyba z 1941 roku pochodziła). Tęże mapę i chyba parę ksiąg starych podarowałem szkolnemu muzeum.

    Ponoć muzeum to istnieje, choć szkoła zatraciła swój sławny dawny charakter. Pewnie już się nie dowiem, czy ta mapa jest tam jeszcze.

572.

    Na koniec króciutki, pouczający, humorystyczny fragment z księgi pana Bolesława Prusa "Lalka", którą akurat czytam. W taki oto sposób kupiec Mincel uczył przyszłego subiekta, imć pana Ignacego Rzeckiego.

"Stary Mincel i w niedzielę bywał w sklepie. Rano modlił się, a około południa kazał mi przychodzić do siebie na pewien rodzaj lekcji.

— Sag mir — powiedz mi: was ist das? co to jest? Das ist Schublade — to jest szublada.

Zobacz, co jest w te szublade. Es ist Zimmt — to jest cynamon. Do czego potrzebuje się cynamon? do zupe, do legumine potrzebuje się cynamon. Co to jest cynamon? Jest taki kora z jedne drzewo. Gdzie mieszka taki drzewo cynamon? W Indii mieszka taki drzewo. Patrz na globus — tu leży Indii. Daj mnie za dziesiątkę cynamon… O, du Spitzbub!… Jak tobie dam dziesięć razy dyscyplin, ty będziesz wiedział, ile sprzedać za dziesięć groszy cynamon…"


[22.11.2021, Toruń]


10 listopada 2021

W STRUMIENIU ŚWIADOMOŚCI. PO MROŹNEJ NOCY

 


Mirosław Szeib - "Jesień nad jeziorem"
źródło:  https://szeib.pl/en/?go=galeria_obrazow&gid=10&pg=2


    Po mroźnej nocy, przed siódmą rano. Dostałem się do facebookowej grupy osób lubiących muzykę Gustawa Mahlera i akurat słucham jego fantastycznego "Marsza pogrzebowego" z I symfonii, ale o tym utworze napiszę jeszcze w oddzielnym poście, bo przecież kawiarenka nie może istnieć bez tej muzyki.

    Przypomniał mi się obrazek z dzieciństwa: bardzo uboga rodzina, czwórka dzieci, ojciec rodziny pracuje, matka dorywczo, zarobki mierne, nie starcza do pierwszego, wszyscy pracowici, jakieś kury, kaczki, owce, ogródek, wyjazdy na grzyby, po rzęsę dla kaczek, a pod nosem staw zarybiony, chłopaki z wędziskami, wyciągają z niego małe bączki, będzie w domu uczta, matka rozpruje brzuchy, może nawet odkroi główki, potem do maszynki do mięsa, przekręci te drobniutkie tusze, doda tartej bułki, cebulki, pietruszki, wszyscy zjedzą z ochotą, nie będą głodni, częstują mnie - smaczne, a więc nie tylko pajda chleba posmarowana smalcem, także ryby, a potem tłuszcz ze smażenia też można wykorzystać, pociągnąć nim dużą kromkę chleba, takiego dawniejszego, okrągłego, z lokalnej piekarni, oczywiście chleb też trzeba oszczędzać - na szczęście w tamtych czasach nie był drogi, nie wszystko wtedy było jak należy, ale chleb był, i do tego tani, to chyba dobrze.

    Jestem w tych latach i w tej rzeczywistości, że cieszyć mnie może to, co było, i cieszę się, że jeszcze pamięć mnie nie zawodzi, oby tak było do śmierci. Kto nie lubi się cieszyć, prawda? Nie należę do wyjątków.

    I tak mija cały słoneczny, podszyty mroźnym wiatrem dzień. Robię sobie dwie czterdziestominutowe przerwy na sen pomiędzy tym, co nazywam pracą i już jestem w dniu następnym, znów noc z bolącą nogą, ale to nic, bo łykam pastylki, i wcale nie mam zamiaru narzekać na tę nogę, pal ją sześć, bez nogio też się można obejść.

    Chleb był tani, i dobrze, i gazety, czasopisma były tanie, więc się czytało do woli, a dla każdego było jakieś pismo, ojciec czytał przed albo tuż po obiedzie, a jak nie było nic wielkiego do roboty, szykował swój sprzęt wędkarski i szedł na ryby, a właściwie to szedł odpocząć, czy może inaczej - odetchnąć, bo jak każdy człowiek na ziemi miał swoje gorsze dni i nad wodą spędzał je najmilej., mawiał, że nad wodą najlepiej mu się odpoczywa i że wcale nie chodzi mu o te ryby, ryby nie są najważniejsze. Kiedy dorobił się radyjka na baterie, brał ten tranzystor i czasami słuchał wiadomości. Przybiegałem czasem do niego i dzisiaj żałuję, że nie pozostawałem z nim dłużej, ale tak to już jest, kiedy jest się szczeniakiem - w głowie byle co, piłka, zabawy na podwórku pod trzepakiem, ale też czytanie książek, odrabianie pracy domowej, a kiedy ojciec wracał z łowów, słońce kryło się za wierzbami. Jeśli połów się udał, ojciec brał się za obieranie ryb; kiedy nic nie złowił, matka podziwiała jego opaleniznę: 

 - Jak to jest, ty się nigdy nie opalasz, a jesteś opalony; ja z kolei opalam się, a po mnie nie widać.

