Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

28 sierpnia 2024

MEMENTO LATINAM - LECTIO SECUNDA (2)

 

LECTIO SECUNDA (2)

Koniugacje I i II

W języku łacińskim są cztery koniugacje, zależnie od tematu czasownika.

Koniugacja to odmiana czasownika przez osoby.

Temat czasownika: jest to taka część jego formy, która pozostaje niezmienna bez względu na osobę. O tym, że dana forma stanowi osobę pierwszą (ja) czy drugą (ty), stanowi końcówka.

A w jaki sposób rozpoznać, do której koniugacji należy dany czasownik? Właśnie po temacie.

W koniugacji I temat czasownika w czasie teraźniejszym kończy się na -a;

a w koniugacji II – na -e.


Koniugacja I

Do koniugacji I należą czasowniki, których temat w czasie teraźniejszym kończy się na

-a, np. “amare” – “kochać”. Od bezokolicznika odcinamy “re” i mamy temat: “ama”.

z formy ama-o zostało tylko “amo”

Do niego dodajemy końcówki.

Liczba pojedyncza

am-o (ja kocham)

ama-s (ty kochasz)

ama-t (on/ona/ono kocha)


Liczba mnoga

ama-mus (my kochamy)

ama-tis (wy kochacie)

ama-nt (oni/one kochają)


Tryb rozkazujący

ama (kochaj)

ama-te (kochajcie)


Koniugacja II

Czasownikiem koniugacji II jest np. czasownik “habere” – “mieć” –

“Habere” to bezokolicznik a jego końcówką jest -re. Po jej odcięciu poznajemy temat czasownika, czyli “habe-“. Do niego dodajemy końcówki. Końcówki w czasie teraźniejszym będą takie same dla wszystkich koniugacji.

Liczba pojedyncza

habe-o (ja mam)

habe-s (ty masz)

habe-t (on/ona/ono) ma


Liczba mnoga

habe-mus (my mamy)

habe-tis (wy macie)

habe-nt (oni/one mają)


Tryb rozkazujący

habe (czysty temat, bez końcówki – miej)

habe-te (miejcie)


Jeśli w słowniku mamy zapis “habeo, habere” lub w skrócie “habeo, ere” – wiadomo już, że czasownik ten należy do koniugacji II. Może też pojawić się zapis “habeo 2”. Numer od razu wskazuje koniugację.


Przeczenie

Jeśli chcemy zaprzeczyć czasownik w trybie oznajmującym, dodajemy do niego przeczenie “non” – “non amo” – “nie kocham”. Jest to bardziej skomplikowane w przypadku trybu rozkazującego. Takie przeczenie tworzy się w sposób następujący:

- dla liczby pojedynczej: dajemy przeczenie “noli” + bezokolicznik, czyli “noli amare” – “nie kochaj”.

- dla liczby mnogiej: dajemy przeczenie “nolite” + bezokolicznik, czyli “nolite habere” – “nie miejcie”.



[28.08.2024, Toruń]

27 sierpnia 2024

PROFESOR TUTKA (20) PROFESOR TUTKA STARA SIĘ BYĆ SPRAWIEDLIWY

 

Rejent opowiadał panom, co zaszło wczoraj w jego bliskiej rodzinie, którą odwiedził. Dzieci bawiły się «w sklep», czyli jedne sprzedawały, drugie kupowały. Dzieci ustawiły na stole szereg przedmiotów. Przedtem paru filiżankom utrąciły uszka i nazwały «towarem wysortowanym». Gdy jedno z dzieci podeszło do matki i zaproponowało jej kupno «towaru wysortowanego» po zniżonej cenie, matka, zobaczywszy filiżanki z utrąconym uszkiem, krzyknęła, przepędziła całe bractwo i zapowiedziała, że nie pójdą na obiecany film rysunkowy.

Rejent zastanawiał się nad tym, że przecież dzieci są tutaj w istocie niewinne; matka nie miała racji, aby karać dzieci i nie pokazać im filmu rysunkowego.

Odezwał się teraz Profesor Tutka.

