Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

23 kwietnia 2022

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (684 – 685) OSOBA UPOŚLEDZONA. A, TAM CICHO BYĆ...

 



684.

Według serwisu https://www.hellozdrowie.pl/ … za którym w sumie nie przepadam

debilizm to choroba oznaczająca upośledzenie umysłowe w stopniu lekkim, najczęściej odnosząca się do osób o wskaźniku IQ w przedziale od 69 do 55 punktów,

imbecylizm to choroba wskazująca na upośledzenie w stopniu średnim, określa osoby o IQ na poziomie od 54 do 35 punktów,

idiotyzm to upośledzenie w stopniu ciężkim, gdzie poziom IQ danej osoby wynosi poniżej 35 punktów. Osoby określane idiotami zatrzymują się na stałym poziomie umysłowym dziecka około sześcioletniego.

Mam nieszczęście do tej trzeciej… definicji.

W moich dawniejszych czasach mówiło się o „szczycie bezczelności”, który polegał na tym, że osoba X „nastolcowała” przed drzwiami Y, po czym grzecznie zapukała i poprosiła o papier.

Tak w życiu bywa. Głupcy ponoć rodzą się sami, nikt ich nie sieje. Mądry zrozumie po jednym słowie, idiota nie pojmie w czym rzecz po tysiącu. Możesz prosić, błagać, krzyczeć – idiota nie zrozumie. Zachowanie anormalne to dla niego standard. Aby zrozumieć zachowanie idioty, trzeba by nim być, a ja do tego nijakich kompetencji nie mam.

685.

Teodor to dosyć oryginalne imię, takie trochę staroświeckie, ale jego właściciel jest bardzo do przodu… z techniką, Internetem i w ogóle. Nad ranem oczy ma jak dawne dziesięciozłotówki z Kopernikiem. Nie chciałoby mi się tak jak on. Całkiem przypadkowo spotykamy się i od słowa do słowa mówię mu, że czasami warto by wiedzieć z kim ja tam w sieci rozmawiam, skąd jakaś tam duszyczka do mnie przemawia.

- A po co ci to? - pyta.

- Po nic. Ja tylko tak sobie, z ciekawości.

- Do piekła pójdziesz.

- Nie wybieram się jeszcze – odpowiadam, ale przy okazji – faktycznie chciałem sprawdzić Teodora, czy naprawdę potrafi namierzyć delikwenta – podsuwam mu pewne zadanie. Wycofuję się, robię dla nas obu kawę. - A nuż – myślę sobie – zapeszę swoją obecnością?

Trwa to tyle, ile zagotowanie wody w czajniku elektrycznym, wsypanie granulatu Tchibo i zalanie go wrzątkiem. Zachodzę do niego z tacą, a na niej ustawione buchające parą filiżanki (pijemy kawę bez cukru).

- Gotowe, a w tym folderze zostawiłem ci ten adres IP – mówi.

- No tak, czyli będę wiedział, kto pod nim figuruje?

- Niedokładnie. Z tego adresu może korzystać nie tylko jedna osoba, ale generalnie będziesz wiedział, skąd ta osoba nadaje, bo urządzenie, z którego korzysta ma przypisany ten adres.

- Czyli mogę się pomylić o jedno biurko? - zapytuję.

Uśmiecha się, bo wie, do czego piję. Przypomina mi się ten fragment monologu nieodżałowanego Smolenia:

[…] Teraz z dziadkiem kupiliśmy se „Młodego technika” i na podwórzu pershinga stawiamy. Mówię ci, jak pieprznę, to się mogę o jedno biurko pomylić […]”

- Czyli, gdybym zapodał gdzie trzeba, można zidentyfikować osobnika?

- Oczywiście – odpowiada. - W Internecie tylko pozornie człowiek jest niewidzialny. A zależy ci na identyfikacji?

- Absolutnie nie. Chciałem cię sprawdzić, Teodorze, czy potrafisz.

Teodor niemal zachłystuje się pierwszym łykiem gorącej kawy. Nie wierzy mi.

I słusznie.


[23.04.2022, Toruń]


21 kwietnia 2022

FILMY (10) SZATAN Z SIÓDMEJ KLASY

 

Stanisław Milski (profesor Gąsowski)


    Jest to jeden z tych filmów, które nigdy mi się nie znudzą. Mógłbym go oglądać codziennie. Mam oczywiście na myśli tę pierwszą wersję w reżyserii Marii Kaniewskiej i z udziałem takich świetnych aktorów jak Stanisław Milski, Pola Raksa czy Józef Skwark.

    Warto przypomnieć, że scenariusz został oparty na podstawie świetnej powieści dla młodzieży i jest to na poły kryminalna, na poły przygodowa z domieszką akcentów historycznych opowieść tocząca się podczas wakacji w starym pałacu, gdzieś z dala od ruchliwych miast. Siedemnastoletni Adaś Cisowski, "Szatanem" z racji na swoje zdolności detektywistyczne wpada na trop skarbu, ukrytego gdzieś w okolicy pałacu przez żołnierza napoleońskiego. O skarbie wie również szajka przestępców, którzy pragną wykorzystać spostrzegawczość i intuicję głównego bohatera filmu, aby ów skarb zdobyć dla siebie.

