Domenico Ghirlandaio - portret młodej kobiety

Domenico Ghirlandaio -  portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZIARENKA. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą ZIARENKA. Pokaż wszystkie posty

05 grudnia 2021

W OKAMGNIENIU (2) CZEKAJĄ...

 

Tadeusz Fijewski i Jerzy Kondrat
w inscenizacji "Czekając na Godota" Samuela Becketta
w Teatrze Współczesnym w Warszawie (1957)


Czekają...

    Pierwszy strzegł dzisiaj bramy, też pomylony, choć nie na prawach pacjenta. W skrojonym na właściwy rozmiar mundurze, co wartość jego służby powiększał i uwydatniał w ważności, przechadzał się wokół stróżówki, przewiercając oczami najciemniejsze, najmroczniejsze zakamarki i placu, i terenu znajdującego się poza drucianą siatką ogrodzenia.

    Drugi właśnie się zbudził po pokolacyjnej drzemce i gdy kompani z czteroosobowego pokoju posnęli na dobre, ubrał się prędziutko w przetarte, acz jeszcze znośne do chodzenia w nich spodnie, wdział na siebie gryzący wełniany sweterek i kalosze, a następnie mijając spodziewaną pogoń dyżurującej pielęgniarki, wyszedł cichcem z budynku pensjonatu, kierując się wprost do stróżówki.

    Przed nią napotkał Pierwszego, który akurat skończył dziewięćdziesiąte okrążenie jego stanowiska pracy.

- Nareszcie - powiedział Pierwszy - ileż można na ciebie czekać?

- Powiedziałeś, że o drugiej. Mamy jeszcze dwie godziny czasu - uspokoił służbowego Drugi.

- Nigdy nic nie wiadomo, co mu strzeli do głowy. Równie dobrze może przyjść parę minut po północy.

- Prawda. Nic nie wiadomo, co takiemu może przyjść do głowy - zgodził się Drugi. - Czy zastanowiłeś się nad pytaniami do niego, kiedy już przyjdzie?

- Bezustannie je powtarzam. Chciałbym się przecież dowiedzieć, kiedy nareszcie zrobi z tym wszystkim porządek.

- Oj, tak, musimy się tego dowiedzieć - przytaknął Drugi. - W końcu powinniśmy się tego dowiedzieć, ile czasu potrzeba, abyśmy nie potrzebowali tabletek i zastrzyków.

- A mnie chodzi o to, aby powiedział nam kiedy to wszystko raz na zawsze pi......

    Natenczas za lasem grudka kosmicznego pyłu zanim utopiła się w bagnisku po tamtej stronie zapłonęła na kilka chwil słonecznym światłem, które oślepiło obu mężczyzn.

Rączy strach przegalopował po nich, po czym Pierwszy tajemniczym głosem wyrzekł prosto do lewego ucha Drugiego:

- Dał znak, widziałeś?

- Myślisz, że to on? - zastanowił się Drugi.

- A któż inny mógłby to być. On sam, na którego czekamy.

- Który nas wyzwoli - stwierdził z naciskiem Drugi.

- Który nas wyzwoli - powtórzył Pierwszy i dodał: - który uczyni nasz świat lepszym i nie pozwoli na to, abym najmował się do pilnowania ubogich umysłem...

- Który poskłada w całość te ubogie umysły i zamiast tego ośrodka, do którego drzwi zamyka się jedynie od zewnątrz, powstanie w tym miejscu przecudny pensjonat dla ludzi starych, lecz o pełnych władzach umysłu, a ja będę jednym z nich.

- Wszystko to zawdzięczać będziemy jemu - dodał Pierwszy.

- Byle tylko przyszedł...


- Przerwa!!!


    Był wyraźnie podrażniony. Wstał z fotela i zanim się objął szerokim spojrzeniem wirtualną prezentację scenografii, na która składał się budynek szpitala psychiatrycznego i dalej po lewej kompleks ogrodowy kończący się ogrodzeniem z siatki, pośród którego widniała centralnie położona brama wjazdowa i przycupnięta do niej stróżówka. Obraz był realistyczny. Obserwując tę scenografię z pozycji widza, trudno było dostrzec, że składa się z doklejonych do siebie zdjęć. Najważniejszy był efekt - widzowie mieli przed sobą prawdziwą ilustrację miejsca, w którym toczyć się miała akcja.

- I pan mi mówi, że ma to być pana zindywidualizowana wersja sztuki Becketta? To mają być pańscy Estragon i Vladimir?

    Siedzący w samym lewym zakątku sceny autor dramatu, bojaźliwie powłóczył spojrzeniem kierując je w stronę reżysera Różyczki. Przez chwilę wzrok obu mężczyzn skleił się w jedno intensywne spojrzenie.

- No niechże pan mi wybaczy tę spontaniczną reakcję... - zaczął reżyser Różyczka.

- Tak, niech pan wybaczy naszemu reżyserowi - wtrącił aktor grający Pierwszego - on zawsze tak reaguje podczas pierwszej próby.

