Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

22 października 2021

SZTUKA I LITERATURA - WOKÓŁ LUDZI BEZDOMNYCH (1)

 



    Gdybyśmy zestawili te dwa dzieła, próbując porównać ich znaczenie dla tej części ludzkości, która zafascynowana jest sztuką, bezsprzecznie Afrodyta z Melos, zwana częściej Venus z Milo robi na publiczności większe wrażenie, aniżeli "Biedny rybak" lub "Ubogi rybak"– obraz olejny francuskiego malarza symbolisty Pierre’a Puvisa de Chavannes’a.

    Te dwa dzieła sztuki ogląda w paryskim Luwrze doktor Tomasz Judym, główny bohater powieści "Ludzie bezdomni Stefana Żeromskiego.

    "Wenus z Milo" to symbol piękna, miłości, harmonii i szczęścia, a w powieści ta okaleczona czasem, chociaż niezmiennie urodziwa postać starożytnej, greckiej kobiety uosabia piękno świata, dostępne na przełomie XIX i XX wieku głównie ludziom bogatym, natomiast "Biedny rybak" symbolizuje ludzkie cierpienie, nędzę i krzywdę społeczną. 

    W tej biedzie wychował się przyszły lekarz nędzarzy: parobków z Cisów i górników Zagłębia Dąbrowskiego. Owszem, jako człowiek wykształcony Tomasz Judym miał aspiracje stania się jednym z zamożnych lekarzy Warszawy, lecz chcąc spłacić dług środowisku, w którym wyrósł dokonał wyboru - będzie leczył biedaków.

    Niestety, nie spełnią się marzenia Joanny Podborskiej, bliskiej Tomaszowi kobiecie, emancypantce, zakochanej w doktorze, która jednak nie zwiąże się z Judymem na stałe, gdyż ten pragnie samemu naprawiać świat.



    Kiedyś w liceum kwestie społeczne ukazane w tej świetnej powieści Żeromskiego, powieści realistycznej, modernistycznej, będącej pod wpływem impresjonizmu, ekspresjonizmu i naturalizmu były przedmiotem zażartych niejednokrotnie dyskusji, a decyzja Judyma o "odepchnięciu" miłości kobiety, która tak bardzo podziwiała młodego doktora nie była przyjmowana z entuzjazmem. A w ogóle, czy dobrze zrobił Tomasz Judym przedkładając dzieło Pierre’a Puvisa de Chavannes’a nad Wenus z Milo... może o tym i o owym kolejnym razem.

[22.10.2021, T.]




20 października 2021

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 22. POCHWAŁY

 


 ROZDZIAŁ 22. POCHWAŁY

(w którym szacowni przyjaciele wymieniają pomiędzy sobą pochwały odnoszące się do swoich działań będących rzeczywiście powodem do dumy)




    Do późnej nocy, która rychło zamieniła się w sobotni przedporanek panowie: inżynier Bek, mecenas Szydełko, radca Krach i właściciel kawiarenki, pan Adam, czas z jak największym pożytkiem przepędzali przy uroczym jarzębiaczku, wspomaganym kolumbijską kawą, a wcześniej przy sutej kolacji, którą Kawiarennik sam przyrządził; a była to kaczka a'la zając, w piwie ciemnym z warzywami podana, w gęstym sosie własnym o pomstę do nieba proszącym przez dietetyków, z brokułami, ziemniaczkami opiekanymi na sposób francuski, z przepysznym polskim, kremowym, śmietankowym chrzanem, w posmaku orzechowym, także z sałatą lodową i pomidorami, plus do tego lekkie, białe, półwytrawne, przyzwoicie schłodzone wino ze wzgórz Sancerre… czyż mam ci ciągnąć dalej…?

- A gdzież doktor Koteńko? - ktoś zapyta.

    Owszem i pan doktor na pogodną wieczerzę przybył z przyjacioły swoje, korzystając z nadzwyczajnej dyspensy osobistej małżonki, pani Zofii. Jednakowoż około północy pana doktora wywołano, najpierw telefonicznie, podjechano doń prosząc, aby wybawił ze zdrowotnych tarapatów jakąś kobiecinę z wioski, która stanowczo od szpitalnej porady wolała pana doktora zobaczyć i podzielić się z nim swymi bólami. Rad nie rad, pan doktor kuferek swój zabrał, z którym nie rozstawał się prawie nigdy i na ratunek z fachową odsieczą pospieszył, na pocieszenie miłego towarzystwa pozostawiając zapewnienie, że po wizycie odwiezionym będzie wprost do kawiarenki, aby wieczerzy zaznanej dokończyć.

    Między innymi z tego powodu czterech panów w kawiarence zostało, cierpliwie powrotu pana doktora czekając i karmiąc się przez ten czas uparcie naprzód w głęboką noc płynący rozmową dłuższą niż zwykle, lecz jak zwykle pożyteczną.

    Znajdujemy się w toku prowadzonej przez przyjaciół rozmowy w chwili, gdy mecenas Szydełko rozpowiadał, jako to w stowarzyszeniu prawniczym działając, udało mu się trzy z czterech egzekucji wyrzucających ludzi na kamienny bruk ulicy podciąć swawolne skrzydła, wykazując przy tym potężne naruszenie prawa przez podawcze strony; w czwartej ze spraw, jedyne, co zdołał, to odwleczenie sądowego nakazu o trzy miesiące.

- Niezłą wykonałeś pracę, przyjacielu - pochwalił mecenasa inżynier Bek - oby tak dalej.

- Ja tylko porządnie swoje zadanie starałem się wykonać - przyznał skromnie pan mecenas. - Daleko większą zasługę ponoszą ci nasi wolontariusze, którzy wokół każdej sprawy chodzą jak natrętne muchy, zbierają materiały i podsuwają mi przed oczy gotowe dokumenty jak to porządni tubylcy czynią, pachnącą pieczeń przed nos zgłodniałego podróżnika podsuwając.

- Nie mniej jednak - wtrącił Adam - to pana rzetelna praca kończy pozytywnie dzieło.