    Jakkolwiek fabuła filmu trąci myszką pomimo tego, że reżyserka uwspółcześniła akcję przenosząc ją z międzywojnia do okresu powojennego, to tę opowieść filmową ogląda się znakomicie, bohaterowie potraktowani są ciepło, z przymrużeniem oka, co nawet dotyczy herszta bandy granego przez Mieczysława Czechowicza.

    I właśnie o jakości filmu zadecydowała prócz scenariusza i reżyserii obsada aktorska. Maria Kaniewska „wydobyła” dla potrzeb filmu Polę Raksę i Józefa Skwarka. Aż nie do uwierzenia, że dla ich obojga były to pierwsze, debiutanckie rola w filmie, natomiast Stanisław Milski w roli roztargnionego, lecz niezwykle sympatycznego profesora był znakomity, jak zresztą w wielu innych mniej lub bardziej istotnych spotkaniach z filmem.

    Szatana z siódmej klasy” traktuję sentymentalnie także z tego powodu, że znam wszystkie obiekty, gdzie odbywała się akcja filmy, w tym jeziorze kąpałem się i łowiłem ryby, a zatem nastąpił w moim wykonaniu swoisty powrót do przeszłości.

Szatan z siódmej klasy

Rok produkcji: 1960

Premiera: 1960. 11. 25

Lokacje: Płock (kamienice Nr 7 i 9 przy Starym Rynku, Ratusz, skarpa wiślana, ul. Piekarska, Dom pod Trąbami przy ul. Mostowej 1), Łąck (Pałac Fuhrmana), Jezioro Łąckie Duże.

Reżyseria - Maria Kaniewska

Scenariusz - Maria Kaniewska i Roman Niewiarowicz na podstawie powieści Kornela Makuszyńskiego

Obsada:

Józef Skwark - Adam Cisowski

Stanisław Milski - profesor Karol Gąsowski, nauczyciel Adama

Pola Raksa - Wanda, bratanica profesora Gąsowskiego

Krystyna Karkowska - pani Ewa, matka Wandy

Kazimierz Wichniarz - Iwo Gąsowski, ojciec Wandy, konserwator zabytków

Ryszard Ronczewski - Francuz

Mieczysław Czechowicz - bandyta podający się za malarza Werycho

Zdzisław Lubelski - chłop "Garbus", wspólnik bandytów

Czesław Lasota - "Chudy", wspólnik "malarza"

Ryszard Barycz - Camil de Berier, oficer napoleoński

Jerzy Walden - żołnierz napoleoński

Janusz Kłosiński - Żegota, właściciel pałacu

Ludwik Halicz - Hajduczek

Aleksander Benczak - milicjant

Aleksander Fogiel - ksiądz

Janina Martini - matka Adama

Janusz Mazanek - ojciec Adama

Marian Beczkowski - uczeń

Stanisław Bieliński - bibliotekarz Rozbicki

Maciej Damięcki uczeń - harcerz Kazik

Jerzy Hołociński - brat nauczycielki na półkolonii

Andrzej Jurczak - uczeń - harcerz

Jerzy Kozłowski - nie występuje w napisach

Krzysztof Krawczyk - harcerz

Jan Paweł Kruk - uczeń - harcerz

Jerzy Łapiński - uczeń; nie występuje w napisach

Danuta Mniewska - nauczycielka na półkolonii

Andrzej Mrozek - uczeń

Tadeusz Ordeyg - służący Józef

Małgorzata Piekarska - Basia, siostra Adama

Leonard Pietraszak - uczeń

Jerzy Walczak - pacjent

Roman Załuski - uczeń


Józef Skwark (Szatan) i Stanisław Milski (profesor Gąsowski)


Pola Raksa (Wanda) i Józef Skwark (Adam Cisowski)

[21.04.2022, Toruń]




WE FRAGMENTACH - TADEUSZ RÓŻEWICZ - NOWA SZKOŁA FILOZOFICZNA

 

Andrzej Wróblewski (1927 - 1957)
"Rozstrzelanie VIII (surrealistyczne)"


Myślę że twórczość prozatorska Tadeusza Różewicza nie jest doceniana, a szkoda. Przytoczony poniżej fragment tekstu obrazuje stan, w jakim znalazł się narrator już po zakończeniu drugiej wojny światowej, kiedy próbował sobie ułożyć życie na nowo, lecz wciąż znajdował się pod presją wydarzeń wojennych. Z jednej strony cieszy go swoboda i możliwość decydowania o swoim losie, z drugiej strony męczą go wizje braku pożywienia oraz lęk przed tym, że po powrocie z podróży zobaczy „ścianę z powypalanymi oknami.