— Opowiem panom o kobiecie, którą poznałem niegdyś i spotykałem często jako sąsiadkę. Mieszkaliśmy przy obcej rodzinie, jeden pokój ja zajmowałem, w drugim mieszkała owa pani. Pani pisała książkę. Gdy praca jej była gotowa i pięknie przepisana, pani wręczyła mi maszynopis, chcąc, abym przeczytał. Tytuł tej pracy był dość oryginalny i niekrótki: „Człowieku dorosły, chciej zrozumieć dziecko”. Autorka wykazała na wielu stronicach, jak nieraz ludzie starsi nie rozumieją dziecka; jak karzą je często niesłusznie. Słowem, zastanawiała się głęboko nad tym, nad czym zastanawiał się przed chwilą pan rejent: czy matka za utrącenie uszek przy filiżankach powinna ukarać dzieci i nie pokazać im filmu rysunkowego? Autorka nie tylko, że się nad tym zastanawiała w swej pracy, ale kazała przed ukaraniem dzieci zastanawiać się poważnie rodzicom i wychowawcom. Przy tym dawała rady cenne, chociaż, moim zdaniem, dość trudne, w rodzaju: «zanim krzykniesz gniewnie na dziecko, staraj się przedtem chociażby pięć minut rozważać w myśli, czy masz rację».

Po przeczytaniu tej pracy zostawiłem ją na swym biurku i poszedłem na miasto. W rodzinie, od której wynajmowałem pokój, było dwoje dzieci: pięcioletni chłopczyk i o rok starsza od niego dziewczynka. Zaprzyjaźniłem się z dziećmi i często wchodziły one do mego pokoju. Weszły również, gdy byłem w mieście.

Tego dnia Andrzeje obchodzili swoje imieniny; poprzedniego wieczora dzieci widziały, jak stare kobiety leją roztopiony wosk na wodę i otrzymują kształty podobne do przedmiotów, ludzi albo zwierząt. Dzieciom tak się to podobało, że wszedłszy do mego pokoju postanowiły zabawić się w ten sam sposób. Tylko że zamiast wosku użyły atramentu z kałamarza, a zamiast wody — pracy autorki.

Mówiąc nawiasem, nie przypuszczam, aby potraktowanie pracy autorki jako naczynia z wodą podyktowane było świadomą złośliwością dzieci. Zaczęły lać atrament na papier. Właśnie w tej chwili wszedłem do pokoju. Dzieci pokazały mi z zachwytem, «co wyszło». — «O, lew!» — powiedział chłopczyk. — «O, mapa!» — wykrzyknęła dziewczynka. Zobaczyłem tytuł — „Człowieku dorosły, chciej zrozumieć dziecko” — zalany atramentem. Ponieważ papier był porowaty, atrament przesączał się w głąb dalszych kartek, zaciemniając wiele cennych myśli i tak już wyrażonych w sposób niezbyt jasny.

Zapukano do drzwi: to autorka, która posłyszała, że wróciłem. «Czy już pan przeczytał?» — spytała z uśmiechem.

«Tak jest, oczywiście... ale... weszły tu dzieci i... no i... taki wypadek». Pani spojrzała na swą pracę: twarz jej zmieniła się nagle, a w oczach błysnęło coś niebezpiecznego. Wrażliwa dziewczynka, nie czekając, co będzie dalej, uciekła. Chciał za nią uciec chłopczyk, a ja — za chłopczykiem, ale pani chwyciła dziecko za kołnierz, porwała leżącą na biurku linię i — biła.

Ponieważ Profesor Tutka na tym skończył, odezwał się sędzia:

— Hm... pisała: Człowieku dorosły, chciej zrozumieć dziecko. Czy przynajmniej wytknął jej pan niekonsekwencję? Postąpiła inaczej, niż kazała postępować w książce.

— Chciałem jej wytknąć. Ale zastosowałem metodę, jaką polecała swoim czytelnikom: przed skarceniem — zastanowić się przynajmniej w ciągu pięciu minut; gdy rozważałem, a starałem się być sprawiedliwy, przyszło mi na myśl, czy nie należałoby napisać książki i dla dzieci, pod tytułem: „Dziecko! chciej zrozumieć człowieka dorosłego”.