- Tak, tak - dołączył się do pochwał radca Krach - zwłaszcza, że finansowych profitów z tych wygranych procesów pan nie masz, przyjacielu.

- Cóż, panie radco, taka u nas zasada panuje w stowarzyszeniu: nieść pomoc przede wszystkim tym, co znikąd pomocy nie zaznali, a chwała ze zwycięskiego postępowania i tak się w powietrzu rozniesie miłym zapachem. Wie pan doskonale, że w naszej profesji liczy się bardzo każdy odniesiony sukces, który gdy w porę spostrzeżony przyczynia się ewidentnie do pozyskania, która materialnie byt nasz, mecenasów poprawi.

- To prawda - westchnął pan radca.

- A ja słyszałem, przyjacielu - odezwał się ponownie inżynier Bek - że i panu los pomyślność zgotował.

    Radca Krach do wypowiedzi wywołany, nie bez satysfakcji przytaknął, poprosiwszy przyjaciół o wypicie w tej intencji kieliszka mocnej jarzębiny, co też bez zbędnych ceregieli, a nawet z przyjemnością uczyniono.

- To prawda, inżynierze. Po pierwsze spółkę z obcym kapitałem wyswobodziłem z oków podstępnego prawa, przez co zaoszczędziłem jej ponoszenia zbędnych kosztów i w konsekwencji umocniłem się finansowo, mniemam, że sprawiedliwie; po drugie umocowałem na rynku okoliczną grupę producencką jabłek i owoców miękkich (jakże dostojna nazwa - owoce miękkie). W tej sprawie jakichś szczególnych profitów się nie spodziewam, jednakowoż moja małżonka tego roku nie będzie narzekała na brak surowca do przetworów, a i pan Adam skorzysta na tym, bo i dla kawiarenki wystarczy.

- Spodziewałem się tego po panu - wyrzekł z uśmiechem Adam - gdyż pan radca zawsze o kawiarence pamięta. Powróćmy jednak do pana, mecenasie: czy sprawa tych trzech spółdzielni otworzonych przez bezrobotnych dobiegła szczęśliwego finału?

- Jak najbardziej, panowie. Poproszono mnie o pomoc, więc pomogłem. Dodam, że przy jednej wespół z panem radcą pracowaliśmy wytrwale.

- O więcej szczegółów proszę, mecenasie - domagał się inżynier.

- No cóż, panowie, zaistniała możliwość tworzenia wspomnianych spółdzielni przy znacznym wsparciu finansowym z zewnątrz, także unijnym, tedy o pomoc w napisaniu projektów mnie poproszono, nie będę ukrywał, że po miłej znajomości. Dwóm sam dałem radę, lecz przy tym trzecim, pana radcę z kolei o pomoc poprosiłem uzumpełnił swą wypowiedź pan mecenas Szydełko

- Jakaż tam w tym moja zasługa! - żachnął się radca Krach.

- Skromność pana radcy zawsze cnotą pozostanie do naśladowania - mecenas dziarsko pana Kracha klepnął po ramieniu - jak by tam nie było, już od tygodnia na nasz lokalny rynek pracy weszły trzy nowe podmioty gospodarcze: pierwszy zajmował się będzie praniem odzieży, prasowaniem, łataniem i szyciem, ot nie nazbyt feministyczne to przedsięwzięcie, lecz potrzebne bardzo; drugi zajmie się szeroko rozumianą zielenią miejską, przez co rozumiem porządkowanie skwerów i parków, dbanie o płuca naszej miejscowości; wreszcie trzecia firma, przy której powstaniu dołożył swoją pięść pan radca, to przedsiębiorstwo budowlane, które spróbuje na trudnym naszym rynku funkcjonować z sukcesem dla siebie i z pożytkiem dla społeczności.

- Bardzo miło to słyszeć - pochwalił zrealizowane projekty Kawiarennik i nie omieszkał polać w kieliszki jarzębiaku.

    Wtedy odezwał się pan radca.

- Panie Adamie, doradztwo doradztwem, ale to przecież pańska osobistą zasługą jest zatrudnienie tej młodej pary, która jak nic, zwróciłaby się po zasiłek, bo miejsc pracy u nas tyle ile wody na pustyni.

- Owszem, zatrudniłem, ale głównie dzięki temu, że to sami panowie napędzają klientów do kawiarenki.

Radca Krach roześmiał się serdecznie.

- Czyżby? A może to dzięki naszemu pismu, naszym pozostałym przyjaciołom, ale też dzięki pana udatnym pomysłom, jak ten z prelekcją o sztuce pana profesora, po której do dnia dzisiejszego Gauguiny na ścianach wiszą..

- Niechże i tak będzie - wyrzekł Adam i przyjaciele skubnęli po kieliszku jarzębiakowej wódeczki, czym błogie w trzewiach swoich poczynili ukontentowanie.

    W dalszym ciągu rozmowy panowie wciąż bez zazdrości wymieniali pomiędzy sobą pochwały, a zadaniem chwalonego było ową pochwałę ze skromnością pomniejszać.

    Później konwersacja potoczyła się wokół Naszego Głosu, pisma, które wciąż na popularności zyskiwało, tudzież o planowanej od dawna wspólnej do Ciżemek wyprawy, gdzie łąka, woda i lasek w sam raz na letnie upały. Pan Adam napomknął jeszcze o rozważanym wespół z panem profesorem plenerze, co spotkało się z inżyniera Beka, bogatego nie tylko w kulinarne, lecz również w artystyczne talenty aprobatą, a pan radca Krach w tajemniczy sposób zapowiedział swoje najnowsze plany, których wprawdzie jeszcze dziś nie zdradzi, lecz z pewnością powiadomi o nich koleżeństwo o nich, gdy tylko nabiorą prawnej i realnej mocy.