W tym fragmencie Różewicz odkurza prawdę o tym, że łatwo jest zabić człowieka z pewnej odległości, że każdego mężczyznę na to stać, kiedy dostanie rozkaz i nie będzie musiał czuć na swych dłoniach krwi ofiary. Dlatego na wojnie łatwiej jest zabijać – gdy ofiara nie patrzy zabójcy w oczy.



NOWA SZKOŁA FILOFOFICZNA

[…] Zadaję sobie pewne pytania i udzielam szczerych odpowiedzi. Może te rozmyślania studenta wydziału humanistycznego pozwolą różnym psychologom, socjologom, teologom i innym uczonym dokładniej zorientować się w świecie, w którym teraz żyjemy. Jestem jednym z was, jestem też człowiekiem. Mówiąc zresztą szczerze, zetknąłem się z różnymi ludźmi, którzy byli gorsi ode mnie. Jestem przeciętnym młodym człowiekiem, który miał osiemnaście lat, kiedy wybuchła druga wojna światowa. Teraz leżałem u siebie w pokoju na łóżku i myślałem. Myślałem o tym, że gdyby ustawiono w odległości stu metrów tłum ludzi, w tym „starców, kobiety i dzieci", gdyby mi dano karabin maszynowy i kazano tych ludzi wystrzelać, zrobiłbym to nie pytając o nic. Wystarczyłoby mi, że polecenie wydał przełożony. Że ma na sobie mundur. Mnie się zdaje, że hitlerowcy byli mordercami, ale i my, ich ofiary, z oporem i bez własnej woli, zamienialiśmy się w morderców. Posiałbym więc kilka długich serii po tych „starcach, kobietach, dzieciach" i koniec. Myślę, że z większej odległości można wybić masę ludzi bez mdłości i zawrotów głowy...

Lotnicy, którzy wygniatali całe miasta, odznaczali się przecież wśród innych żołnierzy pewną elegancją i rycerskością.

Jest to więc w pewnym sensie problem odległości oprawcy od ofiary. Chodzi o to, aby krew nie obryzgała rąk i żeby nasze nogi nie plątały się we wnętrznościach ofiary. Są to raczej problemy estetyczne, higieniczne. Oczywiście nie każdy jest zdolny do walki na bagnety, do zadawania tortur. Ale każdy normalny mężczyzna jest zdolny do zadawania śmierci z pewnej odległości. Rozdzieranie własnoręcznie małego dziecka to zupełnie co innego niż strzał z odległości kilkuset metrów. Zresztą w najbardziej pokojowych czasach żony ćwiartują mężów i roznoszą ich poćwiartowane ciała w walizkach po dworcach kolejowych, poczekalniach i kinach. Więc może i z tą wojną nie należy przesadzać. Może w tym wszystkim chodzi o litość, nie o jakość.

Teraz mogę dalej opowiadać o sobie. Leżałem w ubraniu na łóżku i myślałem o tym, że tu stoją różne meble, leżą książki, wiszą obrazy, ale to wszystko nie ma sensu. Ja też tu leżę i też nie mam sensu. Jak tylko przestanę jeść, myć się, czytać, rozmawiać, kupować, to co mam ze sobą robić? Szkoda, że nie potrafię tego wyrazić jaśniej. Może z dalszego opowiadania to wszystko samo wyniknie.

Teraz leżę na łóżku. Ale jak leżę? Leżę tak intensywnie, tak czuję w sobie to leżenie, że zrastam się z łóżkiem w jedno. Cieszę się i rozkoszuję tym leżeniem. Przekręciłem klucz w zamku, zapaliłem lampkę przysłoniętą kapturem ze starej gazety. Nikt do mnie nie przyjdzie, nikt mnie nie wyrzuci z łóżka, nikt mi nie każe iść w ciemność i deszcz. Nikt mnie nie będzie kopał, bił po twarzy. Mogę sobie leżeć tutaj godzinę, dwie, pięć. Potem wstanę i będę jadł. Gorące, soczyste parówki. Teraz grzeją się w rondelku. Nikt mi nie odbierze parówek, chleba, herbaty. Dwie parówki połknąłem, rzuciłem się na nie, drugie dwie smakowałem, ssałem sosik. Do północy mogę zjeść jeszcze tuzin parówek. A jutro mogę znów kupić wędliny, bułek, owocowego wina. Mogę się zamknąć i jeść, i leżeć, i czytać starą gazetę, w którą obłożona była jakaś książka. Okazuje się nagle, że wiadomości sprzed roku są równie ciekawe jak z ostatniego dnia. A może nawet bardziej interesujące. Okazuje się, że wydarzenia są pozorne. Wszystko się zatrzymało. Jak to dobrze. Umarli są pogrzebani. Żywi już nie umierają. Może nigdy nie będą umierać. Tam na dole, w stołówce, można jeszcze porozmawiać z kucharką, z dziewczynami, które sprzątają. Można się pośmiać. […]

