ROZDZIAŁ
44. FIODOR I PANI GASPARIN
(w
którym poznajemy przyjaciela Wołodii, Fiodora oraz jego żonę,
szwajcarską kreatorkę mody, którzy to państwo zamierzając
zainwestować w gorące źródła leżące dotąd odłogiem w
Ciżemkach)
-
Tak, cały czas byłem obecny przy tej rozmowie - radca Krach tym
razem zabielił kawę mlekiem, aby towarzyszyć Staremu Pisarzowi w
konsumpcji jego mleczka.
-
I jak pan to wszystko ocenia? Czy nie są to mrzonki?
-
Ten Fiodor to bardzo zacny człowiek, przyjacielu. Wprawdzie
psychologiem nie jestem, ale jakoś tak szczerze mu z oczu patrzy.
-
Oby.
-
Widzisz, przyjacielu, mnie ta sprawa tak się przedstawia, że
Wołodia i Fiodor starszy od niego o lat kilkanaście, to tak jakby
braćmi rodzonymi byli. Aż trudno uwierzyć w taką więź.
-
Wszakże mówi się - rzekł ostrożnie stary pisarz - że ten Fiodor
ma do zawdzięczenia Wołodii życie.
-
Tak, to prawda. Ja nie chcę dochodzić, jak to się stało i nie
pytam. Wołodia zechce, to i w szczegółach opowie. Ale wiesz,
przyjacielu, nawet pomiędzy rodzeństwem, małżonkami, pomiędzy
przyjaciółmi, nie zawsze siła postanowień tak silną jest, że
upływem czasu jej nie ruszysz. Tak to jest, Pisarzu… Fiodor mówi
tak: - Choćbym miał jeszcze raz w swoim życiu stać się nikim, to
twojej prośbie nie odmówię, bo nikt inny tylko ty z nicości
przywrócił mnie do życia, a kiedy tak jak ja czeka się na śmierć
swoją, w odosobnieniu, na wygnaniu, to ma się tyle czasu do
przemyśleń, do naprawienia i własnego i cudzego życia, że
grzech, aby zaniechać naprawy świata...” Mnie te słowa,
przyjacielu, poruszyły bardzo. I popatrz - radca Krach ciągnął
wątek jak najbardziej poważnie - po tym oswobodzeniu Fiodor zbiera
manele i wyjeżdża do Szwajcarii, wybiera z banku pieniądze, czy z
kombinacji jakich - nie wiem, nie mnie to rozsądzać, wynajmuje
skromne mieszkanko pod Lozanną i w jednej z hotelowych restauracji
spotyka się Nicol, która akurat w tym hotelu miała pokaz swoich
wieczornych kreacji. Podobno nazwisko Gasparin, tej od sukien, perfum
i biżuterii wiele znaczy we Włoszech, Szwajcarii czy Francji. I
nagle przysiadła się do jego stolika, a właściwe on do jej
stolika się przysiadł, przypadkowo, nawet kelner interweniował,
delikatnie, taktownie, że to stolik dla pani Gasparin przygotowany,
lecz ona, gdy tylko zauważyła tę przepychankę słowną, uspokoiła
kelnera, tłumacząc, że ten a ten pan jest jej gościem, więc
niech skorzysta z uprzejmości i wspólnie zje z nią kolację, a
przy okazji oceni, jak modelki prezentują się na wybiegu. On
oczywiście najpierw przeprosił za niezręczność, potem skorzystał
z zaproszenia na kolację, obejrzał pokaz, pochwalił i w końcu
zapłacił za ten kolacyjny wieczór, choć się wzbraniała… no i
stanęło na tym, że raz, drugi spotkali się w Szwajcarii i dwa
razy we Włoszech, w Bolonii, i słowo do słowa, Pani Nicol
Gasparin, zacięta przeciwniczka instytucji małżeństwa wydała się
za Fiodora, nie wiedząc jeszcze o tym, że ten całkiem spore wiano
wnosi w ten związek, a już najmniej znała jego przeszłość, jego
wygnanie i uwięzienie, oraz tego, kto przyczynił się do jego
uwolnienia, do zmiany wyroku, do wyjazdu, do otwarcia innego życia
na obczyźnie.