- Podoba mi się pana sztuka - skwitował Różyczka - milczy pan? zwrócił sie do autora.

Autor sztuki był wyraźnie zafrasowany.

- Milczę gdyż w ostatniej chwili zdałem sobie sprawę z tego, że w końcowej scenie ostatniego aktu mój Godot jednak przyjdzie.

- Ależ to kompletnie zmieni tezę, jaką pan narzucił w tej sztuce - czekamy na coś, co nie ma prawa się zdarzyć - oto tajemnica ludzkiej egzystencji.

- I dlatego powinienem, powinniśmy - poprawił się autor sztuki - to zmienić. Musimy wlać w serca ludzkie łyżeczkę optymizmu do tej beczki z dziegciem.

- Bo ja wiem...

- Czy mógłby pan zaczekać do jutra, reżyserze? Przerobię zakończenie, właściwie dopiszę je... . Mogę na pana liczyć?

- Koniec przerwy!!! Proszę państwa... - reżyser spojrzał na zegarek - ... spotykamy się jutro punktualnie o dziesiątej.


[05.12.2021, Toruń]

20 listopada 2021

MINIATURY: PIEŚCIDEŁKO

 

Obraz namalowany w trakcie Międzynarodowego Pleneru Artystycznego 
Powiat Tarnogórski 2019
autor: Krzysztof Iwin


    No tak, stało to się pewnego dnia, przedpołudnia, południa, popołudnia, sam nie wiem kiedy, bo skąd, przywieziono Go wprost do wychuchanego, wypolerowanego domu, gdzie miał już pozostać na stałe i być tym słońcem wypieszczonym, wyczekiwanym jak deszcz na pustyni. Mówią, że zaraz się nim zajęto: a to kołyszące się łóżeczko mu dano, to kołderkę, podusię i chłopięce odzienie na czas niepogody i te, w którym przebywać będzie pod dachem w przestronnym pokoju, gdzie na wypadek chłodu już w piecu białym, niewinnym kaflowym napalono. Zdążył ojciec po tym napaleniu ręce sobie porządnie umyć, bo jakże tu małego chłopczyka wziąć na ręce, przytulić do męskiej ojcowskiej piersi.

- A ty uważaj, żebyś krzywdy Mu jakiej nie zrobił. Ostrożnie, proszę cię, toć to nie zabawka. Żeby ci tylko nie wypadł. Już koniec, wystarczy, połóż go, nie tak, skaranie boskie z tobą, delikatnie ułóż do w pościeli.

    Najlepiej Mu było u mamy, która choć jeszcze słabowita, dzielnie chroniła Go troskliwym ramieniem, przysypiała z Nim, a kiedy krzykiem oznajmiał o swojej potrzebie zaspokojenia głodu, przystępowała na wpół śpiąca do karmienia piersią. Oj, pochłaniał On matczyny pokarm z chciwością niezmierną, aż piersi matki przestawały być mlecznymi, nad czym później ubolewała.

    W tych dniach słonecznych, choć to październik, adorowano Go, tudzież matkę. Rozdawano zachwyty, tak jak czynią to oglądający posągi greckie w Luwrze. Każdy chciał na niego popatrzeć, dotknąć leciutko ramienia, główki lub noska - matka czujną była, aby nie przesadzano z tym dotykiem. To znowu miny nad nim śmieszne strojono, grzechotką zaznaczano swoją obecność przy osesku, rąk klaskaniem; próbowano też wymusić na Nim zrozumienie słów, których przecież pojąć nie był w stanie. Co niektórzy, jako ci trzej wędrujący po świecie królowie przynosili dary małemu i ich rodzicom, winszując im potomka, chwaląc Go bez względu na to, z której postrzegali Go strony, składali jak najlepsze życzenia, aby chował się w zdrowiu, jedynie radość przynosząc swym rodzicom.

    I tak dożył błogiego dzieciństwa, radosnej młodzieńczości, średniego wieku powagi i znoju, wreszcie starości, która razu pewnego podała mu dłoń w nie dość otwartym zakładzie dla starców i staruszek. Stało się. Nie miał już bliskich, którzy się Nim opiekowali, odumarli mu kuzyni, rówieśnicy; z młodszymi od siebie nie był w najlepszej komitywie, tak że ucieszył Go ten los, jaki przypadł mu w udziale wraz z innymi staruszkami w ośrodku z dobrą, przyznajmy, opieką.

    Czy nazywał ten czas przedśmiertny szczęściem, grając z towarzystwem w karty, odbywając z nim wspólne spacery po parku, pisząc pamiętnik, słuchając muzyki, czy też widząc starszą panią wyobrażał ją sobie jako pannę do wzięcia? Zapewne szczęśliwym był inaczej.

    Razu pewnego przywieziono do zakładu panią w jego wieku, potarganą życiem, w zmarszczkach, lecz w uśmiechu wygładzającym, co dziwne, te trajektorie zmarszczek. Jakoś tak zbliżył się do niej, że niemal poświęcił dla niej przyjaciół z ośrodka. I raz, w altance jakich kilka zagnieździło się pośród jabłoni i grusz w ogrodzie, pokazał kobiecie notatkę sporządzoną poprzedniej nocy.