[27.08.2024, Toruń]

KLASYKA - HORACY - DWIE PIEŚNI [23-24]

 

23. Jako sarenka za matką trwożną...

(Vitas inuleo me similis, Chloe)

Jako sarenka za matką trwożną

Uciekasz, Chloe, przede mną w bór,

Za matką, na lada szelest ostrożną,

Na lada wiatru szumiący wtór.

Matce, czy wietrzyk w wiosenny dzień

Zaszumi liściem, czyli to w krzach

Jaszczurka trawki pochyli pień,

Już bije serce, zdejmie ją strach.

Jam ci nie tygrys przecie ni lew,

Mojej się, dziewko, nie bój pogoni!

Odejdź już matki, bo ci już krew

Liczko dojrzałe dla męża płoni.

(Tłum. Włodzimierz Tetmajer)



24. Ani się wstydzi, ani nie zna końca...

(Quis desiderio sit pudor aut modus)

Ani się wstydzi, ani nie zna końca

Żałość za druhem zmarłym bolejąca.

Owo mi, słodkogłosa Melpomeno,

Płacz zanuć jeno.

Więc Kwintiliusa pojął sen niezbyty,

Choć był on cnotą, sławą znamienity,

Chociaż nie dorósł nikt mu w równej mierze

W prawdzie i wierze?

Żałobą ciężką wszyscy się okryli,

Najboleśniejszą snadź o ty, Wergili,

A próżnoć prosić, aby los on srogi

Zmieniły bogi.

Byś go przyzywał pieśni dźwięczniejszemi

Niżeli Orfeusz, nie wrócisz go ziemi.

Krew już nie wróci żywa na oblicze

Cienia zwodnicze,

Gdy go Merkury dotknie różdżką rączy

I do orszaku cichych dusz dołączy.

Żeśmy bezsilni, znieść spokojnie trzeba,

Co dały nieba.

(Tłum. Tadeusz Feliks Hahn)


[27.08.2024, Toruń]

ZAPISKI (1305) NIE JESTEM POLAKIEM, JESTEM BYDLĄTKIEM.

 

1305.

Znalazłem w internecie takie oto słowo na niedzielę. Nie potrafię przenieść do bloga tego filmiku, ale może nie ma takiej potrzeby reklamować tego gościa – księdza katolickiego, któremu, jak to mówią, odjechał peron. Zacytuję więc tę wypowiedź, która, tak sądzę jest reprezentatywna dla dzisiejszego kościoła katolickiego w Polsce.

„Polska bezbożna nie jest Polską. Polacy bezbożni nie są już Polakami – są bydłem”.

W taki oto sposób zostałem bydlęciem. Jeżeli mam prawo wyboru rasy, to wybieram „Blonde d’Aquitaine” – krówki i byczki (rzadziej) widywałem podczas podróży po południowej i południowo zachodniej Francji.


[27.08.2024, Toruń]

KSIĘGA ROMANA [4]

 

- Z kim ty się tak naprawdę spotykasz? - zapytała Asia, moja żona, gdy wróciłem na obiad przed dwudziestą.

Oczywiście żartowała, niepokojąc się o mnie i podejrzewając, ejże, nie dałem jej powodu do podejrzeń, lecz rzeczywiście mogła mieć pretensje o to, że bywam na mieście częściej niż w domu ostatnimi czasy i do tego czytam tę paskudnie obszerną księgę. Dzień wcześniej powiedziałem, że na całą sobotę wyjeżdżamy nad nasze rozległe stawy, tyle że od drugiej strony, od lasu, więc weźmiemy naszą terenówkę i namiot.

- Jeszcze czego, brać namiot na ryby – żachnęła się.

- Na ryby i na grzyby – odparłem bez przekonania.

- Za sucho – stwierdziła.

- Sucho jest przez kilka dni, a niemal cały tydzień padało – powiedziałem bez przekonania, bo wprawdzie naprawdę padało, ale nie słyszałem żadnych informacji o tym, że w naszym lesie są już grzyby.

Przekomarzaliśmy się w ten sposób do czasu, gdy powiedziałem jej, że zamierzam zaprosić na weekend Romana i przewiduję ugościć go na dwie noce – z piątku na sobotę i z soboty na niedzielę.