Później
opowiedział jej o wszystkim, o swoim życiu, w którym bogactwo
przeplatało się z nędzą, nawet z utratą wiary w przyszłość i
boga. Po tych wyznaniach pani Gasparin zaprezentowała rosyjskiego, o
słowiańskim spojrzeniu i dumie męża swojemu środowisku, a
wprowadziła go odważnie, nie tylnymi drzwiami, oświadczając z
godnością, że biżuteryjnym wątkiem jej arystokratycznego biznesu
zajmie się teraz Fiodor Orłow… a jak Orłow do Gasparin pasuje…
wiadomo, że świat wielkiej mody podatny jest na takie koligacje,
pyszni się nowymi nazwami… nadto to Rosjanin, a tych, pomimo
politycznych zawirowań, ceni się w świecie, choć może bardziej
świat interesuje się zawartością portfela nuworysza takiego w
branży. Kolejna sprawa, która nie obeszła uwadze środowiska to
fakt, że Fiodor po prawdzie nie był dysydentem, był raczej ofiarą
spisku, na szczęście ofiara byłą i pomszczoną. No i tak,
przyjacielu, przez te cztery lata ciągną swój biznes i nawet
dziecka się dochowali, a Nicol, choć macierzyństwu przeciwna była
niemal tak samo jak małżeństwu, doszła do wniosku, że stać ją
na roczny urlop od szafirów i brylantów, na ucieczkę od tych
maskarad, niewyspań, wybiegów, wywiadów, reklam i spotkań
towarzysko-biznesowych, oddając berło pierwszeństwa Fiodorowi,
który bogatych nuworyszy z Rosji, Ukrainy i Kazachstanu naspraszał
na pokazy i zainteresował nie na żarty tym, co dom mody „Gasparin”
oferuje, doprowadzając do gwałtownego wzrostu sprzedaży akcesoriów
firmowanych nazwiskiem swej żony.
- A
pani Gasparin, przyjacielu - kontynuował pan radca - jest wprawdzie
wielką światową damą, lecz w obejściu nadzwyczaj normalną jest
kobietą. Już choćby ten fakt, że przebywając u nas i u Wołodii,
przyjechała z dzieckiem, Joelem, bez niańki, podobno Fiodor domagał
się, aby do Polski, do Wołodii przyjechali jak rodzina do rodziny,
bez szumnych zapowiedzi, i udało się, nikt o ich podróży nie wie,
póki co udał się ją zatrzymać w wielkiej tajemnicy. Co ci
jeszcze powiedzieć? Otóż pani Gasparin z zapałem podeszła do
planów, wiedząc wszakże, że ich oboje stać zarówno na opłacanie
firmy, co zajmie się odwiertami, jak i też na budowę sanatorium,
lecz, ku naszemu ogólnemu zdziwieniu zastrzegła sobie, że…
przytoczę teraz jej słowa…
-
Jeśli w końcu postawicie ten przybytek, to zachowajcie po wsze
czasy jeden porządny dla mnie i dla męża pokój. Niech i my mamy
tutaj, w dalekim kraju coś własnego.
Wszyscy
zaskoczeni byli tak skromnym, w rzeczy samej, żądaniem, a Wołodia
to wręcz oświadczył, że nie wyobraża sobie, aby takiego
apartamentu państwu Orłowom nie wyznaczyć, bo byłaby to wręcz
zniewaga. W
ogóle pani Gasparin zachwycona była Ciżemkami i okolicą, choć na
mierną trafili pogodę, lecz zdołała jeszcze w dzień pogodniejszy
pojeździć sobie na koniku Joanny i Piotra, bo Nicol od późnego
dzieciństwa lubi konne wycieczki. Obiecała też nam wszystkim, że
niezależnie od tego w jakim tempie przebiegną prace, ona koniecznie
do Ciżemek przyjedzie z Joelem, choćby na tydzień, bo żyje tak
bardzo intensywnie, że chyba zasługuje na odpoczynek w takim
miejscu, gdzie jej jeszcze nie znają.
Obaj
panowie wypili swoje ciepłe napoje. Zamówili jeszcze herbatkę z
cytryną i pączki, aby wyjść tego dnia ze słodkością na
podniebieniu.
-
A zatem, Pisarzu - kończył swoją opowieść radca Krach - po tym,
co usłyszałem i podczas tej rozmowy i innych, po niej
następujących, nabieram przekonania, że to, co naszym pobożnym
życzeniem było, nabierze już niedługo rzeczywistych kształtów,
a ja osobiście czuwam teraz nad transakcją, czyli zakupem przez
Wołodię (tak po prawdzie to przez moją córkę) ziemi, która
stanie się zaczynem inwestycji, o której wszyscy marzymy, prawda?
-
Tak panie radco. Wszyscy marzymy o tym przedsięwzięciu i chętnie
bym o tym szerzej napisał, ale, jak rozumiem, na dzisiaj jeszcze nie
pora.
-
Nie pora - potwierdził radca Krach - ale trzeba trzymać rękę na
pulsie.
{napisano
dnia dwudziestego lutego roku 2016, Kitzingen w Niemczech}
[17.04.2022, Toruń]