    Starowinka odczytała tytuł: "Pieścidełko".


[20.11.2021, Toruń]


18 listopada 2021

MINIATURY: PANA FELIKSA PAMIĘCI RAPSOD ŻAŁOSNY.

 

"W mgnieniu oka"
Juan de Valdés Leal, 1622 - 1690 –  malarz hiszpański


    Za mojej pamięci, kiedy lat miałem dziecinnie mało, pana Feliksa szanowano. Podawał się za żołnierza, co było prawdą, lecz prawdą o wiele bardziej tajemniczą był fakt, że brał udział w bitwie pod Lenino, którą dziwnym zrządzeniem losu przeżył i chociaż ranny w nogę kontynuował wojaczkę, aż do forsowania Odry. Tak po raz kolejny dostał odłamkiem w nogę, lewą tym razem i na tym zakończyła się dla niego wojna.

    Po wojnie pan Feliks pracował jako stróż w zakładzie. Poruszał się o kulach. Oblicze miewał wprawdzie surowe, gdy przychodziło mu odstraszać pętaków zbliżających się do bram i ogrodzenia firmy spożywczej, jednakowoż juz po chwili szeroki uśmiech gościł na jego twarzy, młodej jeszcze, bez zmarszczek, z szerokimi wargami, pomiędzy którymi trzymał pobrązowiałą od papierosowego dymu fifkę z wetkniętym w nią "sportem". Jako że wiedziano o pana Feliksa wojennych przygodach, bywał od czasu do czasu zapraszany do szkoły podstawowej, gdzie udzielał się prelekcjami o wojnie światowej i własnym w niej udziale. Był też nasz bohater mile widziany na honorowej trybunie podczas pierwszomajowych pochodów, na obchodach święta lipcowego oraz innych uroczystościach lokalnych lub państwowych.

    Z biegiem lat trudy wojenne obu nóg kombatanta zaczęły doskwierać na tyle niebezpiecznie, że jedną z nich, tę spod Lenino mu ucięto; druga jeszcze się jakoś trzymała, chociaż i nią stąpał ociężale a z bólem. Pan Feliks wprawdzie postarzał, lecz pomimo lat i tej nieszczęsnej amputacji wcale nie poczuł się zgorzkniały. Nie pracował już, to fakt, nie podróżował na swych kulach po miasteczku, to też prawda, lecz za to przychodzono do niego, może nie tak tłumnie jak dawniej, ale wystarczyło tych kilku, kilkunastu gości, których w swoim niewielkim mieszkanku przyjmował wraz z bratanicą pomagającą mu w codziennych czynnościach.

Kiedy upadła władza, która tak go hołubiła i wręczała nagrody i medale, życie pana Feliksa tak jakby zatrzymało się w próżni. Nowi dali do zrozumienia kombatantowi, że poprzednicy wystarczająco go wspierali, a teraz przyszła kolej na innych, którzy po zakończeniu wojny wycierpieli mocno w pobliskich lasach, starając się ze wszystkich sił dokuczyć komunistom. Zapraszanie jednonogiego weterana do szkół na prelekcje w grę nie wchodziło, gdyż nie od tej strony i nie z tym właściwym sojusznikiem gonił hitlerowskie zastępy. Pan Feliks był coraz starszy i chociaż wraz z wiekiem nabywa się doświadczenia życiowego, nie bardzo rozumiał dlaczego nowa władza tak nagle zbagatelizowała jego przeszłość wojenną. Coraz mnie w tym czasie przyjmował gości - pewnie też i dlatego, że część z nich najzwyczajniej w świecie poumierała. Głównym zajęciem starego rencisty stało się teraz przesiadywanie w oknie swojej izby i spoglądanie na główną ulicę miasteczka, przy której mieszkał, na ludzi, których znał i pozdrawiał, na dzieciaki biegnące do szkoły, słowem na świat cały, który w przeciwieństwie do niego samego toczył wody historii miasteczka.

    Pięć lat temu podczas pewnej państwowej uroczystości ktoś z maszerujących patriotów cisnął brukowym kamieniem w okno, przy którym siedział pan Feliks. Czy cios ten zadany był celowo, czy rządził nim przypadek, dość powiedzieć, że uderzony ciężkim a chropowatym przedmiotem w głowę, weteran natychmiast zwalił się z krzesła na podłogę i tak znalazła go w godzinę później przybyła do stryja bratanica. Na ratunek było już za późno - tak niestety kończy się czasami ciekawość świata.

    Sprawcy tej bezsensownej śmierci nigdy, rzecz jasna, nie znaleziono. Pochód młodych patriotów poszedł dalej.


[18.11.2021, Toruń]

02 listopada 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (57) DROBNOSTKI (32-34)

 32.

- A gdybym powiedział, że nie mam nawet na chleb?