    Byliby towarzysze pana Kracha na żywca jego język z gardła wyrwali, aby wyszeptał kilka dalszych słów o projekcie, lecz tymczasem w zacienionej, kawiarenkowej sali pojawił się we własnej postaci na wpół zdyszany doktor Koteńko, który wbrew naturze swojej dobiegł do stolika, pochwycił oczekujący go kieliszeczek jarzębiaku, odważnie uniósł go i skorzystał jednym haustem z jego zawartości, powstrzymując się od popitki.

- Trafiłem, panowie, trafiłem z diagnozą! - wykrzyknął, budząc w przyjaciołach odruch konsternacji.

- A teraz, bardzo was proszę, przyjaciele, pozwólcie mi zagrać - uprosił władczo podochocony pan doktor - To będzie scherzo Chopina - dodał i podał też numer, lecz żaden z przyjaciół od degustacji jarzębiaku nie miał prawa numeru żartu zapamiętać, gdyż umysł ich po kilku kieliszkach począł krążyć w barwnej, a kojącej zmysły krainie wyobraźni.


[20.10.2021, T.]



ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (555 - 556) DEBATA. SPRAWA WAŻNA DLA TAK NIEWIELU STAJE SIĘ SPRAWĄ NIEWAŻNĄ

 

555.

    Wysłuchałem większość wypowiedzi europosłów w debacie poświęconej łamaniu przez autorytarny, faszyzujący rząd zjednoczonej prawicy praworządności w naszym kraju. Oceniam, że około 90% wypowiedzi było przeciwko łamaniu prawa w Polsce. 

    Chyba najcelniejszym głosem zaszczycił debatę Guy Verhofstadt, belgijski i flamandzki polityk, premier Belgii w latach 1999–2008, poseł do Parlamentu Europejskiego VII, VIII i IX kadencji, przewodniczący grupy liberalnej w PE.

    "Bardzo uważnie słuchałem pana premiera Morawieckiego przez pół godziny. Nawet jakby mówił pan godzinę, to słuchałbym w ciszy i skupieniu. Ale pan nie mówił o wyroku TK.

    Wyrok Trybunału Konstytucyjnego jest jasny: art. 1 i art. 19 traktatu nie obowiązują w Polsce jako niezgodne z konstytucją, tak orzekł TK. Traktat zaakceptowaliście w roku 2004 r., z przyjęciem Traktatu Lizbońskiego rząd PiS to zaakceptował. Z tego samego powodu twardzi zwolennicy brexitu nawoływali do wyjścia z UE. Ta mroczna gra, w którą pan gra, jest jasna.

    Upolityczniony TK orzeka, ze tak naprawdę TSUE nie ma prawa orzekać o tym, co dzieje się w Polsce. Francuzi i Niemcy, na których pan się powołuje, nigdy nie zakwestionowali art. 1 i 19, a brexitowcy i owszem. To, co pan zrobił, to kwestia dla polskich obywateli i obywatelek, najbardziej proeuropejsko nastawionych, pan im tutaj narzuca pańskie reguły. To mi mocno przypomina coś bardzo dramatycznego w historii Europy, z końcem XVIII w., kiedy Polska zniknęła z map Europy.

    Fatalna mieszanka złego zarządzania, zagrożenia zewnętrznego i zdrady konserwatystów, którzy nie chcieli zaakceptować nowoczesnej polskiej konstytucji.

    Wiem, że pan jest historykiem z wykształcenia, panie premierze, moje wystąpienie powinienem rozpocząć od klasycznej pozycji.

    Wszystko zaczyna się od jakiejś jednej decyzji i to prostą drogą prowadzi do upadku. Zwykli Polacy nie chcą tego, to ego wielkich polityków, którzy nie myślą, jaką katastrofę ściągną na siebie pod koniec tej historii. Proszę wycofać się z tych niemądrych decyzji i proszę tak naprawdę zakończyć ten marsz w stronę upadku."

556.


    Ale są też inne sprawy, które w kategoriach globalnych, europejskich, czy nawet krajowych nic nie znaczą. Znaczą dla mnie i tej najwęższej z możliwych grup, której dotyczą. Chociaż znaczą tak wiele dla tak niewielu, dotykają obszarów bezwzględnego, niesłusznego i w sposób skandaliczny interpretowanego prawa, dotykają szeroko rozumianej niesprawiedliwości i obojętności z czym ostatkiem sił walczę, bez skutku.     Dochodzę do wniosku, że nie ma wyjścia z tego błędnego koła. Aby bowiem wyjść z tej zapaści, po pierwsze trzeba przybliżyć prawo człowiekowi, a po drugie - ważniejsze, odpowiedzialnymi za przestrzeganie tego prawa uczynić ludzi, którzy sami szanują to prawo i są osobami odpowiedzialnymi.

    Póki co rozmawiam ze ścianą, a ta jako ten obraz, co do dziada nie przemówił ani razu, nie odpowiada.

    W najczarniejszych kolorach widzę przyszłość (to, że akurat swoją, to mniejsza, bom wiekowy), zwłaszcza że na pomoc liczyć nie mogę i tylko po raz kolejny kwituję cytatem ze "Stepów akermańskich": "- Jedźmy, nikt nie woła!"


[20.10.2021]

19 października 2021

MAŁE IMPROWIZACJE - KOLEGA SPOD SIÓDEMKI

 




    Kolega spod siódemki, no ten, pamiętasz, z którym byliśmy w armii zaniemógł i przyszło mu rzucić robotę. Ten u którego pracował, nawet się ucieszył, bo to zawsze jedna gęba do wyżywienia mniej, a interes budowlany kręcić się będzie i bez Roberta. Na czarno pracował ten koleś, no ten Robert, oj chyba ci muszę polać, bo nie kumasz, co do ciebie mówię, oczami tak przewracasz, jakby na ciebie która jaki czar rzuciła, więc mówię, że pracował na czarno, bo tamten jego szef też chciał coś zarobić, nie wzbogacając państwa. Robert kiedy te dachy stawiał miał sporo grosza, ale nie aż tyle aby swój własny nowy dom postawić, więc złapał sobie kredyt na zaufanego słupa i raz dwa zapragnął sobie do zimy przynajmniej fundamenty skończyć. Najął też sobie jakiegoś obwiesia i obaj kopali rowy na półtora metra, potem kamienie zwozili, zalewali betonem. Robert jeszcze wtedy pracował, ale w tym czasie zaniemógł na serce czy płuca i przestał stawiać dachy. W sumie to dogadali się. Usłyszał od szefa, że gdy ten  będzie pracował przy czymś większym, bez problemów go przyjmie, bo w stawianiu dachów Robert był najlepszy w całym powiecie.

