CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

20 października 2021

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 22. POCHWAŁY

 


 ROZDZIAŁ 22. POCHWAŁY

(w którym szacowni przyjaciele wymieniają pomiędzy sobą pochwały odnoszące się do swoich działań będących rzeczywiście powodem do dumy)




    Do późnej nocy, która rychło zamieniła się w sobotni przedporanek panowie: inżynier Bek, mecenas Szydełko, radca Krach i właściciel kawiarenki, pan Adam, czas z jak największym pożytkiem przepędzali przy uroczym jarzębiaczku, wspomaganym kolumbijską kawą, a wcześniej przy sutej kolacji, którą Kawiarennik sam przyrządził; a była to kaczka a'la zając, w piwie ciemnym z warzywami podana, w gęstym sosie własnym o pomstę do nieba proszącym przez dietetyków, z brokułami, ziemniaczkami opiekanymi na sposób francuski, z przepysznym polskim, kremowym, śmietankowym chrzanem, w posmaku orzechowym, także z sałatą lodową i pomidorami, plus do tego lekkie, białe, półwytrawne, przyzwoicie schłodzone wino ze wzgórz Sancerre… czyż mam ci ciągnąć dalej…?

- A gdzież doktor Koteńko? - ktoś zapyta.

    Owszem i pan doktor na pogodną wieczerzę przybył z przyjacioły swoje, korzystając z nadzwyczajnej dyspensy osobistej małżonki, pani Zofii. Jednakowoż około północy pana doktora wywołano, najpierw telefonicznie, podjechano doń prosząc, aby wybawił ze zdrowotnych tarapatów jakąś kobiecinę z wioski, która stanowczo od szpitalnej porady wolała pana doktora zobaczyć i podzielić się z nim swymi bólami. Rad nie rad, pan doktor kuferek swój zabrał, z którym nie rozstawał się prawie nigdy i na ratunek z fachową odsieczą pospieszył, na pocieszenie miłego towarzystwa pozostawiając zapewnienie, że po wizycie odwiezionym będzie wprost do kawiarenki, aby wieczerzy zaznanej dokończyć.

    Między innymi z tego powodu czterech panów w kawiarence zostało, cierpliwie powrotu pana doktora czekając i karmiąc się przez ten czas uparcie naprzód w głęboką noc płynący rozmową dłuższą niż zwykle, lecz jak zwykle pożyteczną.

    Znajdujemy się w toku prowadzonej przez przyjaciół rozmowy w chwili, gdy mecenas Szydełko rozpowiadał, jako to w stowarzyszeniu prawniczym działając, udało mu się trzy z czterech egzekucji wyrzucających ludzi na kamienny bruk ulicy podciąć swawolne skrzydła, wykazując przy tym potężne naruszenie prawa przez podawcze strony; w czwartej ze spraw, jedyne, co zdołał, to odwleczenie sądowego nakazu o trzy miesiące.

- Niezłą wykonałeś pracę, przyjacielu - pochwalił mecenasa inżynier Bek - oby tak dalej.

- Ja tylko porządnie swoje zadanie starałem się wykonać - przyznał skromnie pan mecenas. - Daleko większą zasługę ponoszą ci nasi wolontariusze, którzy wokół każdej sprawy chodzą jak natrętne muchy, zbierają materiały i podsuwają mi przed oczy gotowe dokumenty jak to porządni tubylcy czynią, pachnącą pieczeń przed nos zgłodniałego podróżnika podsuwając.

- Nie mniej jednak - wtrącił Adam - to pana rzetelna praca kończy pozytywnie dzieło.

- Tak, tak - dołączył się do pochwał radca Krach - zwłaszcza, że finansowych profitów z tych wygranych procesów pan nie masz, przyjacielu.

- Cóż, panie radco, taka u nas zasada panuje w stowarzyszeniu: nieść pomoc przede wszystkim tym, co znikąd pomocy nie zaznali, a chwała ze zwycięskiego postępowania i tak się w powietrzu rozniesie miłym zapachem. Wie pan doskonale, że w naszej profesji liczy się bardzo każdy odniesiony sukces, który gdy w porę spostrzeżony przyczynia się ewidentnie do pozyskania, która materialnie byt nasz, mecenasów poprawi.

- To prawda - westchnął pan radca.

- A ja słyszałem, przyjacielu - odezwał się ponownie inżynier Bek - że i panu los pomyślność zgotował.

    Radca Krach do wypowiedzi wywołany, nie bez satysfakcji przytaknął, poprosiwszy przyjaciół o wypicie w tej intencji kieliszka mocnej jarzębiny, co też bez zbędnych ceregieli, a nawet z przyjemnością uczyniono.

- To prawda, inżynierze. Po pierwsze spółkę z obcym kapitałem wyswobodziłem z oków podstępnego prawa, przez co zaoszczędziłem jej ponoszenia zbędnych kosztów i w konsekwencji umocniłem się finansowo, mniemam, że sprawiedliwie; po drugie umocowałem na rynku okoliczną grupę producencką jabłek i owoców miękkich (jakże dostojna nazwa - owoce miękkie). W tej sprawie jakichś szczególnych profitów się nie spodziewam, jednakowoż moja małżonka tego roku nie będzie narzekała na brak surowca do przetworów, a i pan Adam skorzysta na tym, bo i dla kawiarenki wystarczy.