I powiedział to jej. Początkowo nie zareagowała. Potem wydała z siebie:

- Niemożliwie… przecież tyle…

Eryk wstał z krzesła, podszedł do niej, sięgnął po jej dłoń i przyciągnął do siebie dostatecznie mocno, aby wstała, i tak ściskając w swoją dłonią jej palce, podprowadził ją do drzwi, otworzył je łokciem wolnej ręki i przeprowadził siostrę przez próg. Zatrzasnął drzwi i zamknął je na klucz. Powoli przeszedł do sypialni i zanurzył się w błękitną, nowo powleczoną pościel. Słyszał głuche odgłosy pukania do drzwi, które powoli stawały się coraz cichsze, aż wreszcie ustały. Głowa bolała go do takiego stopnia, że nie mógł zasnąć.

33.

Lasek Buloński wchłonął korty Rolanda Garrosa, a może to korty wtargnęły do Lasku, który był dosyć częstym miejscem odpoczynku po kursie. Lubiłem, przystawać tutaj w pobliżu jednego ze stawów/jeziorek i wcale nie przeszkadzało mi, że w najbliższym roiło się od prostytutek obu płci, ale też widywałem mnóstwo ludzi biegających urokliwymi ścieżynami Lasku. A dlaczego miałem dłuższy postój akurat w Bois de Boulogne? Dla kogoś kto zna Paryż odpowiedź jest prosta – w centralnych dzielnicach miasta znalezienie wolnego miejsca parkingowego jest zadaniem wręcz niewykonalnym.

Ktoś by powiedział, że taki obcokrajowiec w busie porzucony gdzieś w podparyskim lesie musi być narażony na nieprzyjemności i nieprzewidziane sytuacje, gdy tymczasem wcale tak nie jest. Proszę sobie wyobrazić stanięcie oko w oko w Polsce z grupą młodzieży powracającą z dyskoteki i porównać to z podobnymi młodymi ludźmi idącymi zwartą grupą podparyskim Laskiem Bulońskim. Porównanie wypada na korzyść Francuzów.

34.

Co na temat protestów czy protestujących mówi nasz kochane radio maryja? Zacytujmy eksperta Skrzydlewskiego występującego w rozgłośni pana rydzyka.

„Czy protestujący są Polakami? Nie, bo Polski nie znają i nie chcą znać. Nie kochają jej, a wszystko, co stanowi jej fundament, tj. Bóg, honor i Ojczyzna odrzucają w całej rozciągłości, niszczą i wyszydzają. Dziś jedynym, czego im tak naprawdę potrzeba, jest surowa i sprawiedliwa kara, bo ona nie jest sama w sobie złem, ale jest dobrodziejstwem, gdyż przywraca zdrowie, porządek, odrywa złoczyńców od zła i niweluje winę.”

A zatem, panie i panowie, stosy dla „niepolaków”: czarownic i satanistów są już w budowie. Jakie to szczęście, że nie jestem już katolikiem.

[02.11.2020, Toruń]


01 listopada 2020

ZAPISKI... DROBNOSTKI (29-31) ANEGDOTY. GRZECHY. POCIĄGI POD SPECJALNYM NADZOREM.

 29.

Protesty kobiet nie ustają. Na polecenie prezesa … uwaga, teraz będzie uwielbiany przeze mnie czeski humor… kościoły były bronione przez doborowe oddziały reżimowej policji, żandarmerii wojskowej i polskich nazistów, a tymczasem demonstrantki i demonstranci przeszli obok świątyń, nie zaprzątając sobie nimi uwagi, ewentualnie robili fotki żołnierzom w czerwonych czapeczkach, bo dawno tak wielu cudaków w stolicy nie oglądano.

To nie jedyna anegdota jako żywo wywodząca się z narracji Haška lub Hrabala. Otóż pan bokser i zawodnik mieszanych stylów walki Najman usłyszał był, że Jasna Góra cierpi z powodu oblężenia przez lewaków, LGBT i kobiety z błyskawicą wymalowaną na maseczkach. Nie zwlekając obrońca Częstochowy udał się pospiesznie na Jasną Górę i… konsternacja… „Ludzie, przecież tu nikogo nie ma! Nikt nie atakuje Jasnej Góry! Co wy pier…….e za głupoty!” - westchnął skonfudowany Najman.

Nie ustalono kto zwróci bokserowi pieniądze za podróż na Jasną Górę.

30.

A tak na poważnie, opętany rzecznik KEP powiada, że tych 100 tysięcy demonstrujących w Warszawie i pewnie drugie tyle w całym kraju popełnia grzech. (och, jak ja uwielbiam grzeszyć!!!). Pół biedy z tym grzechem. Powinien był wyznaczyć karę za odkupienie grzechu, dajmy na to stówę na łebka za każdy dzień udziału w proteście. I żeby potem Episkopat mnie nie pominął na liście płac… w końcu to ja podsuwam ten pomysł.

31.