    Ale zachorował i robota przy własnym domu szła opieszale, a gdy obwieś przestał przychodzić, wszystko zaczęło kuleć. Raz i dwa karetka zawoziła Roberta do szpitala. Z tego drugiego zabrania wyszedł ciężki zawał, z którego ledwo go odratowali, ale przecież trzymać chłopa nie będą, więc odwieziono go z powrotem do jego starego domu i tak z rok na pół gwizdka przeżył, kupując materiały za odłożone, z wziętego kredytu pieniądze na nowy dom. Oszczędnie dokonując zakupów, praktycznie zgromadził cały towar, ale z robotą nie ruszył, bo przecież sam po zawale nie podołałby, a na najęcie pomocnika pieniędzy już nie starczyło. Zaszedł więc do swego dawnego szefa i już, już się dogadali co do zatrudnienia, gdy w przeddzień stawiania kolejnego dachu nasz kolega spod siódemki dostał udaru i znowu zawieźli go do szpitala, akurat w ostatniej chwili. Ale przecież nie będą go w tym szpitalu trzymać miesiącami, więc zawieziono go z powrotem do jego sypiącego się już domu, a sołtys wystarał się mu u wójta o dochodzącą pielęgniarkę środowiskową, która codziennie zaglądała do Roberta, opierała go, robiła posiłki, a także wypróbowywała na nim swoje umiejętności rehabilitacyjne - złota kobieta.

    Tymczasem należało spłacać zaciągnięty kredyt. Robert zbagatelizował sobie bank, myśląc, że ten przychylnym okiem spojrzy na jego inwalidztwo, a on tymczasem, zdrowiejąc jako tako, postara się o pieniądze na spłatę rat, sprzeda samochód i co tam cennego ma w tym swoim starym, chylącym się do upadku domu.

    Bank nie był przyjazny względem chorego Roberta, założył mu sprawę, a po wyroku komornik położył łapę na materiałach budowlanych, które teraz pod komorniczą kuratelą dziwnym sposobem potaniały.

    Kolega spod siódemki z tego wszystkiego powolutku wychodził z oków udaru, zaczął nawet mówić, a i władzę w lewej ręce odzyskał na tyle, aby móc nią pisać prośby, sprzeciwy i inne pisma do rozmaitych instytucji, które jednakowoż wycierały sobie nimi pośladki. Z dnia na dzień Robert stracił przyjaciół, a tracił ich tym szybciej, im począł kierować do nich błagalne prośby o pomoc.

    Mimo wszystko stan zdrowia naszego kolegi ulegał stałej poprawie, o czym świadczy fakt, że potrafił odnaleźć prastary sznur od prodiża i zrobić z niego pętlę, która pasowała jak krawat do jego szyi. Końcówkę przewodu przywiązał do klamki, sam zaś przysiadł w tym czasie na progu drzwi łączących sień z kuchnią.

    Nieszczęśliwym zbiegiem okoliczności w czasie odbierania sobie niepotrzebnego życia w starym, rozpadającym się domu Roberta pojawił się listonosz przynoszący jakieś pismo komornicze czy sądowe. Listonosz stwierdził, że wypadałoby odciąć naszego przyjaciela od klamki chociażby z tego powodu, że w razie nieodcięcia go, straci ważnego klienta swoich pocztowych usług.

    Po tym wydarzeniu stało się jasne, że Robert zamieszka w odosobnionym miejscu razem z nami i ulokuje go się w monitorowanym pokoju numer siedem, zaś sam Robert codziennie spacerując po korytarzu pomiędzy dziesiątą a dwunastą, będzie nam opowiadał historię własnego życia.

    Myślę, że bardzo dobrze się stało, iż szanowany nasz pensjonariusz nie dowiedział się jeszcze o tym, że jego posiadłość wraz z rozsypującym się starym domem została sprzedana i że na należącej do znajomego komornika działce - ongiś Roberta, stoi piękny, piętrowy dom otoczony betonowym murem, wysokim na dwa metry, nieprzepuszczającym wiele światła i powietrza.

[19.10.2021]


18 października 2021

WERSETY (1) LINIA DEMARKACYJNA

 





LINIA DEMARKACYJNA


Jak ty wyglądasz w tych butach

przemoczone

wracaj skąd przyszedłeś

widzisz przeszedłeś po zagrabionym

ponadto przekroczyłeś linię

zmykaj stąd.


Moja matka też czekała

chodziła z miejsca w miejsce

ale przynajmniej znalazła stajnię

do dzisiaj pamiętam zapachy

owsa i wiór z drewna

z którego zrobiono mi kołyskę.


Zimno

zepchnięto mnie ze skrzyni

z innymi

kobiety nie miały siły płakać

oczy dzieci zwrócone były

na mężczyzn w mundurach.


Gdybym powiedział im kim jestem

obróciliby to w żart

dla żartu zamienię ich lekko gazowaną wodę

w wino

kiedy położą się pokotem

łatwiej będzie przejść po ich ciałach z kamienia.


[18.10.2021]

17 października 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (552 - 554) PREZES NIE WLEWA DO BAKU. NIKT. CO SIĘ ROBI NOCĄ.

 

552.