- Połowimy ryby – tłumaczyłem. - Wiesz, jak zapalonym był Roman wędkarzem, a w dodatku tyle razy zaprasza mnie na piwo i do cukierni na ciastka i lampkę wina.

- Coś mi się widzi, że nieźle powodzi się twojemu przyjacielowi w tym domu pogodnej starości.

- Mówiłem ci, że trafił tam na szczególnych warunkach.

- I teraz szaleje. A nie lepiej by było, żeby przygarnął sobie jakąś dziewuszkę w jego wieku lub ciut młodszą.

Rozmawialiśmy pogodnie w ten sposób, gdyż nie chciałem zniechęcać jej do mojego pomysłu. Nie chciałem słyszeć typowego stwierdzenia mojej żony adekwatnego do podobnych sytuacji: - Ty chyba zwariowałeś!

I kiedy już myślałem, że nie usłyszę takich słów, nagle…

- Ty chyba zwariowałeś! Gdzie my go podziejemy? Będzie się przecież krępował… ja zresztą też.

- Zrobię ci wykwintne spanie w aucie. Wystawię rząd siedzeń, weźmiemy dmuchany materac, a ja z Romanem prześpimy się w namiocie.

- I znowu będziesz narzekał na swoje lumbago.

- Weźmiemy trochę alkoholu – roześmiałem się.

- Już widzę, jak alkohol pomaga na lumbago. Nie zgadzam się.

Lecz po chwili:

- Może bym się zgodziła… ale pod jednym warunkiem.

- Słucham.

- Jeśli pozwolisz mi poczytać trochę tej jego księgi.

Przyznaję, że mnie zaskoczyła. Księgę do przeczytania dał mi jej autor. Wprawdzie nic nie mówił o tym, abym nie dawał jej do czytania Asi czy komukolwiek, ale sam uznałem, że nie powinienem użyczać księgi nikomu, a tu teraz żona składa taką propozycję.

- Pod warunkiem, że nie będziesz rozpowiadała koleżankom o tym, co pisze Roman.

- Masz moje słowo.

Widocznie ciekawość Asi przewyższyła w tym momencie chęć dzielenia się przyjaciółkami każdą „napotkaną informacją”.

Stanęło na tym, że do piątku zostały dwa dni i kiedy ja przygotowywałem sprzęt wędkarski dla siebie i Romana, kiedy gromadziłem ekwipunek na dwie noce, zrobiłem porządek w aucie, aby zabezpieczyć Asi wygodne spanie i oczywiście sprawdzić, czy czego nie brakuje do namiotu, moja żona zaczytywała się w księdze, zwracając uwagę na takie oto rozterki autora księgi:

Jak wiele błędów popełniłem w swoim życiu, jak ja tego żałuję. Mówią, że nie ma co wspominać, bo nie ma siły na to, aby cofnąć czas. Cóż z tego, że jest to niemożliwe. Bez przeszłości nie ma przyszłości. Nie można tak sobie odpuścić grzechów młodości, wczesnych lat dojrzewania, ale nawet nie można przejść obojętnie wobec tego, co uczyniło się kilka dni wcześniej. Chociażby ostatnie badanie lekarskie. Jak jak namarudziłem doktorce, która chciała mnie rutynowo zbadać. W końcu to ośrodek zamówił dla nasz te badania. Powiedziałem jej coś przykrego, bardzo nieuprzejmego w rodzaju, aż przykro powtórzyć, żeby się ode mnie odwaliła, bo nie odczuwam żadnych bólów i w ogóle czuję lepiej niż kiedy badała mnie ostatnim razem. Czy mam przejść do porządku dziennego z tym moim chamskim zachowaniem wobec pani doktor? Niby nie jestem w stanie zmienić tego, co już się stało, to prawda, ale mam przymknąć na to oczy, schować to zachowanie pod dywan? O, nie powinniśmy naprawiać nasze błędy, musimy wyciągać z nich wnioski, powinniśmy żałować poczynionych win i dlatego tak ważne są wspomnienia, choćby dla nas samych, bo jakże spojrzeć potem sobie w oczy, gapiąc się na tę głupią, powykręcaną idiotycznym postępkiem mordę zawieszoną po tamtej stronie lustra?