Ponieważ nie można żyć samą polityką, a sama myśl, że istnieje taka ideologia jak pis łamane przez rydzyka, wzbudza we mnie odruchy wymiotne, obejrzałem sobie po latach oskarowy film Jiřiego Menzla „Pociągi pod specjalnym nadzorem” według prozy Bohumila Hrabala. Wszystko mi się podoba. Fabuła dobrze znana, z zakończeniem bardzo smutnym, lecz jednocześnie optymistycznym, ciekawy wątek męskości, wspaniała gra aktorska, sceneria i klimat zbliżony do filmów Andrzeja Kondratiuka, no i te dwie sceny, po których można poznać geniusz reżyserski zmarłego nie tak dawno Menzla: scena pocałunku podczas odjeżdżającego pociągu oraz scena miłosna z pieczątkami.




...    i jeszcze link do filmu:

https://vod.pl/filmy/pociagi-pod-specjalnym-nadzorem/yp3q28b


[31.10.2020, Toruń]


30 października 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (56) DROBNOSTKI (23-27)

 23.

Bronią się, że atakują Kościół, przeszkadzają w modlitwie, mażą po drzwiach i ścianach. Nie przeszkadza im wygłaszanie politycznych homilii przez czołowych polityków zjednoczonej prawicy, agitacja przedwyborcza, nie przeszkadzają im pedofile w sutannach i jędraszewski. Specyficzna jest ta chrześcijańska miłość tego ostatniego. Nazywa część ludzi (założę się, że większość z nich była ochrzczona) zarazą. Co się robi z zarazą? Doktorze Rieux, co się robi z zarazą? Walczy się z nią, wygania, eksterminuje, pokonuje, zabija. Jędraszewski rzecznikiem zabijania ludzi. Na razie są to przedstawiciele środowisk LGBT, potem będą lewacy, czyli wszyscy na lewo od pis. Nie przeszkadza im jędraszewski – lubią zabijać.

24.

Streszczenie w pigułce. Życie Stanisława nie jest pozbawione cienistych dróg, problemów, kłopotów, czy jak je tam zwać. Ma tego świadomość, że bez podzielenia się z kimś tajniami własnych niedoskonałości. Ponieważ nie ma ani zaufania ani doświadczenia w kontaktach z psychologami, by już nie wspominać o psychiatrach, myśli o zwierzeniu się ze swoich problemów księdzu, ale nie w formie spowiedzi, a rozmowy. Akurat zna pewnego proboszcza, zrównoważonego, broń Boże fanatyka, nie świętego za życia, a realnego, dysponującego mądrością człowieka oczytanego nie tylko w Biblii, dziełach Kościoła i jego teologów, a w literaturze powszechnej, w filozofii, ale też obdarzonego swoistym instynktem do udzielania prawych a pomocnych odpowiedzi. Przepastnie długie a pożyteczne rozmowy ich obu odbywają się w sanatorium, gdzie restaurują swoje podniszczone życiem organizmy. Istotnie, Stanisław nabywa wielu cennych wskazówek od proboszcza, a ksiądz… no cóż, on z kolei zaczyna wątpić w sens własnego życia, tak jakby Stanisław wyssał mu siłę i dumę z istnienia.

25.

Chciałeś wicepremierze i masz. Potraktowano twoje zalecenie poważnie. Oddziały „ORMO” są już przed świątyniami i na ulicach. Dostało się we Wrocławiu kobiecie od osiłka – mięśniaka. Ten bokser ubrany przepisowo na czarno i w kominiarce na łbie jako sparingpartnerkę obrał sobie wracającą ze strajkowego spaceru kobietę. Podobno pochwycony przez policję. Gdzie indziej wyznawca (w sutannie) Pana Boga i Kaczora postanowił wziąć myśliwską strzelbę w swoje ręce i postraszyć rozstrzelaniem demonstrantek, tudzież policji, która będzie miała nie lada orzech do zgryzienia, albowiem pan ziobro zalecił karanie kobiet a nie księży, a rzecznik Episkopatu Polski jak gdyby nigdy nic powiedział, że oni, to znaczy czarni, oni w ogóle do polityki się nie mieszają, a rydzyk nie zaprasza na imieniny pisiaków, a tak w ogóle to nie rozumie o co „come on” jest ten protest.

26.

Słońce stało jeszcze na zachodzie, a na wschodzie stał już księżyc w pełni swojej. Potem słońce zaszło i światłość niewymowna rozlewała się tam. Podniosłem lornetkę do oczu i zapatrzyłem się. Chmury tworzyły wielką, rozległą deltę rzeki, wpadającą do morza, wyspy, wysepki, szukałem tego miejsca na wybrzeżu lub w delcie, gdzie teraz przeniósłbym się chętnie. Siedziałem w parowie, odpoczywając, siedząc pod krzakiem leszczyny, suszce, którą ściąłem w lesie. Papierosa paliłem i patrzyłem na zbocza wąwozu, na drzewa, niebo wstrząsające, na ścianę równego lasu. Ach, Boże, Boże.”