Siedzę w swojej norce. Leżę na łóżku i czytam starą gazetę. Przymykam oczy i myślę o tym, czy mam jeszcze jakieś pragnienia. Nie mam życzeń. Jedno: aby mi tu nikt nie wlazł. Chcę tak leżeć. Nie chcę jechać ani do Ameryki, ani na księżyc. Nie chcę iść na operę, nie chcę rozmawiać w kawiarni, nie chcę być królem ani aktorem filmowym. Nic nie chcę. Jest mi tak dobrze, że nawet nie czuję swego istnienia. Mogę teraz być bez walki o swoje istnienie. Mam mieszkanie, jedzenie, ubranie, łóżko, piec, drewno za piecem. Pod wieczór wyszedłem po te parówki. Biegłem z nimi do domu jak pies, co z mięsem w pysku ucieka przed rzeźnikiem. Ciągle mam w sobie wielką radość, kiedy zdobędę jedzenie. Ciągle boję się, że zabraknie jedzenia, że mój dom się zawalił. Kiedy wracam z podróży do domu, jestem przestraszony; boję się, że zobaczę ścianę z wypalonymi oknami albo kupę gruzu i splątanych rur. [...]


[21.04.2022, Toruń]


20 kwietnia 2022

WERSETY (7) AWARIA

 




AWARIA


Coś stało się nad ranem

uprzedniego dnia

zagwizdała para

płosząc ptaki które nie odleciały

do ciepłych krajów



Przyszli po niego

wstał na równe nogi

awaria zdjęła z jego oczu resztki snu

poszedł z bułką posmarowaną smalcem

szybko szybko nie ma czasu



Czekała wpatrując się

w ciemne okno nocy

za którym świszcząca para

nie dawała spać

nawet książka nie smakowała oczom



Ogłuchła poderwała się z tej ciszy

wstawiła garnek do komory pieca

współczesna Penelopa moja matka

czekała na niego

aż przyjdzie zmęczony



Że nic tylko położyć się

zasnąć snem kamiennym byle gdzie

i nieprędko wstać

koniecznie nie budzić

chodzić na palcach.



Przygrzałam ci jedz

popatrzę tylko i pójdę się położyć

co ty taki szczęśliwy

zadowolony

nie mogli się bez ciebie obejść.


[20.04.2022, Toruń]


KLASYKA - AUZONIUSZ - EPIGRAMATY





Auzoniusz Decimus Ausonius Magnus (ur. około 310 roku w Burdigali [Bordeaux - dzisiejsza Francja] zm. po roku 393) – starożytny poeta i retor rzymsko-chrześcijańsko-pogański. Znany z pisania epigramatów, dzienników, epitafiów, parantelli (wspomnień po zmarłych krewnych i profesorów Burdigali), żywotów, poematów poetyckich oraz utworów poświęconych miastom [Ordo urbium nobilium]


O swoich wierszach

Są w naszych wierszach fraszki, są poważne rzeczy,

Swą Stoik, swą Epikur osobę udaje.

Bylem wzór obyczajów dawnych miał na pieczy,

Niech skromna Muza w wolnych żartach nie ustaje.


O zmienności fortuny

Gdy stryczkiem szyję wiąże, skarb się tam objawi

Komuś; więc złoto weźmie, postronek zostawi.

Ów zaś, co skarb pochował, gdy próżne obaczy

Miejsce, wdzieje ten powróz na szyję z rozpaczy.


Z greckiego

Jeśli co dobrze czynisz, czyń prędko, bo płaci

Skutek prędki, nierychła łaska wdzięczność traci.


Do Apollina o uciekającej Dafnie

Porzuć łuk, strzały, Febie! Dożeniesz dziewoi,

Nie przed tobą ucieka, strzał się twoich boi.


O straconej kochance

Trzy Gracye były; cztery — gdy ma Lesbia żyła;

Gdy zeszła, znowu dawna liczba się wróciła.


Na ślepego i kulawego

Wisząc na ślepym, idzie chromy na dwie nodze,

Jeden wzajem drugiemu wygadza w tej drodze:

Ślepy nóg kulawemu pożycza, a chromy

Oczu za nogi temu, co jest niewidomy.


[20.04.2022, Toruń]

18 kwietnia 2022

W CAŁOŚCI - ANTONI CZECHOW - NA WIOSNĘ

 

Aneta Karaś obraz olejny olej koty "Kotki wąsacze"



 ANTONI CZECHOW  -  NA WIOSNĘ

[Scena-monolg]

    Wczesny ranek. Zza dymnika ukazuje się na dachu młody kot z głęboką rysą na nosie. Przez pewien czas krzywi się pogardliwie, następnie mówi:

Oto macie przed sobą najszczęśliwszego ze śmiertelników! O, miłości! O, chwile rozkoszy! O, nawet wtedy, kiedy będę już tylko padliną, kiedy wezmą mnie za ogon i rzucą na śmietnik, nawet wtedy nie zapomnę pierwszego spotkania obok przewróconej beczki, nie zapomnę spojrzenia jej wąskich oczu, jej puszystego, aksamitnego ogona! Za jedno poruszenie tego nieziemskiego, pełnego wdzięku ogona, gotów jestem wyrzec się całego świata! Zresztą... po co wam to wszystko opowiadam? Nigdy nie rozumieliście kotów, gimnazjalistów i starych panien. Wy, ludzie, jesteście istoty nędzne i przyziemne; nie możecie patrzeć obojętnie na nasze kocie szczęście. Uśmiechacie się zawistnie i wymawiacie mi to szczęście: ,,Szczęściarze z tych kotów!" Ale nikomu z was nie przyjdzie do głowy zapytać, jaką cenę płacimy za to szczęście. Pozwólcie zatem, że opowiem wam, ile nas to szczęście kosztuje! Przekonacie się, że w pogoni za nim kot walczy, ryzykuje i cierpi bez porównania więcej niż człowiek.

    Posłuchajcie... Zwykle o dziewiątej wieczorem nasza kucharka wynosi pomyje. Wychodzę za nią i biegnę po błocie przez całe podwórko. Koty nie noszą kaloszy, przeto, chcąc nie chcąc, trzeba na całą noc wybić sobie z głowy wstręt do wilgoci. Na końcu podwórza wskakuję na płot i ostrożnie stąpam po krawędzi. Z dołu śledzi mnie złośliwie mój największy wróg, seter, który marzy, że wcześniej czy później spadnę z płotu i dam się przydybać. Potem jeden zgrabny skok i już jestem na szopie. Stąd mozolnie wspinam się po rynnie wysokiego budynku i stąpam po wąskim oślizgłym gzymsie. Z gzymsu skaczę na sąsiedni budynek. Tu, na dachu, czekają zwykle moi rywale. O, panowie, gdybyście wiedzieli, ile szram, blizn i guzów kryje się pod moją sierścią, toby wam włosy dęba stanęły! W zeszłym roku omal mi oko nie wypłynęło, a na trzeci dzień rywale zepchnęli mnie z dwupiętrowego budynku. Ale wróćmy do tematu.

    Zaczynam śpiewać. My, koty, jesteśmy teoretykami muzyki; trzymamy się nowej szkoły i uważamy się za jej założycieli: nie troszczymy się o melodię, tylko staramy się śpiewać głośno i długo. Pospolity mieszczuch to kiepski teoretyk, toteż nie dziw, że nie rozumie naszego śpiewu: rzuca w nas kamieniami, miotłami, wylewa na nas pomyje i szczuje nas psami. Śpiewam tak ze trzy godziny, a czasem dłużej, aż do chwili, kiedy wiatr przyniesie mi pieszczotliwe, zachęcające ,,miau". Rzucam się na ten zew jak błyskawica i następuje spotkanie z nią...

    Nasze kotki, zwłaszcza te ze składów herbaty, są nader cnotliwe. Żeby nie wiem jak kochały, nigdy nie ulegną bez sprzeciwu. Trzeba dużo uporu i silnej woli, żeby dopiąć celu. Kotka syczy, drapie ci nos, robi kokieteryjne miny… Kiedy w jej obecności rywale spuszczają ci lanie, kotka mruczy, rusza wąsami i ucieka przez dachy i płoty. Straszliwa mordęga, tak że chwila rozkoszy następuje zwykle dopiero o czwartej lub piątej nad ranem. Teraz już wiecie, ile mnie to szczęście kosztuje.

(Zadziera ogon do góry i z godnością maszeruje dalej.)


[18.04.2022, Toruń]


ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (680 – 683) SŁOŃCE I CHŁÓD. DNI POWSZEDNIE. ZNIECHĘCENIE. WOLNE.

 

Kadr z filmu "Ich dzień powszedni" (1963) A. Ścibor-Rylskiego
Pola Raksa i Zbigniew Cybulski


680.

Troszeczkę popadało i od razu zażółciło się seledynową zielonością, płochą jeszcze i niedostatecznie zorganizowaną. Gdzieniegdzie forsycja i dereń daleko od okna mojego pokoju wdziera się płatami w tę pierwszą zieleń tegorocznej słonecznej, aczkolwiek nie dość ciepłej wiosny. Na zaokiennym parapecie tymczasem w ptasiej stołówce mijają się gołębie ze srokami. Ptaki przestały się lękać, gdyż wiedzą, że podsypuję im a to ziaren, to znów gotowanych ziemniaków albo płatków owsianych. Coś mi się wydaję, że gołębie zaprzyjaźnią się z tym miejscem na dłużej – tak mają.

W te chłodne, by nie powiedzieć zimne noce, wnętrze mieszkania ocieplone jest tym, co pozostało z dziennego nasłonecznienia trzech pomieszczeń. Z przyjemnością obserwuję każdego dnia jak słońce po zachodniej stronie mieszkania stoi coraz wyżej, przewyższając szczyty pobliskich bloków, podczas gdy w lutym szybko kryło się za prostymi dachami budynków.