- Oj, tam, bo aby się opalić, trzeba być w ruchu albo w ogóle nie zastanawiać się nad tym, czy człowiek się opala, czy nie.

    O ile czas na to pozwoli, wydobędę z pamięci wiele takich obrazków z przeszłości, która jest moim utrapieniem, bo nie mogę jej wskrzesić.


[10.11.2021, Toruń]


08 listopada 2021

SZTUKA - AUGUSTE RENOIR - IMPRESJONISTA - CAGNES SUR MER

 


Będzie to krótka opowieść o miasteczku Cagnes-sur-Mer leżącym w Alpach Prowansalskich nad brzegiem Morza Śródziemnego oraz o bardzo ważnej postaci francuskiej i światowego malarstwa, Auguście Renoir.
    Powyżej fragment starego miasta - zdjęcie z zamierzchłej epoki - oddające klimat miejscowości położonych na tak zwanym Wybrzeżu Lazurowym we Francji. Te miejscowości, większe lub mniejsze to, idąc od południa Saint-Tropez, Sainte-Maxime, Frejus, Saint-Raphael, Mandelieu-la-Napoule, Cannes, Grasse (położone nieco wyżej, nie nad samym morzem), Antibes, Cagnes-sur-Mer, a dalej jest już wielkie, choć bardzo urokliwe miasto Nicea.
    Wiele razy przejeżdżałem przez te miasteczka, czasami zatrzymywałem się, chociaż miejsc parkingowych jak na lekarstwo, podziwiając szczególnie piękny, nadmorski, ale i górski krajobraz, w który wpisane zostały te prowansalskie miasteczka. Przyznać muszę, że irytowała mnie nieco to skomasowanie poszczególnych uliczek i posiadłości wokół tychże miasteczek, a wręcz nie podobało mi się to, że wokół tych starych, niezwykle atrakcyjnych turystycznie miasteczek osiadła francuska i nie tylko klasa wyższa, której przedstawiciele - ludzie nauki, sztuki, aktorzy i celebryci, odgrodzili się od świata wysokimi ogrodzeniami, aby nie kusić przypadkowych turystów swym bogactwem. Z drugiej jednak strony nie sposób nie docenić tych urokliwych pejzaży - wymarzonych dla takich obywateli świata jakimi są malarze.



    Jednym z nich był  Auguste Renoir, Pierre-Auguste Renoir (ur. 25 lutego 1841 w Limoges, zm. 3 grudnia 1919 w Cagnes-sur-Mer) – francuski malarz i rzeźbiarz. Współtwórca i jeden z czołowych przedstawicieli impresjonizmu, który osiedlił się bodajże w 1907 roku właśnie w Cagnes-sur-Mer






    Obecnie w Cagnes-sur-Mer znajduje się muzeum tego wybitnego malarza. Auguste Renoir, który przybył w te strony dla "zdrowotności" wykorzystywał dany mu od losu czas na malowanie obrazów wykorzystujących urodę tych terenów leżących pomiędzy Morze Śródziemnym a Alpami Prowansalskimi.
    Nie ma ty typowych dla naszego kraju lasów - raczej natura ma na tych szerokościach geograficznych charakter sawannowy - mało drzew, więcej łąk, kotlin i niskich krzewów. W podobnym miejscu, które widnieje na zamieszczonym poniżej obrazie przepędziłem noc w aucie z tej racji, że nie dane mi było znaleźć wolnego miejsca na parkingu.




    W obrazach malowanych w okolicach Cagnes-sur-Mer przez sędziwego już Renoira dominują wszystkie chyba odcienie brązu i żółci. Nie jest to jednak wymysł czy jakieś szczególne upodobanie malarza do tych kolorów, ale rzeczywistość. Lata są tutaj suche, więc oprócz drzewostanu iglastego dominują tu, zwłaszcza na terenach położonych w pewnej odległości od morza, takie właśnie kolory, jak ma to miejsce na obrazie przedstawionym poniżej.




    Jednakowoż nie należy zapominać, że jesteśmy na Lazurowym Wybrzeżu, stąd daje się zauważyć obecność specyficznego błękitu na obrazie zamieszczonym poniżej. W tym miejscu muszę dodać, że obrazy impresjonistów, a do tego nurtu należał Renoir, należy oglądać z pewnej odległości.