Patrzyłem więc. Potem sarenka ostrożnie wyszła z lasu i zaczęła skubać saradelę. Podnosiła płochliwie raz po raz swój łeb. Nie widziała i nie czuła mnie siedzącego pod krzakiem leszczyny. Nic jej nie spłoszyło i po kwadransie najadłszy się, weszła wolno do lasu.

Boże, jak ona wchodziła w ten las. Jak do domu wchodziła. Z ulgą wchodziła. Boże, żebym ja tak wchodził do tego lasu, który wokół mnie, który też moim domem.” 

Tak mógł napisać tylko Edward Stachura. Tak pisał w „Dziennikach podróżnych” 16 października 1967 roku.

27.

Czy jeżeli, o czym śpiewają jaskółki, które jeszcze nie odleciały do ciepłych krajów, wprowadzą w końcu ten stan wyjątkowy, to czy przy okazji nie wejdą w buciorach do naszych domów, do naszych serc, do naszych myśli? Trudno powiedzieć, czy wejdą. Bo może nie wejdą i wezmą kobiety na zmęczenie. W każdym razie już są. Stawiając na to, że wprowadzą, musiałbym postawić na wyczerpaną już baterię kaczyńskiego. Nic już z niej nie będzie. Stawiając na to, że nie wprowadzą, sądzę organizacja u nich szwankuje. Na dwoje pani babcia wróżyła.

28.

Zaprawdę powiadam wam, że z rodziną najlepiej wychodzi się na zdjęciu.

Przechodzi do kontrataku i mówi, jakim prawem tak mówię, przecież ty (czyli ja) nie masz rodziny (tu nie chodzi mi o tę czwórkę obok mnie, bo obie suczki wliczam, a jakże)?

Prawda. Ale miałem. Wiecie jak fajnie mieć rodzinę, mówię… znaczy się odniosłem to stwierdzenie do przeszłości. Dzisiaj jest niefajnie. Dzisiaj ona i on, i jeszcze kilku, może stu, a może sto tysięcy, wszyscy oni należą do rodu radia maryjka.

[30.10.2020, Toruń]


29 października 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (55) DROBNOSTKI (17-22)

 17.

Chłopiec pierwszy raz był w kinie. Nie w takim do końca prawdziwym, bo było to kino objazdowe, a projekcje filmowe odbywały się raz w tygodniu. Pierwszy raz był na „Faraonie” Kawalerowicza. Najbardziej zaintrygowało go zaćmienie Słońca. Jak to możliwe, że ludzie w dawnych czasach bali się zaćmienia? Jak to możliwe, że kapłani zdołali je przewidzieć? Matka powiedziała mu, że bywa taka władza, która potrafi wykorzystać niewiedzę ludzi i korzystając z tej niewiedzy steruje nimi. Czy wtedy to zrozumiał?

18.

Na coś w rodzaju „ciąży urojonej” cierpi Adelka. Tak strasznie przywiązała się do pluszowego Hipka, że biega z nim, śpi z nim albo kładzie go przed sobą i obserwuje, a wystarczy, gdy ktoś głośniej się odezwie, suczka pomrukuje, a i potrafi groźnie zaszczekać. Kiedy Hipek pierze się w pralce, albo gdy jest zszywany, Duśka oczywiście patrzy zjawiskowo na swego podopiecznego. Hipka nie można uderzyć, ale rzucać nim, aby suczka aportowała już wolno, więc albo to jest symptom ciąży, albo to tylko i aż ulubiona zabawka Adelki.

19.

Stało się – po raz kolejny obejrzałem „Palacza zwłok” i po raz kolejny potwierdzam, że jest to arcydzieło filmowe a Rudolf Hrušínský grający tytułowego bohatera, Karela Kopfrkingla naprawdę zasługuje na Oskara. Zresztą Hrušínský to niezapomniany Szwejk, więc tym bardziej należy cenić aktora, który potrafił wcielić się w tak różne pod psychologicznym względem postaci.

20.

Oglądając od czasu do czasu relacje z Giro Italia, sprawiałem przyjemność swojej pamięci, gdyż kolarze podążali momentami śladem moich kursów ciężarówką. Wprawdzie po Włoszech jeździłem rzadziej niż np. po Francji, ale akurat doskonale przypominam sobie trasę do Etny na Sycylii, Dolomity i Sestriere, wysoko w Alpach niedaleko granicy z Francją. Tam w Sestriere od późnej jesieni po wczesną wiosnę często leży śnieg, którego, jak mi się wydaje po włoskiej stronie Alp jest więcej niż po francuskiej, nie licząc oczywiście samych szczytów. Udając się w stronę Turynu, lepiej omijać tę stację narciarską jeśli się nie ma łańcuchów.

21.

Sprawdza się mój i czarny, i biały scenariusz bieżących wydarzeń w kraju. Z czarnym mieliśmy do czynienia podczas orędzia prezesa – bij zabij, nie ustąpią o krok. Wszyscy inni źli, my dobrzy, więc trzeba się zbroić – apelował prezes do swoich pułkowników, kaprali i szeregowców. A tak naprawdę patrząc w oczy wicepremierowi – panika, strach potężny, niemal płacz.