    Za rządów PO-PSL, kiedy na świecie cena paliwa sporo przekraczała 100 dolarów za baryłkę, jarosław kaczyński, laik w dziedzinie gospodarki sugerował, że aby doszło do obniżki cen paliwa, należałoby obniżyć akcyzę na paliwo. Teraz, kiedy rządzi zjednoczona prawica, ten obłudnik i hipokryta mówi:

    „Nie uważam, żeby obniżenie akcyzy na paliwo było dobrą metodą w tej sytuacji. Tylko ci, którzy żyją z cwaniactwa mogą na tym stracić; cała reszta, ogromna większość na tym zyska”.*

    *[nobel w dziedzinie ekonomii - obywatele zyskują na podwyżkach, Jarosław Kaczyński, Dzieła zebrane, Tom 1, Rozdział 10. Ekonomia, strona 1.]

    W tym miejscu na uwagę zasługuje drugie zdanie. Któż bowiem może stracić na podwyżce paliwa? Odpowiedź dziecinnie prosta: - Ci, którzy wlewają paliwo do baku aut, którymi jeżdżą, a zatem będą to zarówno osoby bardzo bogate, posiadające wypasione modele samochodów firm zachodnich, japońskich i koreańskich oraz nie tak bardzo znowu bogaci posiadacze dziesięcioletnich i starszych aut, których używają, aby dojechać do pracy i na zakupy oraz, o zgrozo, aby dojechać nimi na wczasy wykorzystując bon wakacyjny. Stracić mogą również ci, którzy nie posiadają samochodów, ale korzystają z komunikacji publicznej, dalej ci, którzy przy zakupach w dowolnym sklepie spostrzegą podwyższone cenny na różne artykuły, gdyż tak się składa, panie prezesie, że w cenę towarów wchodzi również usługa transportowa. Podobnie wzrośnie globalnie koszt dojazdu karetek do potrzebujących i koszt dowozu ciężarówkami migrantów na granicę z Białorusią.

    Kto zatem, jeśli nie zyska, to przynajmniej nie straci na podwyżkach paliwa. Tą osobą jest pan prezes, który wprawdzie własnego auta nie ma, ale jeśli chciałby dojechać w miejsce miesięcznicy, to przecież nie dojedzie tam rowerem, tylko autem. Ponadto tych 70 i więcej policyjnych "suk", które zjawiają się pod domem prezesa, gdy ten zaczyna obawiać się własnego cienia, też spalają trochę oleju napędowego, bo jakoś nie wynaleziono jeszcze silników policyjnych autek na wodę.

    Tak się stało, że na swoje nieszczęście odsłuchałem wywiadu, jakiego udzielił pan prezes "niezależnemu" dziennikarzowi stacji radiowej jeszcze do niedawna uznawanej za niezależną. Wnioski: ból głowy (mój!!!), hipokryzja hipokryzji, ordynarne kłamstwa lub ... zaawansowany stan choroby psychicznej.

553.

    Czy był kto w takiej sytuacji, gdy potrzebował się wygadać, opowiedzieć coś o sobie, poskarżyć się nawet, usłyszeć jeśli nie słowo pocieszenia, to zrozumienia, odebrać telefon z "wyrazami...", list mówiący wiele..., zostać klepniętym po plecach, a nawet gdyby "zasadzono" mu kopa, aby się obudził, słowem, czy zdarzyło się komu zderzyć z przychylną mu rzeczywistością w postaci przyjaciół, znajomych, kogoś z rodziny albo też kogoś zupełnie obcego, kto stanął nam na drodze?

"- Jedźmy, nikt nie woła!"

554.

Kadr z filmu "Lecą żurawie"

    W takich przypadkach, zwłaszcza późną nocą, przygotowuję się do pracy... czytam, przypominam sobie, wskrzeszam pamięć, a w międzyczasie - trudno mi przez parę godzin skupiać się na jednym zagadnieniu oglądam mecze siatkówki albo pojedynki w snookerze, czytam coś zupełnie innego, piszę lub oglądam poprzez internetowe łącze filmy. Zeszło mi się na wspaniałym radzieckim, w 1957 roku napręconym "Lecą żurawie" z niezapomnianym Batałowem i Tatianą Samojłową - ileż to lat upłynęło od tego czasu... film o czymś... o czymś... niemal z łezką w oku obejrzałem, po raz kolejny udowadniając sobie, jak wielkim nieszczęściem jest wojna.

    Chwyciłem się też "Murzyna" - komedii Jerzego Szaniawskiego, chwyciłem i gdybym był zdrów jak nie jestem, podjechałbym na Powązki i zastukał w płytę grobową:

    - Panie Jerzy, wyprzyj się, ach, wyprzyj się swego Murzyna, któregoś poniżył. Wszak Rada Języka Polskiego wypowiedziała się na temat słowa „Murzyn”: to wyraz „obarczony złymi skojarzeniami”. O "Murzynku Bambo" już pisałem; kolejnym językowym grzechem będzie "Murzyn z załogi 'Narcyza'". Z tym ostatnim Murzynem będzie to nie lada walka, bo tytuł tej opowieści Conrada miał już problemy w USA (gdzie w niektórych stanach jeszcze w latach 60-tych panował rasizm - sic!) i Holandii. A mnie się wydaje, że w odniesieniu do współczesnego i przyszłego nazewnictwa - zgoda - możemy się umówić, że nie używamy słowa "niger", ale to samo w tłumaczeniu na język polski słowo użyte przez Conrada, Szaniawskiego czy Tuwima nie musi oznaczać i nie oznacza, że wymienieni przeze mnie autorzy są rasistami i obrażają ludzi o innym niż biały kolorze skóry. Ponadto jeżeli w języku angielskim słowo "niger" = "czarnuch" jest obraźliwe, to dlaczego obraźliwym jest "murzyn". Dla mnie osobiście, istotnie nazwać kogoś "czarnuchem" jest obraźliwe i, proszę o wybaczenie, gdybym czytał o "czarnuchu" Bambo, czułbym się niezręcznie, gdyż określenie to jest wyjątkowo pejoratywne i nacechowane negatywnie, czego jednak nie można powiedzieć o "murzynie". Podobnie jest zresztą w przypadku nazwania izraelity "żydem" obraźliwe nie jest, natomiast ten sam izraelita ma prawo być wściekły na kogoś, kto nazywa go "parchem". Generalnie zgadzając się z intencjami Rady Języka Polskiego odnośnie nieobrażania ludzi mających inny kolor skóry, wolałbym aby Rada napiętnowała wszystkie słowa obrażające drugiego człowieka, a zatem - niech zniknie z naszego języka "łychol", "grubas", a o "idiocie" można będzie mówić jedynie po okazaniu przez pomówionego stosownych papierów potwierdzających stan umysłu delikwenta.