Tyle razy pobłądziłem w swoim życiu i chyba słusznie ukarano mnie; tam w Górze z pewnością dyskutowano na mój temat, ukarano mnie samotnością, że teraz na stare lata nie mam nikogo, kto pociągnąłby mnie za uszy lub przygryzł je zawadiacko w jakimś uniesień szale albo wrzasnął na cały głos: ooobiad, ile razy mam powtarzać!   [...]



[27.08.2024, Toruń]

26 sierpnia 2024

SŁOWA DAWNIEJSZE ZAPOMNIANE [1]

 

Czytając książki często na mojej drodze stoją słowa, których znaczeń nie znam, zapomniałem albo nie do końca lub błędnie rozumiem. Warto więc sobie je przypomnieć, co niech będzie formą recepty na zaś, na starczą chorobę zapominania.

kobieta z mufką

  • mufka z niem. Muffe – część garderoby, która chroni ręce przed zimnem; rodzaj tunelu wykonanego z futra lub ocieplanego materiału, do którego wsuwało się dłonie z obu stron. Także zwana rękawem lub zarękawkiem.

  • koromysło – wyraz regionalny – przyrząd / pałąk o dwu bocznych prętach, służący do noszenia wiader z wodą.

  • ganasz – prawdopodobnie z francuskiego – ganache - to rodzaj polewy czekoladowej, z dodatkiem śmietanki kremówki, może być również z dodatkiem masłem. Powstaje z mocno podgrzanej śmietanki i posiekanej czekolady.

  • retret – odosobnienie, rekolekcje

  • łapserdak – tak mówimy z niechęcią o człowieku nędznie ubranym; pejoratywnie łapserdak to nicpoń, łobuz… kiedy jednak rozdzielimy to słowo, wyjdzie nam „łap serdak”, a zatem:

  • serdak to ciepła kamizelka, zwykle z kożucha, często ze skóry lub wełny; używana też jako część ciepłej odzieży pracowniczej, jak i też serdak występował jako część garderoby w strojach ludowych.

  • graf to tytuł arystokratyczny; też: osoba nosząca ten tytuł; w matematyce zaś grafem nazywamy wykres w postaci punktów i łączących je linii lub strzałek, obrazujący zależności między jakimiś wielkościami.

  • Tente (termin zupełnie nieznany przeze mnie) to linia zabawek konstrukcyjnych stworzona w 1972 roku przez EXIN-LINES BROS SA, firmę zajmującą się produkcją tworzyw sztucznych i zabawek z siedzibą w Barcelonie w Hiszpanii, która zakończyła działalność w 1993 roku.

  • Matrona (od łac. mater – matka) – w starożytnym Rzymie kobieta zamężna, poważana (zajmująca wysokie stanowisko społeczne, zachowująca czystość obyczajów), będąca matką (mater familias); także: starsza kobieta, zachowująca się statecznie i dostojnie.

  • sztambuch dawniejsza forma pamiętnika, do którego przyjaciele i znajomi wpisują wiersze i aforyzmy na pamiątkę.

  • frejlina - dama dworu na dworze cara rosyjskiego

  • kuczer - to dawniej woźnica, stangret.



[26.08.2024 Toruń]

25 sierpnia 2024

MUZYCZNE POCZTÓWKI - MAURICE RAVEL - PAWANA NA CZEŚĆ INFANTKI

 "Pawana na cześć infantki" Ravela  -  orkiestra Sinfónica de Galicia pod dyrekcją fińskiego dyrygenta Dimy Słobodenjuka





[25.08.2024, Toruń]


KARTKA Z KALENDARZA - 25.08.2024

 

Kartka z kalendarza na dzień 25 sierpnia 2024 roku

Niedziela


Imieniny dzisiaj obchodzą: Ludwik, Luiza, Patrycja oraz Arediusz, Elwira, Euzebiusz, Gaudencjusz, Gaudenty, Genezjusz, Grzegorz, Hermina, Józef, Julian, Kalasanty, Michał, Peregryn, Poncjan, Teodoryk, Tomasz, Wincenty