Pozytywny scenariusz to siła i determinacja kobiet. Taki ruch oddolny – spontaniczny, niesterowany ale prowadzony słusznym instynktem popartym przemyśleniami. Dumny jestem z polskich kobiet, ale jednocześnie boję się o ich zdrowie i życie, bo kaczyński jest przy swym tchórzostwie i braku odpowiedzialności bezwzględny. Zapętlił się całkowicie, a jego ostatnie działania przypominają konwulsyjne ruchy złapanego w sieć zwierzęcia.

22.

Jeszcze bardziej się zapętla. Był gorszy sort, były zdradzieckie mordy, są przestępcy z opozycji. Słowa wodza bez komentarza. Pierwsze wrażenie: na mównicę wchodzi człowiek, któremu bardzo pochopnie wystawiono przepustkę w psychiatryku. Nie ma takiej skali, która ogarnęłaby poziom nienawiści tego nieszczęśliwego człowieka. Stać go dosłownie na wszystko, a nic nie wskazuje na to, aby ktoś potrafił powstrzymać go od popełnienia kolejnego szaleństwa.

A może znów nie obejrzymy Teleranka?

[29.10.2020, Toruń]


27 października 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (54) DROBNOSTKI (11-16)

 11.

Na placu Campo de' Fiori w Rzymie spalono Giordano Bruno. Kościół katolicki skazał go na śmierć w płomieniach za herezję. Gdybyśmy cofnęli czas do końca XVI wieku trzeba by wyciąć całą Puszczę Białowieską, aby starczyło drzewa na stosy dzisiejszych heretyczek – kobiet. Po kilku stuleciach postawi się tym kobietom pomniki, a co?

12.

Zauważyłem, że dużo lepiej mi się pisze, jak na krześle siedzę czy na taborecie jakimś twardym, niż jak w fotelu jestem zapadnięty. W fotelu mogę się dawać ponosić, ale jest tam za dobrze chyba. Tak że jak kiedyś będę mógł wybierać może, fotel czy krzesło zwykłe, to wybiorę to drugie, dla dobra własnego i dobra wszystkich.” [E.Stachura, Dzienniki Podróżne t.1.] W chwili obecnej piszę siedząc na lekko wymoszczonym czymś miękkim krześle, ale większość moich występnych tekstów sporządzane był, gdy w moje pośladki wpija się twarde, drewniane siedlisko krzesło.

13.

Gdyby Masza była dużym psem, wszystkie psy na moim obecnym osiedlu chodziłyby przed nią na baczność, a koty na kolanach, w tym również najsłynniejszy w Polsce kot i jego pan.

14.

Niestety znam kilka osób, znam nawet bardzo dobrze, zaryzykuję, że zbyt dobrze… osoby, które z chęcią wejdą w skład pisowskich oddziałów do obrony kościołów, czytaj: oddziałów walczących z kobietami. Znam przynajmniej jedną osobę, która jest gotowa zabić, gdy będzie tego chciał właściciel najsłynniejszego kota w Polsce; znam też osobę, która gotowa jest oddać życie za kościół katolicki. Muszę przyznać, że w dawnych czasach tacy ludzie mieli znacznie więcej możliwości dla realizacji swych życiowych celów. Potrzebowano bowiem ludzi do obsługi narzędzi tortur, specjalistów od rozpalania ognia pod stosami czy też można było uczestniczyć w rekrutacji do wypraw krzyżowych.

15.

Palacz zwłok” Ladislava Fuksa to książka o rodzeniu się fanatyzmu, fascynacji śmiercią i faszyzmem. Książkę, o której swego czasu już pisałem, trzeba koniecznie przeczytać, bo jest, no cóż, literackim arcydziełem, tak jak adaptacja powieści Fuksa „Spalov mrtvol” w reżyserii Juraja Herza.

Nieuchronnie problem przedstawiony w powieści Fuksa, chociaż dotyczył czasu bezpośrednio poprzedzającego wybuch II wojny światowej przywołuje mi na myśl proces wykluwania się fanatyzmu w dzisiejszej Polsce. Pozornie normalna, szanująca się rodzina / jednostka staje się nagle zafascynowana bezkompromisową władzą nad innymi ludźmi.

Bezustannie namawiam do przeczytania „Palacza zwłok”, a także do obejrzenia filmu – tu z polskimi literami.



16.

Brat w rozmowie telefonicznej przypomniał mi:

- A pamiętasz tę dziewczynę… Ala miała na imię,. Ta nasza kumpela….

- Jasne, że pamiętam. Miała taką zajęczą wargę.

- Tak ale był to mały defekt, prawie niezauważalny.

- To prawda. Nie zwracaliśmy na to uwagę.

Po jakimś czasie mówi:

- Ty wiesz, że ja zapominam, co jadłem w zeszłym tygodniu na obiad, a dobrze pamiętam tę Alę… gdzie mieszkała… tam na dole...

- Tak, na parterze kamienicy, tuż przy parkanie i torach – odpowiadam. - Wiesz, ja też tak mam z tą pamięcią.