    W samym Cagnes-sur-Mer, tak jak i w wielu innych nadmorskich  miasteczkach zabudowa ma charakter tarasowy, co przedstawia reprodukcja kolejnego obrazu mistrza Renoira. Nota bene, sporo sił kosztuje nas wspinaczka wąskimi najczęściej uliczkami, gdy chcemy przedostać się z dolnej części miasta do tej górnej, skąd zwykle rozpościera się wspaniały widok na morze.




    Na zakończenie - dla tych, którzy w listopadowe wczesne wieczory chcieliby choćby na chwile przespacerować się po uliczkach urokliwego Cagnes-sur-Mer, znaleziony w Internecie filmik.





[08.11.2021, Toruń]

29 października 2021

DOBRE KINO (3) . JEJ SIĘ TYLKO CHCIAŁO SPAĆ.

    Ani chybi, że z sentymentu, najpierw w "Kino Polska", później w internecie odświeżam w pamięci ten cudowny film, o którym już po raz drugi piszę w kawiarence. W jaki sposób go określić? Baśniowy? Uroczy? Z przepiękną melodią na samym początku? Co za scenografia! Dźwięk! Kostiumy! Cała plejada znakomitych aktorów z grającym komisarza Stefanem Bartikiem na czele - najlepsza role tego mało znanego aktora. A jaki scenariusz Czekalskiego i Chmielewskiego! Jaki wymarzony debiut reżysera - Tadeusza Chmielewskiego.

    Film został doceniony w San Sebastian, w Kraju Basków, gdzie na Miedzynarodowym Festiwalu Filmowym dostał Złotą Muszlę - główną nagrodę.

    I ja go doceniam, także z tego powodu, że nie mam prawa oczekiwać podobnej filmowej narracji w obecnych czasach. Doceniam tę komedię również z powodów umieszczonych poniżej - dialogów poprowadzonych przez Jeremiego Przyborę. Oto trzy sekwencje.

1)

Lulek: Panienka kupi tę cegłę… no… stówka… no…

Ewa: Ale mnie pan przestraszył. Myślałam, że to jakiś złodziej (…). Tak późno, a kawaler jeszcze cegły sprzedaje?

Lulek: Cegła tańsza od kapoty… Daj pani stówę i cześć. Pięćdziesiąt… No, dwadzieścia.

Ewa: Nawet nie jadłam kolacji. Nie mam pieniędzy, wszystko wydałam na podróż.

Lulek: Jak można było wybrać się w podróż bez pieniędzy? Trzeba było pożyczyć.

2)

Policjant: A to co? Dorsz? Plum. He, he. Tak, tak, samobójstwo przez utopienie dokonuje się zawsze z cegłą, z kamieniem albo z premedytacją.

Ewa: Ale to nie jest cegła do topienia. To jest cegła do sprzedania. Może pan kupi?

Policjant: Że się wam nie udało utopić, symulujecie z tą cegłą przestępstwo, żebym was zaaresztował, a potem w odosobnieniu zażyjecie lumi... luminium...

Ewa: Ależ nie, nic podobnego...

Policjant: UUU, nie, nie tylko tak.

3)

Komisarz: Dubiela!

Dubiela: Tak jest!

Komisarz: Wyrzucić mi tę prostytutkę!

Dubiela: Tak jest, panie komisarzu.

Panie komisarzu, melduję, że tak z drugiej strony ta prostytutka jest

nam pożyteczna.

Komisarz: Z której strony jest ona nam pożyteczna?

Dubiela: Bo jak ją wyrzucimy, panie komisarzu, to areszt będzie pusty, a za

pusty areszt też był raban w siódemce.

Komisarz: Racja. Zostawić! Jezus Maria, że tak powiem.

Policjant: Panie komisarzu, melduję posłusznie, że doprowadziłem desperatkę.

Komisarz: Do czego doprowadziliście desperatkę?

Policjant: Do prostytutki... ale chwilowo 



To o tym filmie mowa


siedemnastoletnia Barbara Kowalska - naiwna acz urocza Ewa, która przyjechała do miasteczka, aby się uczyć w technikum i wspaniale grany przez Romana Kłosowskiego początkujący adept techniki złodziejskiej



komisarz policji dbający o ład i porządek na dowodzonej przez siebie placówce - świetna rola Stefana Bartika


Tytułowej Ewie z łatwością udaje się sprzedać cegłę zlęknionemu obywatelowi miasteczka (Henryk Modrzewski)


Zygmunt Zintel (po lewej) wcielający się w rolę dynamicznego majora Pietkę ("pamiętam, pamiętam" - inspektora lustrującego komisariat


Ludwik Benoit - złodziej w "objęciach policjantów komisariatu numer 8, Bronisława Pawlika i Cezarego Julskiego


młodziutki Stanisław Mikulski jako Piotr Malewski - policjant, któremu przyszło opiekować się Ewą (w tym momencie leżącą na ławeczce)

[29.10.2021, Toruń]