Przysłowia na dziś:

„Na Ludwika zboże z pola umyka”

„Gdy na Luizy ładnie, śnieg późno spadnie”

Słońce

Świt: 04:58

Wsch. Sł.: 05:35

Zenit: 12:37

Zach. Sł.: 19:40

Zmierzch: 20:17


Cytat dnia:

„Ludzie to anioły z jed­nym skrzydłem, dla­tego aby się wznieść,

mu­simy trzy­mać się razem” - Maria Konopnicka



25 sierpnia 1925 roku w Krakowie zmarł Kazimierz Morawski - filolog klasyczny, historyk. [ur. 29 stycznia 1852 roku w Jurkowie]



Poniżej fragment „Pieśni Horacjusza”, dotyczący Horacego, sławnego rzymskiego poety.


PIEŚNI HORACYUSZA

[pisownia oryginalna]

 Nikt chyba nie był tak mało popularnym za życia, jak Horacy. Kilku wyborowych przyjaciół go lubiło i ceniło — prawda, że byli to primi urbis; innym, dalszym dawał się niepokaźny, nieco porywczy człowieczek we znaki swą zaczepnością, zrażał ich może niekiedy brakiem tradycyi i ostrą krytyką dawnej, rzymskiej poezyi; a już dla pospólstwa — profanum vulgus ani pisał, ani był zrozumiałym. Prawie o nim wzmianki nie znajdziesz u współczesnych poetów; jeden Ovidius raz go wspomina jako już zmarłego. Mury pompejańskie, na których ulicznicy i czułe pary paznogciem lub rylcem zdawały sprawę ze znajomości poezyi, nie wykazały ani jednego wiersza Horacego. Wyraźnie między lud i kołowrotki on nie poszedł ani ulicy do smaku nie przypadł.

 Bo też ze swoją genialną miarą, ze swym brakiem patosu nie mógł on ogółu Rzymian bardzo zachwycić, ani rozgrzać pospólstwa. Horacyusz ma pewną wstydliwość prawie przesadną uczucia. Chłodzi on słowem jego objawy; gdy się smuci lub raduje, chowa się chętnie za innych rzekomo większą żałobę lub uciechę. Więc po stracie przyjaciela Quintiliusa Varusa tak zawodzi:

Wielu cnych ludzi po zmarłym w żałobie,

Nie równy w żalu, Wergili, nikt Tobie.

 A kiedy inny towarzysz Pomponius Numida powraca z dalekiej wyprawy do stolicy, wita go Horacyusz myrrą, winem i pieśnią, w której powracający

Miłych całuje druhów raz i więcej

Ale nikogo nie wita goręcej

Jako słodkiego Lamię.

 To jest iście po horacyuszowsku. Jakiś »tłumik«, używany dla narzędzi muzycznych, odgrywa wielką rolę w jego liryce. Epikurejczyk panuje nad uczuciem w czynie i słowie.

 Ale, jeżeli kazał cicho i dyskretnie przemawiać sercu, natomiast nigdy chyba rozum nie doszedł we wierszach tak stanowczo do głosu, nie zawładnął tak bardzo natchnieniem poezyi i jej utworami. Czyż rozum może śpiewać i to pięknie? Odpowiedź potakująca wygląda na paradoks, ale paradoks ten ziścił Horacyusz. Umie on z nadmierną przenikliwością oceniać siebie, ludzi i rzeczy tego świata i wypowiadać swe wrażenia w sposób tak jasny, dobitny, że zdawaćby się mogło, iż myśl nie łamała tu się w słowach, ani ćmiła słowem, lecz wybrzmiewała bez reszty we wyrazach, w które poeta ją wcielił i z którymi ręką jego spojona przez wieki jeszcze bardziej się zrosła. Mgły i uczucia niedośpiewane, niedociągnięte mają niezawodnie swoją poezyę, ale ma też poezyę to pełne, jaskrawe słońce, które opromienia utwory tego południowca i rozświeca i uwypukla każde drgnienie i każdą odmianę jego duszy. Horacyusz nie dopuści żadnej niejasności do swej poezyi; nie patrzy on na rzeczywistość ani z górnych wyżyn, ani przez łzy lub marzenie, lecz wyobraża ją i określa z przedziwną pogodą i jasnością myśli i słowa. Więc nie dośpiewywać do niej ma »czuły słuchacz« w swem sercu, lecz przejrzeć i odczuć do głębi to, co poeta chciał powiedzieć i w całej pełni wypowiedział.