- Spodziewałem się tego po panu - wyrzekł z uśmiechem Adam - gdyż pan radca zawsze o kawiarence pamięta. Powróćmy jednak do pana, mecenasie: czy sprawa tych trzech spółdzielni otworzonych przez bezrobotnych dobiegła szczęśliwego finału?

- Jak najbardziej, panowie. Poproszono mnie o pomoc, więc pomogłem. Dodam, że przy jednej wespół z panem radcą pracowaliśmy wytrwale.

- O więcej szczegółów proszę, mecenasie - domagał się inżynier.

- No cóż, panowie, zaistniała możliwość tworzenia wspomnianych spółdzielni przy znacznym wsparciu finansowym z zewnątrz, także unijnym, tedy o pomoc w napisaniu projektów mnie poproszono, nie będę ukrywał, że po miłej znajomości. Dwóm sam dałem radę, lecz przy tym trzecim, pana radcę z kolei o pomoc poprosiłem uzumpełnił swą wypowiedź pan mecenas Szydełko

- Jakaż tam w tym moja zasługa! - żachnął się radca Krach.

- Skromność pana radcy zawsze cnotą pozostanie do naśladowania - mecenas dziarsko pana Kracha klepnął po ramieniu - jak by tam nie było, już od tygodnia na nasz lokalny rynek pracy weszły trzy nowe podmioty gospodarcze: pierwszy zajmował się będzie praniem odzieży, prasowaniem, łataniem i szyciem, ot nie nazbyt feministyczne to przedsięwzięcie, lecz potrzebne bardzo; drugi zajmie się szeroko rozumianą zielenią miejską, przez co rozumiem porządkowanie skwerów i parków, dbanie o płuca naszej miejscowości; wreszcie trzecia firma, przy której powstaniu dołożył swoją pięść pan radca, to przedsiębiorstwo budowlane, które spróbuje na trudnym naszym rynku funkcjonować z sukcesem dla siebie i z pożytkiem dla społeczności.

- Bardzo miło to słyszeć - pochwalił zrealizowane projekty Kawiarennik i nie omieszkał polać w kieliszki jarzębiaku.

    Wtedy odezwał się pan radca.

- Panie Adamie, doradztwo doradztwem, ale to przecież pańska osobistą zasługą jest zatrudnienie tej młodej pary, która jak nic, zwróciłaby się po zasiłek, bo miejsc pracy u nas tyle ile wody na pustyni.

- Owszem, zatrudniłem, ale głównie dzięki temu, że to sami panowie napędzają klientów do kawiarenki.

Radca Krach roześmiał się serdecznie.

- Czyżby? A może to dzięki naszemu pismu, naszym pozostałym przyjaciołom, ale też dzięki pana udatnym pomysłom, jak ten z prelekcją o sztuce pana profesora, po której do dnia dzisiejszego Gauguiny na ścianach wiszą..

- Niechże i tak będzie - wyrzekł Adam i przyjaciele skubnęli po kieliszku jarzębiakowej wódeczki, czym błogie w trzewiach swoich poczynili ukontentowanie.

    W dalszym ciągu rozmowy panowie wciąż bez zazdrości wymieniali pomiędzy sobą pochwały, a zadaniem chwalonego było ową pochwałę ze skromnością pomniejszać.

    Później konwersacja potoczyła się wokół Naszego Głosu, pisma, które wciąż na popularności zyskiwało, tudzież o planowanej od dawna wspólnej do Ciżemek wyprawy, gdzie łąka, woda i lasek w sam raz na letnie upały. Pan Adam napomknął jeszcze o rozważanym wespół z panem profesorem plenerze, co spotkało się z inżyniera Beka, bogatego nie tylko w kulinarne, lecz również w artystyczne talenty aprobatą, a pan radca Krach w tajemniczy sposób zapowiedział swoje najnowsze plany, których wprawdzie jeszcze dziś nie zdradzi, lecz z pewnością powiadomi o nich koleżeństwo o nich, gdy tylko nabiorą prawnej i realnej mocy.

    Byliby towarzysze pana Kracha na żywca jego język z gardła wyrwali, aby wyszeptał kilka dalszych słów o projekcie, lecz tymczasem w zacienionej, kawiarenkowej sali pojawił się we własnej postaci na wpół zdyszany doktor Koteńko, który wbrew naturze swojej dobiegł do stolika, pochwycił oczekujący go kieliszeczek jarzębiaku, odważnie uniósł go i skorzystał jednym haustem z jego zawartości, powstrzymując się od popitki.

- Trafiłem, panowie, trafiłem z diagnozą! - wykrzyknął, budząc w przyjaciołach odruch konsternacji.

- A teraz, bardzo was proszę, przyjaciele, pozwólcie mi zagrać - uprosił władczo podochocony pan doktor - To będzie scherzo Chopina - dodał i podał też numer, lecz żaden z przyjaciół od degustacji jarzębiaku nie miał prawa numeru żartu zapamiętać, gdyż umysł ich po kilku kieliszkach począł krążyć w barwnej, a kojącej zmysły krainie wyobraźni.


[20.10.2021, T.]



2 komentarze:

  1. Nie pomogą wolontariusze ani znajomości, jeśli organizator wszystkiego nie dopilnuje i dobrą energią nie natchnie!

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... to prawda, ale czasami, jak to mówią, udaje mu się zapłodnić pozostałych, idących w podobnym kierunku...

      Usuń