    Czy uważacie, że rząd morawieckiego, ba, cała zjednoczona prawica, ma takie papiery?


[17.10.2021]

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 21. PRELEKCJA

 

Paul Gauguin - "I Raro Te Oviri"


ROZDZIAŁ 21.  PRELEKCJA

(w którym poznamy pana profesora akademika, który wygłosi wielce interesującą prelekcję na temat sztuki, co stanie się zaczątkiem współpracy pomiędzy nim a społecznością kawiarenki i miasta Różanów.)


    Jak to pięknie, gdy wydarzenia rozchodzą się echem szerokim, wieścią gminną się niosą, z ust do ust płyną słów ciekawych łodzie bukowe. Jedna z niewiast młodych a urodziwych, co szatę graficzną kawiarnianemu pismu użyczyła, w studenckim będąc stanie, a ten, wiadomo, rządzi się prawami wolności i ekstrawagancji, napomknęła o scenerii, w jakiej prowincjonalne pismo spojrzało przyjaźnie w oczy akademickiemu profesorowi, który sam był malarzem i posiadał tę specyficzną i jakże istotną dla społeczeństwa otwartość artystycznej duszy na intelektualne nowości, co z kolei pociągnęło za sobą niespodziewane konsekwencje.

    Dowiedziawszy się, że inspiracja „Naszego Głosu” poczęta została w komnatach kawiarni, pan profesor czym prędzej wykręcił, a właściwie wystukał do Kawiarennika jego numer niezastrzeżony.

    Stanęło na tym, że urodziwy wiekiem pan profesor wprawdzie do komponowania tekstów o sztuce niezbyt skory, to z prelekcją zdobioną graficznie (aż nawet w nadmiarze) przyjechać byłby gotów, bo lubi kawiarenkowe klimaty, o których mu doniesiono lub o czym z pisma miejskiego wyczytał; poza tym chętnie się zgodzi na to, o czym z kolei w telefonicznej rozmowie z panem Adamem przedstawił, aby jego pasję artystyczną szczerze opisano.

    Bez cienia przesady pomysł pana profesora przypadł Adamowi do gustu. Poczuł on się tak jakby nadzwyczajnym sposobem i sprytem pochwycił w dłonie rogi byka, który na arenie ma zwyczaj zabawiać się z torreadorem.

    Obrał sobie pan profesor temat z wdzięcznych najwdzięczniejszy, a mianowicie życie i twórczość Paula Gauguina, którego malarstwa był pierwszorzędnym miłośnikiem i znawcą. Prelekcja, rzecz jasna, wspomagana będzie informatyczną prezentacją; ponadto ów na świat otwarty admirator postimpresjonistycznej sztuki francuskiego malarza przywiezie z sobą kilkanaście płócien - kopii jakie swego czasu kazał wiernie odtworzyć grupie młodych, szlifujących pod jego cierpliwym okiem talent akademickich artystów.

    Pan profesor odnajdując we właścicielu kawiarenki pokrewną, artystyczną duszę, pewnie by już dnia następnego, po wspomnianej telefonicznej rozmowie, do kawiarni przybył, gdyby nie dwie, całkiem poważnie brzmiące okoliczności.

    Pierwsze to konieczność rozreklamowania (cóż za prostackie słowo!) prelekcji; nie tylko w piśmie, lecz również, jak się niepięknie wyraził: „poprzez akcję plakatową na mieście”; po drugie, dopatrzył się problemu w tym, że istotnym tłem jego gawęd i prezentacji winna być odpowiednia muzyka, która przyda blasku słowom i obrazom, a tej przygotowanej nie posiada.

    Zaraz też Kawiarennik przyłapał siedzącego przy kawie doktora Koteńkę, bo któż inny spośród przyjaciół dysponuje wrażliwszym uchem i niezrównanym instynktem muzycznym.

Doktor Koteńko począł rozmyślać przez niezbyt rozwlekłą chwilę i bez wahania oświadczył:

- Panie Adamie kochany, jeśli, jak podejrzewam, pana profesora opowieści skupią się na późnej twórczości autora „Arearei”, przeto muzyczne pieśni Cesarii Evory jak najbardziej się wkomponują się w atmosferę egzotycznych baśni Gauguina. Powiem więcej, moja żona chętnie namówi jedną ze swych niedawnych uczennic, aby spróbowała odśpiewać kilka piosenek w rytmie morny, gdyż głos jakim dzierlatka, o przepraszam, już niewiasta zamężna dysponuje, całkiem przystaje do atmosfery, jaką chcemy wywołać na tych, którzy z opowieści pana profesora skorzystają.

    I tak, słowo od słowa i do słowa słowo stawało się ciałem. W trzech istotnych miejscach miasteczka, tudzież na chodniku prowadzącym przebiegle do kawiarni pewnego dnia stanęły nadesłane przez pana profesora kurierską pocztą plakaty, a redaktor Pokorski poczynił starania, aby w kawiarenkowym piśmie pojawiła się solidna notatka o tym nowym, intrygującym wydarzeniu.

    W dzień poprzedzający prelekcję, a był to piątek rano, pan profesor umyślnym transportem przemycił nie tylko własną szlachetną osobę, lecz również wspomniane powyżej kopie obrazów, zainstalował się w ogródkowej części kawiarnianej domeny i zgodnie z podaną w ogłoszeniach obietnicą w sobotę o godzinie osiemnastej rozpoczął się pokaz, z muzycznymi przerwami trwający do sędziwej, dwudziestej trzeciej godziny.