681.

Święta nie są dla mnie świętami. Tak już jest od paręnastu lat. To zwykłe, powszednie dni wyróżniające się tym, że na ten czas należy kupić trochę więcej chleba, żeby go nie zbrakło, bo chleba nie powinno zabraknąć. Owszem składam życzenia świąteczne, bo tak wypada oraz mam świadomość, że dla kogoś mogą one jeszcze coś znaczyć, więc czemu miałbym wyłamać się z tej tradycji, a dla kogoś wychowanego w tradycji chrześcijańskiej świadomość ważności tych świąt jest istotna, nawet jeśli piszący te słowa stracił wiarę w sens lub ten sens obchodzi go dookoła, zostawiając go na pastwę losu.

W ogóle wydaje mi się, że w „moim królestwie” panuje tymczasowość, że życie podąża swoim torem, a ja szczęśliwie uczepiłem się poręczy ostatniego wagonu, chwyciłem klamkę, otworzyłem pośpiesznie drzwi i przysiadłem w na korytarzu, przysiadłem na takim ruchomym, sprężynującym stołeczku gdzieś pośrodku przestrzeni pomiędzy oknami. Na tę chwilę nie umiem inaczej określić tej mojej życiowej tymczasowości, no może jeszcze to, że wcale nie jestem zadowolony, że pociąg podąża w tę akurat stronę, a nie inną.

682.

Coraz mniej pasjonują mnie polityczne tematy, a właściwie to przestałem zabierać głos na ich temat. Wyczuwam bowiem jedną wielką manipulację, ściemę i z politowaniem patrzę na to, jak ludzie umieją się nabierać na to cokolwiek jest im przekazywane. Nie dziwię się, że w tym porąbanym jak kości wieprzowe u rzeźnika świecie występuje poseł, który stawia wniosek formalny o odśpiewanie podczas obrad hymnu Unii Europejskiej, a gdzie indziej jakaś pani radna śpiewa „Bogurodzicę”. Nie dziwi mnie to, że w ikonkach stacji telewizyjnych od ponad 50-ciu dni występują niebiesko-żólte barwy Ukrainy, a polskie, biało-czerwone ukazuję się jedynie w okolicach naszych świąt narodowych. Zachodzę w głowę jakaż to ogromna cegła musiała spaść na głowę Putina, aby dokonać czegoś, wydawałoby się, niemożliwego – pokłócić się z całym światem i zbliżać się galopem do osiągnięcia ekonomicznego dnia. Zadałbym mu pytanie, czy te dwa i pół miliona Ukraińców, które uciekły przed waleczną armią rosyjską to faszyści, bo podobno car Rosji wypowiada się, że walczy z faszystami właśnie. Z drugiej strony jako sceptyk od urodzenia nie daję wiary w słowa prezydenta Ukrainy, który za wszelką cenę stara się umiędzynarodowić konflikt, doprowadzając do światowej wojny. Całe szczęście, że Waszyngton, póki co, nie łapie się na te słówka jak nasz wódz… no chyba, że jest to strategia uzgodniona z Amerykanami. Niech mnie kto rzuci kamieniem, ale powiem, że jakoś mi się nie uśmiecha umierać za Kijów, podobnie zresztą jak nie uśmiechało się Ukraińcom umierać onegdaj za Gdańsk. Cynizm to z mojej strony? A może rozsądek?

683.

Mimo wszystko przydały mi się te dwa dni. Odpoczywam. Nawet przesadnie, bo wczoraj wstałem o 11-tej. Mając trochę wolnego sięgnąłem po publicystyczne teksty Prusa z tomu pierwszego „To i owo”, zacząłem „Meira Ezofowicza” Orzeszkowej, kontynuuję czytanie opowiadań Różewicza, a zerkam też na „Bunt mas” Ortegi y Gasseta. Porządkuję też swój komputerek, bo nagromadziłem w nim mnóstwo potrzebnych i mniej na dzisiaj potrzebnych plików, na co nie miałem dotąd czasu.


[18.04.2022]


17 kwietnia 2022

SZTUKA - MICHAŁ ANDRIOLLI - ORZESZKOWA - MEIR EZOFOWICZ

 

Przy okazji czytania "Meira Ezofowicza" Elizy Orzeszkowej natrafiłem na ilustracje Michała Elwiro Androliiego (1836 - 1893). Ta powieść z rysunkami naszego wybitnego ilustratora wyszła nakładem S. Lewentala w Warszawie 1879 roku. Książki z ilustracjami w XIX wieku nie należały do rzadkości, a sam Andriolli upiększał swoimi grafikami "Pana Tadeusza", "Konrada Wallenroda", "Marię" Malczewskiego czy Lillę Wenedę" Słowackiego. Znany był Andriolli z ilustracji zamieszczanych w w tygodnikach jakie funkcjonowały na ziemiach polskich w II połowie XIX wieku (tygodnikom tym poświęcę miejsce w kawiarence), jak i też np. rysował na łamach sławnych francuskich tytułów, takich jak "Le Monde" i "Le Figaro". W tym odcinku ilustracje pochodzące ze wspomnianej książki autorstwa Elizy Orzeszkowej.