[27.10.2020, Toruń]

26 października 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (53) DROBNOSTKI (1-10)

 1.

Chłopiec z przyklejonym do szyby policzkiem stara się dosięgnąć wzrokiem latarni świecącej żółtym światłem; w tym świetle szamocą się z wiatrem łupinki śniegu wydarte z wora chmur wiszącego nad krainą szczęśliwości.

2.

Kiedy wstanie o białym poranku, upomni się o to, aby zejść do ogrodu i zmierzyć wysokość śnieżnego kożucha, w jaki ubrała się tej nocy ogrodowa ławka.

3.

Nie byłoby tej radości, gdyby nie wystawił za okno plastykowej tacki zasypanej przysmakami dla ptaków: ziarnkami słonecznika, zmiażdżonymi nasionami lnu i pszenicy, plasterkami słoniny, okruszynami razowego chleba i drobnymi kostkami smalcu. W jednym z rogów tacki stał kilogramowy odważnik, aby poryw wiatru lub nieostrożna ptasia konsumpcja zadanego jadła nie doprowadziła wyszynku do katastrofy.

4.

Dotarłem do „Dzienników – Zeszytów Podróżnych” Edwarda Stachury – dotąd nie czytałem. Pierwsza pobieżna penetracja to same pozytywne wrażenia.

5.

Po raz pierwszy oglądam „Sanatorium pod klepsydrą” - film Wojciecha Jerzego Hasa na podstawie prozy Schulza (książkę czytałem). Klimat surrealistyczny. Za scenografię panom Skarżyńskiemu i Płockiemu należy się Oskar.

6.

Droga do miasta. Autobus. Chłopiec wybiera miejsce przy oknie. Zawsze lubił obserwować umykający świat, a teraz aby go zobaczyć musi przytknąć ciepłe jeszcze usta do zimnej, matowej szyby i nagrzanym powietrzem pochodzącym prosto z płuc odmrozić maleńką cząstkę białej tafli. Kiedy wreszcie wychucha zamróz, matka chwyci go za rękę, pociągnie ją i powie, że pora wysiadać.

7.

Dlaczego wszystko co robię wydaje mi się, że robię to po raz ostatni, że wszystko zmierza do końca? Obecnie jestem w momencie poszukiwania machiny, która na trwałe przeniosłaby mnie do przeszłości.

8.

Jak żyd – tułacz jestem, bez rodziny wokół siebie. Pogrzebany nie wstanę z popiołów. Pogrzebią mnie ci których wskażę, tam, gdzie wskażę, kiedy – kiedy Bóg szepnie do ucha. W testamencie, który przy mnie znajdą, zabronię kategorycznie, aby ci, którzy czas jakiś temu mnie pogrzebali, przyszli ponownie na pogrzebanie moich zwłok. Nie podoba mi się zarówno śmiech ich jak i płacz.

9.

Czy kto uwierzy, że chłopiec jedną z alejek w ogrodzie nazwał Aleją Mickiewicza, a zanim to zrobił wypielił ją, zagrabił i kawałkami cegieł odgrodził od grządek warzywnych. Leda, sporych rozmiarów brązowa, wielorasowa suka jako pierwsza przeszła tą Aleją, na końcu której w półcieniu starej jabłoni wymościła sobie legowisko.

10.

Do końca świata będę powtarzał, że Bóg jest we mnie, w tym ogrodzie. Podobnie mówił dziadek chłopca obserwując kursujące pomiędzy ulami a kwiatami akacji pszczoły. Siedzieli na ławkach przy ogrodowym stole i modlili się jedząc kanapki z ugotowanymi na twardo jajkami. Chłopiec pił schłodniałe kakao, a dziadek wino gronowe – ogrodowe, mszalne.


[26.10.2020, Toruń]

12 lutego 2018

ZIARENKA - MIASTECZKOWE PEJZAŻE

I
Powiedziała nie trać nadziei
jeszcze nie wszystko skończone
a ja
widzisz przecież że kamienny bruk
porósł asfaltem
i końskie kopyta
nie krzeszą iskier
zresztą nie ma już koni
latem przyklejały się podkowy
do grafitowej jezdni miasta.

Siedzimy sobie na Narutowicza
około setnego numeru
wtulam plecy
w drewniane oparcie ławki
na którym odciśnięto
setki kręgosłupów
myślę jakby tu zasnąć
i sprowadzić pod powieki
furmankę ciągniętą przez gniadego konia.


II
Współczesny Rycerz Smętnego Oblicza
pozostawiwszy błędnego wierzchowca przy oberży
przemierzył pół miasta
aby dostać się do posiadłości oblubienicy.

Drugie piętro
drugi balkon od zachodu
akurat wieszała bluzeczkę
kropelki pachnącej jaśminem wody
uderzały w betonową taflę podłogi
odbijały się od niej
opadały rosząc kawalera oczy.

Jak w takich warunkach wyśpiewywać arie
moja gołąbko
już chyba pochwycę wróbla
i zatrzymam go w garści.