    Czynność swą powtórzył nazajutrz, w piękne upalne, popołudnie, albowiem dziatwy rozmaitej po niedzielnym obiedzie naszło się tyle, że trzeba było po raz kolejny uprosić pieśniarkę, aby dodała blasku obrazom i słowom, zaś kawiarennik zmuszony był sobie tylko znanym sposobem wydobyć z podziemi dodatkowe litry napojów chłodzących, gdyż upał trwał niezmienny, a obie sale pękały w szwach… i któż by mógł przypuszczać, że sztuka piękna i muzyka, której w rozgłośniach radiowych nie uświadczysz, tak do gustu kawiarenkowych gości przypadnie.


[17.10.2021]

16 października 2021

POEZJA (5) CYPRIAN KAMIL NORWID - "W WERONIE"

 

Dom Julii w Weronie

    Napisano o tym wierszu wiele dobrego, bo też Norwid to poeta nie byle jaki. I w moich młodzieńczych czasach wzruszałem się dramatem Romea i Julii, których rodzice nie potrafili podać sobie rąk w obliczu pełzającego nieszczęścia jakie dopadnie w końcu ich dzieci. Czytałem też "Romantyczność", a był to jeden z utworów Mickiewicza, do którego nawiązałem na pisemnej maturze z języka polskiego, czytałem i zdaje się, że wiem, czy jest "czucie i wiara" , a czym "mędrca szkiełko i oko".         Do tego czucia i szkiełka mędrca nawiązuje Cyprian Kamil Norwid stoją u domniemanych domów skłóconych rodów - Kapuletich i Montekich. W pięknie skrojonych tercynach poeta dokonuje w dwóch pierwszych wersach każdej z tercyn opisu domu, gruzów ogrodu, nareszcie romantycznych cyprysów, aby przejść do refleksji po każdym z opisów. Takoż z "łagodnego oka błękitu" nieba, a mrok zapada, strącona zostaje gwiazda, owe meteoryczne kamienie, które dla mędrców są li tylko kamieniami, na które nikt "nie czeka". Dla tych zaś, którzy pokładają wiarę w uczuciu te spadające szczątki to nie są łzy "znad planety", łzy które słusznie pojawiają się w tym mieście, aby wzruszeniem i poruszeniem uszanować nieszczęśliwą miłość kochających się ludzi.

    A zatem po raz kolejny pojawia się sprzeczność zasadnicza, na którą zwrócili uwagę romantycy, a Norwid przypomniał czytającej go publiczności: czucie czy szkiełko mędrca.

    Ileż to razy stajemy przed takim dylematem, niejednokrotnie oceniając innych. Mówimy o nim / o niej, że powinni kierować się rozumem, rozsądkiem, a oni... zaślepieni, zaślepieni w sobie postępują inaczej. Czy zawsze gorzej?

    Pomimo mojego osobistego szacunku dla wiedzy, nauki i doświadczenia, nie przekreślajmy tych, których postępowanie oparte jest na wierze w siłę uczuć. Być może to oni mają rację, kształtując wrażliwość, do której mędrcy nigdy nie dorosną?

     Piszę nieprawdę? To w takim razie, co należałoby zrobić z przysłowiowymi już "dziećmi z Michałowa"? Czy musimy się godzić na to, aby jakiś szalony rozum przywrócił do życia zasieki z drutów kolczastych i mury berlińskie?

W WERONIE

I

Nad Kapuletich i Montekich domem,

Spłukane deszczem, poruszone gromem,

Łagodne oko błękitu.


II

Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,

Na rozwalone bramy do ogrodów --

I gwiazdę zrzuca ze szczytu;


III

Cyprysy mówią, że to dla Julietty,

Że dla Romea -- ta łza znad planety

Spada... i groby przecieka;


IV

A ludzie mówią, i mówią uczenie,

Że to nie łzy są, ale że kamienie,

I -- że nikt na nie... nie czeka!



[16.10.2021]


14 października 2021

DZIEŃ NAUCZYCIELA

    Także z tego powodu, że przez wiele lat byłem belfrem, moim, jak sądzę, obowiązkiem jest przekazanie nauczycielskiej braci wszystkiego dobrego w Dniu Waszego Święta. 

    Życzę Wam zatem drodzy Nauczyciele, Pedagodzy, Bibliotekarze, Dyrektorzy szkół i ludziom wspomagającym placówki oświatowe  abyście zdołali wyżyć do pierwszego i mieli odwagę pokazać środkowy palec nogi czarnkowi... 

    a tak zupełnie serio życzę sukcesów w Waszej, częstokroć niewdzięcznej i nie docenianej pracy. Życzę Wam też tego, abyście nie zapominali o tym, że nauczyciel nie jest li tylko wykonawcą poleceń, realizatorem podstawy programowej, ale też wychowawcą i (oby) wzorem postępowania dla dzieci i młodzieży. Nie zaniedbujcie zatem roli wychowawcy, jakże potrzebnej zwłaszcza tam, gdzie rodzina wykazuje dysfunkcje w sprawowaniu podstawowych swoich obowiązków. Wiem, że jesteście lub możecie być tymi, którzy jako pierwsi dostrzegą te dysfunkcje i będą potrafili zaradzić problemom, z jakimi stykają się młodzi i najmłodsi ludzie.

    Uczcie swoich uczniów o Konstytucji, prawach i obowiązkach człowieka, prawach i obowiązkach ucznia. Nauczcie swoich podopiecznych wrażliwości na problemy, które towarzyszą wszystkim  wyglądającym inaczej, mówiącym innymi językami, ludziom dyskryminowanym z jakiegokolwiek powodu. Uczcie młode pokolenia otwartości, szczerości i odwagi. Uczcie nie tylko wiedzy o tym, co możecie znaleźć w podręcznikach, lecz również tego, co przydawać się będzie w życiu uczniów bardziej, aniżeli umiejętność napisania kilku zdań o jamochłonach.

    Dzień Nauczyciela to także święto wszystkich Uczących Się, gdyż bez niech, bez względu czy chodzą do klasy pierwszej czy są na ostatnim roku studiów wyższych... bez nich Święto Nauczycieli nie miałoby sensu.