Michał Ezofowicz


Narada Hersza Ezofowicza z Butrymowiczem


U Eliezera


Meir i Gołda


Rabbi Todros


Meir, Lejbele i Szmul.


Szalbierstwo Kamionkera.


Meir ukazuje się Kalmanowi,
Abramowi i Kamionkerowi podczas
tajemnéj ich narady


Wyklęty


[17.04.2022]

KAWIARENKA - ROZDZIAŁ 44. FIODOR I PANI GASPARIN

 




ROZDZIAŁ 44. FIODOR I PANI GASPARIN

(w którym poznajemy przyjaciela Wołodii, Fiodora oraz jego żonę, szwajcarską kreatorkę mody, którzy to państwo zamierzając zainwestować w gorące źródła leżące dotąd odłogiem w Ciżemkach)


- Tak, cały czas byłem obecny przy tej rozmowie - radca Krach tym razem zabielił kawę mlekiem, aby towarzyszyć Staremu Pisarzowi w konsumpcji jego mleczka.

- I jak pan to wszystko ocenia? Czy nie są to mrzonki?

- Ten Fiodor to bardzo zacny człowiek, przyjacielu. Wprawdzie psychologiem nie jestem, ale jakoś tak szczerze mu z oczu patrzy.

- Oby.

- Widzisz, przyjacielu, mnie ta sprawa tak się przedstawia, że Wołodia i Fiodor starszy od niego o lat kilkanaście, to tak jakby braćmi rodzonymi byli. Aż trudno uwierzyć w taką więź.

- Wszakże mówi się - rzekł ostrożnie stary pisarz - że ten Fiodor ma do zawdzięczenia Wołodii życie.

- Tak, to prawda. Ja nie chcę dochodzić, jak to się stało i nie pytam. Wołodia zechce, to i w szczegółach opowie. Ale wiesz, przyjacielu, nawet pomiędzy rodzeństwem, małżonkami, pomiędzy przyjaciółmi, nie zawsze siła postanowień tak silną jest, że upływem czasu jej nie ruszysz. Tak to jest, Pisarzu… Fiodor mówi tak: - Choćbym miał jeszcze raz w swoim życiu stać się nikim, to twojej prośbie nie odmówię, bo nikt inny tylko ty z nicości przywrócił mnie do życia, a kiedy tak jak ja czeka się na śmierć swoją, w odosobnieniu, na wygnaniu, to ma się tyle czasu do przemyśleń, do naprawienia i własnego i cudzego życia, że grzech, aby zaniechać naprawy świata...” Mnie te słowa, przyjacielu, poruszyły bardzo. I popatrz - radca Krach ciągnął wątek jak najbardziej poważnie - po tym oswobodzeniu Fiodor zbiera manele i wyjeżdża do Szwajcarii, wybiera z banku pieniądze, czy z kombinacji jakich - nie wiem, nie mnie to rozsądzać, wynajmuje skromne mieszkanko pod Lozanną i w jednej z hotelowych restauracji spotyka się Nicol, która akurat w tym hotelu miała pokaz swoich wieczornych kreacji. Podobno nazwisko Gasparin, tej od sukien, perfum i biżuterii wiele znaczy we Włoszech, Szwajcarii czy Francji. I nagle przysiadła się do jego stolika, a właściwe on do jej stolika się przysiadł, przypadkowo, nawet kelner interweniował, delikatnie, taktownie, że to stolik dla pani Gasparin przygotowany, lecz ona, gdy tylko zauważyła tę przepychankę słowną, uspokoiła kelnera, tłumacząc, że ten a ten pan jest jej gościem, więc niech skorzysta z uprzejmości i wspólnie zje z nią kolację, a przy okazji oceni, jak modelki prezentują się na wybiegu. On oczywiście najpierw przeprosił za niezręczność, potem skorzystał z zaproszenia na kolację, obejrzał pokaz, pochwalił i w końcu zapłacił za ten kolacyjny wieczór, choć się wzbraniała… no i stanęło na tym, że raz, drugi spotkali się w Szwajcarii i dwa razy we Włoszech, w Bolonii, i słowo do słowa, Pani Nicol Gasparin, zacięta przeciwniczka instytucji małżeństwa wydała się za Fiodora, nie wiedząc jeszcze o tym, że ten całkiem spore wiano wnosi w ten związek, a już najmniej znała jego przeszłość, jego wygnanie i uwięzienie, oraz tego, kto przyczynił się do jego uwolnienia, do zmiany wyroku, do wyjazdu, do otwarcia innego życia na obczyźnie.