 Plastyczną i wyrazistą jest poezya Horacyusza. Każda niemal rzecz tu wspomniana znajduje swe określenie, każdy rzeczownik rusza w pole z przymiotnikiem, jak z adjutantem nieodłącznym (por. n. p. odę III, 23). Ta troska o dobór przymiotnika wypływa z plastycznego sposobu myślenia i z dążenia do ściśle określonych obrazów. Wśród romańskich narodów i piśmiennictw staranność w tym wyborze i pościg za odpowiednim epitetem cechuje wielu pisarzy. Maupassant niegdyś poświęcił temu problemowi bystre uwagi. Szukanie adjektywu prowadzi nawet czasem do wyszukania, bo stadła wyrazów często razem sprzężonych powszednieją prędko i zużywają wrażliwość czytelnika. Piętnuje też pogoń za niezwykłem określeniem Rostand w Chanteclair; jeden z licznych kogutów literackich nazwany tam chevalier de l’adjectif inopiné. Horacyusz jednak nie ma tych epitetów niespodziewanych, ale ma za to nadzwyczaj szczęśliwe rzuty w ich doborze; jego bruma iners, bezczynna zima, lub bezkształtna (informes hiemes) starczy za długie opisy.

 W jednej rodzinie przymiotników ma Horacy wyraźne upodobanie; wyrażeń na miarę, pośredniość, łagodność jest u niego legion. Mitis, aequus, medius, temperatus, lenis, placidus, quietus, cisną mu się ciągle pod pióro. Te wyrazy płyną z głębi duszy, która lubi ziemię i w granicach istniejących warunków zdobywa się na szczere uczucie; ale nie lubi bujać po wyżynach, ani w śmiałych porywach i wybuchach odrywać się od ziemi, w prometejskich wzlotach wybiegać do gwiazd i pod słońce. Pieśń ta nie była »gwiazdą za granicą świata«; Horacyusz, jak inni poeci łacińscy, ma serce bijące dla ojczyzny, dla stron swych rodzinnych, dla przyjaciół i ziemskiej z nimi uciechy; nie rozpierają mu go jednak żadne zaświatowe porywy. Na to posiada zbyt dużo trzeźwości, zbyt mało imaginacyi. Rzymianin nie zna wyrazów na grecką fantazyę, entuzyazm. Kiedy chce te wyrazy tłomaczyć, zapożycza terminów od lekarza, entuzyazm nazwie furor, fantazyę insania, którą Horacy nieco łagodzi dodaniem epitetu »amabilis«. Nie pozwoli on im sobą zawładnąć, woli czuć, kochać, a przedewszystkiem tworzyć przy zdrowym i trzeźwym rozumie, skoro

Scribendi recte sapere est et principium et fons.

 W tem leży pewna, względna słabość jego liryki i siła i zdrowie jego niezrównanej gawędy.

 A mimo tego nie tylko ta gawęda zajmować nas będzie zawsze jako najpełniejszy wyraz zdrowego, jędrnego sądu i rozumu, lecz i liryce Horacego podbić się damy. Żądamy dziś od liryki większej skali i większego bogactwa uczuć, różnych półtonów serca, a nawet wyrazu dla tajników duszy, które pod granicą świadomości majaczeją i drzemią. U Horacego w ciaśniejszej obracamy się dziedzinie; znajduje on natchnienia dla opiewania gorącej przyjaźni i chłodnego nieco kochania, szczerej za wsią tęsknoty, uciech z towarzyszami i miłości ojczyzny. Dla tych wszystkich uczuć umie on wyszukać odpowiednie, jakby przez naturę odlane wyrazy. Wszystko zaś okrasi wdziękiem, pogodą i tą miarą, która uchroni z jednej strony najczęściej od nieszczerej retoryki, a z drugiej strony od nizkiej pospolitości. Takt go cechował również w życiu; potomek wyzwoleńca umiał z największymi tego świata obcować, nie popadając nigdy ani w pyszałkowatość ani w służalstwo. Posiadł on w całej pełni kulturę wieku; weszła mu ona tak bardzo w rdzeń duszy, że nawet nią się nie chełpił, jak to parweniusze wśród ludzi i dorobkowicze wśród narodów czynić zwykli. Ale dalekim jest od filisterskiego i błogiego zadowolenia ze swej epoki; pojawia się więc u niego często ta subtelna ironia, uśmiech sceptyczny, igrający nad rzeczami tego świata a nawet własną myślą, który bywa kwiatem ostatnim kultury i zarazem zapowiedzią robaka, który ją stoczy. […]