    Poszukałem w Internecie i szybciutko znalazłem takie oto życzenia, które nich będą uzupełnieniem moich własnych.


[14.10.2021]


ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (549 - 551) ZDROWIEJ. PROTESTY. HAŃBA.

 

549.

    Na początek troszkę lepszych wiadomości. Adelka, która od miesiąca cierpi na dolegliwości żołądkowo-jelitowe ma się ciut lepiej, a to "ciut" jest po to, aby nie zapeszyć. Ostatnimi dniami, a może i tygodniami jej dieta ogranicza się do suchej karmy, która nigdy nie była jej przysmakiem, a teraz, dla swojego dobra, musi spożywać niemal wyłącznie. Gdzie te czasy, gdy pasjami pożerała marchewkę, kapustę, jabłka ogórki i śliwki!!! Aby zachęcić małą do jedzenia "chrupek" smaruję jej miseczkę flakiem z pasztetowej (ma intensywny zapach) i w ten sposób piesełka dostaje "smaka" na chrupki i konsumuje je z przyjemnością. Oj, rozbisurmaniła się nam Adelka ostatnimi czasy. Doszło do tego, że chcąc się napić, przywołuje do siebie skomleniem kogoś z ludzi i każe na siebie patrzeć podczas wypijania wody z miseczki. Na dniach poszła jeszcze dalej i wymusza na nas karmienie jej łyżeczką - chodzi oczywiście o picie. Obrazek poniżej przedstawia taką właśnie scenę pojenia suczki przy pomocy stołowej łyżki.



550.

    Niestety w ostatnich dniach człowiek żyje o wiele smutniejszymi wydarzeniami. Najpierw mieliśmy do czynienia z orzeczeniem kucharki, która dała do zrozumienia Unii, że nie jest nam ona potrzebna. Potem, w niedzielę, odbyły się w kraju demonstracje przeciwko karmieniu nas przez kucharkę i jej mocodawców głupotami. W stolicy przeciwko demonstrującym wystąpili faszyści bąkiewicza zagłuszający polityków KO, co jeszcze można zrozumieć, ale też hałasujący w momencie grania hymnu oraz wystąpienia żołnierki Szarych Szeregów - pani Wandy Traczyk-Stawskiej. Nadto nazajutrz, niejaki ipeenowiec, wyszkowski krzysztof, usprawiedliwił faszystowskie ryki damskich bokserów i przyrównał uczestniczkę Powstania Warszawskiego do jakiegoś wybitnie zbrodniczego esesmana, co zapewne ucieszyło pis i te 32% Polaków, którzy wedle sondaży oddaliby dzisiaj głos na partię złodziei.

551.

    Przykre jest też to, co dzieje się na naszej wschodniej granicy z Białorusią, gdzie trwa otwarta wojna z chorymi kobietami, mężczyznami i dziećmi. Po obejrzeniu w środę "Czarno na białym" w TVN24 jestem w szoku. Kiedy lekarka mówi, że w szpitalu musi pomagać chorym i wycieńczonym imigrantom "pod stołem", bo legalna pomoc nie jest mile widziana; kiedy słyszę, że dyspozytor pogotowia odmawia przyjazdu do chorych; kiedy dowiaduję się o odsyłaniu na granicę chorych kobiet z dziećmi, a niejaka pani rzecznik pograniczników michalska kłamie w żywe oczy, nie zająknąwszy się nawet (polecam tę damę reżyserom filmów, których scenariusz mógłby się opierać na wspomnieniach więźniów obozów koncentracyjnych - wymarzona kapo), kiedy to słyszę i na to patrzę, to zastanawiam się w jakim miejscu znajduje się kres człowieczeństwa i cywilizacji, i czy przypadkiem nie należy go szukać na Nowogrodzkiej. Zastanawiam się też nad tym czy i kiedy ci ludzie, którzy dzisiaj potrzebują kasiory na budowę muru na wschodniej granicy (przecież tu chodzi o kasę dla wybranych, tak jak chodziło o kasę dla obajtka, rydzyka, ziobry i jego solidarnej, dla kumpli szumowskiego, etc.). Zastanawiam się zatem, czy ci ludzie zostana kiedykolwiek pociągnięci do odpowiedzialności - to jedno pytanie, a to drugie związane jest z tym murem i walką z imigrantami na wschodniej granicy. Ileż trzeba mieć w sobie obłudy i zakłamania, aby pilnując naszej wschodniej rubieży powoływać się na zdanie Unii, to jest głosić, że te wszystkie działania, które są podejmowane na granicy wynikają z chęci obrony granic Unii Europejskiej. Jakże to bronicie pisowcy czegoś, co tak dumnie wasza posłanka, sędzine i twitterówka nazwał Szmatą? Granic Szmaty bronicie?

    Co do jednej i jednego powinniście stanąć przed sądem, a ci, którzy skierowali was na drogę łamania konstytucji i szerzenia nienawiści, powinni spędzić na galerach resztę swojego nikomu nie potrzebnego żywota. Ale czy tak się stanie? Nie sądzę, a raczej sądzę, że nikomu tych uzurpatorów nie spadnie przysłowiowy głos z głowy. Dlaczego? Bo jeśli, dajmy na to, pojawi się jakiś wniosek o trybunał stanu ze strony PO, to Lewica go nie poprze, boć przecież Tuska popierać nie będzie, a z tych samych względów nie poprze wniosku PSL czy Hołownia. Hołownia i Kosiniak-Kamysz chętnie sami sformułowaliby akty oskarżenia, ale Platforma z Lewica na to nie pójdą, a jeśli z kolei byłby to pomysł Lewicy, to oczywiście dla przeciwwagi żadna inna opcja wniosku nie poprze. A jeśli dodamy do tego HAKI, które ma na każdego przestępca kamiński (uwaga: ułaskawiony nie oznacza - niewinny), to możemy mieć pewność, że złodziejska ekipa prezesa nigdy rozliczoną nie będzie.


[14.10.2021]