    Później opowiedział jej o wszystkim, o swoim życiu, w którym bogactwo przeplatało się z nędzą, nawet z utratą wiary w przyszłość i boga. Po tych wyznaniach pani Gasparin zaprezentowała rosyjskiego, o słowiańskim spojrzeniu i dumie męża swojemu środowisku, a wprowadziła go odważnie, nie tylnymi drzwiami, oświadczając z godnością, że biżuteryjnym wątkiem jej arystokratycznego biznesu zajmie się teraz Fiodor Orłow… a jak Orłow do Gasparin pasuje… wiadomo, że świat wielkiej mody podatny jest na takie koligacje, pyszni się nowymi nazwami… nadto to Rosjanin, a tych, pomimo politycznych zawirowań, ceni się w świecie, choć może bardziej świat interesuje się zawartością portfela nuworysza takiego w branży. Kolejna sprawa, która nie obeszła uwadze środowiska to fakt, że Fiodor po prawdzie nie był dysydentem, był raczej ofiarą spisku, na szczęście ofiara byłą i pomszczoną. No i tak, przyjacielu, przez te cztery lata ciągną swój biznes i nawet dziecka się dochowali, a Nicol, choć macierzyństwu przeciwna była niemal tak samo jak małżeństwu, doszła do wniosku, że stać ją na roczny urlop od szafirów i brylantów, na ucieczkę od tych maskarad, niewyspań, wybiegów, wywiadów, reklam i spotkań towarzysko-biznesowych, oddając berło pierwszeństwa Fiodorowi, który bogatych nuworyszy z Rosji, Ukrainy i Kazachstanu naspraszał na pokazy i zainteresował nie na żarty tym, co dom mody „Gasparin” oferuje, doprowadzając do gwałtownego wzrostu sprzedaży akcesoriów firmowanych nazwiskiem swej żony.

- A pani Gasparin, przyjacielu - kontynuował pan radca - jest wprawdzie wielką światową damą, lecz w obejściu nadzwyczaj normalną jest kobietą. Już choćby ten fakt, że przebywając u nas i u Wołodii, przyjechała z dzieckiem, Joelem, bez niańki, podobno Fiodor domagał się, aby do Polski, do Wołodii przyjechali jak rodzina do rodziny, bez szumnych zapowiedzi, i udało się, nikt o ich podróży nie wie, póki co udał się ją zatrzymać w wielkiej tajemnicy. Co ci jeszcze powiedzieć? Otóż pani Gasparin z zapałem podeszła do planów, wiedząc wszakże, że ich oboje stać zarówno na opłacanie firmy, co zajmie się odwiertami, jak i też na budowę sanatorium, lecz, ku naszemu ogólnemu zdziwieniu zastrzegła sobie, że… przytoczę teraz jej słowa…

- Jeśli w końcu postawicie ten przybytek, to zachowajcie po wsze czasy jeden porządny dla mnie i dla męża pokój. Niech i my mamy tutaj, w dalekim kraju coś własnego.

    Wszyscy zaskoczeni byli tak skromnym, w rzeczy samej, żądaniem, a Wołodia to wręcz oświadczył, że nie wyobraża sobie, aby takiego apartamentu państwu Orłowom nie wyznaczyć, bo byłaby to wręcz zniewaga. W ogóle pani Gasparin zachwycona była Ciżemkami i okolicą, choć na mierną trafili pogodę, lecz zdołała jeszcze w dzień pogodniejszy pojeździć sobie na koniku Joanny i Piotra, bo Nicol od późnego dzieciństwa lubi konne wycieczki. Obiecała też nam wszystkim, że niezależnie od tego w jakim tempie przebiegną prace, ona koniecznie do Ciżemek przyjedzie z Joelem, choćby na tydzień, bo żyje tak bardzo intensywnie, że chyba zasługuje na odpoczynek w takim miejscu, gdzie jej jeszcze nie znają.

    Obaj panowie wypili swoje ciepłe napoje. Zamówili jeszcze herbatkę z cytryną i pączki, aby wyjść tego dnia ze słodkością na podniebieniu.

- A zatem, Pisarzu - kończył swoją opowieść radca Krach - po tym, co usłyszałem i podczas tej rozmowy i innych, po niej następujących, nabieram przekonania, że to, co naszym pobożnym życzeniem było, nabierze już niedługo rzeczywistych kształtów, a ja osobiście czuwam teraz nad transakcją, czyli zakupem przez Wołodię (tak po prawdzie to przez moją córkę) ziemi, która stanie się zaczynem inwestycji, o której wszyscy marzymy, prawda?

- Tak panie radco. Wszyscy marzymy o tym przedsięwzięciu i chętnie bym o tym szerzej napisał, ale, jak rozumiem, na dzisiaj jeszcze nie pora.

- Nie pora - potwierdził radca Krach - ale trzeba trzymać rękę na pulsie.


{napisano dnia dwudziestego lutego roku 2016, Kitzingen w Niemczech}


[17.04.2022, Toruń]