[25.08.2024, Toruń]

24 sierpnia 2024

MEMENTO LATINAM - LECTIO PRIMA (1)

 

Jeszcze jeden powrót do przeszłości; tym razem dotyczy on języka łacińskiego, który był mi do pewnego stopnia znany, więc pora go sobie przypomnieć.



LECTIO PRIMA (1)


Czytanie po łacinie – zasady

  • Dyftongi lub dwuznaki “ae” i “oe” czytamy jak “e”, np. “coelum” (niebo) przeczytamy jako “celum”, Caesar przeczytamy jako “Cesar”.

  • “Qu” czytamy jak “kw”, np. “quorum” przeczytamy jako “kworum”.

  • “C” przed samogłoskami “e”, “i” czytamy jako “c” – i znów mamy słowo “Caesar” oraz “cito” (szybko).

  • “C” przed samogłoskami “a”, “o”, “u” czytamy jako “k” – “causa” (kausa – sprawa), cornus (kornus – róg), curvus (kurwus – krzywy).

  • “V” czytamy jak nasze “w”.

  • “Ngu” czytamy jak “ngw” lub “ngu”, np. wyraz “lingua” (język) przeczytamy jako “lingwa” lub po prostu “lingua”.

  • “S” wymawiamy jak “s”, nie jak “z”! Wspomniana już “causa” to “kausa”, nie “kauza”!

  • Niektórzy “su” wymawiają jak “sw”, – lepiej jednak czytać tak, jak się pisze, np. w wyrazie “persuadere” (przekonywać) czytać tak, jak się pisze, nie “perswadere”.

  • “G” czytamy jak nasze “g”.



[24.08.2024, Toruń]

ZAPISKI (1304) ŚLICZNOTKA.

 

1304.

Niestety nie wyruszyłem „na miasto” podziwiając feerię barw festiwalu świateł. Akurat źle się czułem, ale to nic, bo to dzisiaj ponoć święto narodowe Ukrainy i ponieważ w Toruniu Ukraińców całe mnóstwo, to głośno świętowali głośno, dowiedziałem się, nie to, żebym nie lubił głośno, ale nie lubię świętować po ukraińsku, skoro Ukraińcy po polsku nie lubią świętować, gdy jest polskie święto.



Za to przedstawiam na zdjęciu moją Ślicznotkę, która ma taki problem, że jest gołębicą nową, tzn. miej więcej od miesiąca przychodzi na stołówkę i te „wcześniejsze” gołębie, nawet ta najwierniejsza Kasia, nie bardzo ją tolerują, tłumacząc to sobie, że stołówka jest tylko dla „starych” gości. Wprawdzie tłumaczę, że jedzonka (dzisiaj kasza) starczy dla wszystkich, ale gołąbkom to nie wystarcza. Widzę jak Ślicznotkę odganiają, czasami też samce gonią samice, bo u tego ptactwa panuje patriarchat, a o emancypacji płci żeńskiej mało który ptak słyszał, więc słysząc to „przeganiania”, podchodzę do okna bliżej i krzyczę:

- Co to znaczy? Tak nie można!

Stanie taki agresywny gołąbek i wlepia we mnie ślipia.

- Zrozumiano? Nie ganiamy się, dla wszystkich starczy!

I patrzcie państwo, stworzenie zrozumiało, dziób opuszcza i zaczyna konsumować po bożemu…



[24.08.2024, Toruń]