Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

19 maja 2020

PIESKI TO LUBIĄ

to takie moje powiedzenie, którym uprzedzam moje suczki mizianie palcami po główce, uszach, pod brodą. Rozszerzając znaczenie tych kilku prostych słów wytłumaczyłem sobie, że w niniejszym poście zamieszczam takie kulturowe byty, jakie lubię. Nie może być inaczej.
Zatem rozpoczynamy od francuskiego kompozytora Emmanuela Charbriera i jego "Hiszpanii". Tu nagranie filharmoników berlińskich pod dyrekcją Placido Domingo.

A teraz fragment świetnej opery Aleksandra Borodina "Kniaź Igor", tu: " Polovtsian Dances". Przedstawienie Teatru Mariańskiego (Kirowa) z Petersburga; dyryguje Walerij Giergiew

Kolejna pozycja  to kompozycja Manuela de Falli "Dance Espagnole" w wykonaniu Dawida Ojstracha


Skoro jesteśmy przy Hiszpanii, to warto przypomnieć sobie flamenco i kompozytora tego kraju Isaaca Albeniza i jego "Asturias" - "Legendę"


Muzyczne wspominki zakończę dwoma popularnymi dziełami Luigi Boccheriniego, włoskiego kompozytora, prekursora utworów na kwartet smyczkowy, tworzący przez znaczną część swojego życia w Hiszpanii. Posłuchamy "Fandango" i jego słynny "Menuet" 




Będąc przy temacie hiszpańskim wybrałem "Baile andaluz" i "Pożegnanie" hiszpańskiego malarza José Villegasa Cordero (1844-1921)


Hiszpańskie malarstwo z Ermitażu – galeria | artdone

I na zakończenie, zanim dojdzie do wskrzeszenia kawiarnianych opowieści o Radcy Krachu i jego przyjaciołach, przeczytajmy opowiadanie Jerzego Szaniawskiego "Przeczucie Profesora Tutki".

A jeśli woli ktoś wysłuchać tej osobliwej opowieści pana profesora, pod tekstem zamieszczam nagranie, w którym aktorka Teatru Nowego w Zabrzu, Joanna Romaniak z przyjemnością odczyta nam tę opowiastkę.

Rozmawiano o różnych dziwach, z których człowiek nie może zdać sobie
dokładnie sprawy i dobrze tego wytłumaczyć: o snach proroczych, o tajemniczych znakach ostrzegawczych, o przeczuciach. Dawano wiele przykładów. Sędzia, człowiek trzeźwy, jak sam o sobie mówił, twierdził, że miał przeczucie, aby nie jechać nocnym pociągiem. Nie pojechał i zrobił dobrze: pociąg ten się wykoleił. Mecenas miał raz sen, że chce go zamordować klient: i rano przegrał sprawę. Doktor twierdził,że w ogóle nie wierzy w przeczucia i nie dawał przykładów. Ale rejent opowiedział
o swej babce, że kiedy miała dziewięćdziesiąt siedem lat i była najzupełniej zdrowa, powiedziała do otoczenia, że wkrótce umrze. Żyła jeszcze dwa lata, ale umarła. Rodzina wtedy zaczęła przypominać, co babka sobie przepowiedziała.
Profesor Tutka słuchał, a potem opowiedział wypadek ze swego życia.
— Miałem niegdyś po raz pierwszy lecieć samolotem, żeby znaleźć się w mieście portowym nad Adriatykiem i stamtąd udać się statkiem w dalszą podróż. Tego dnia, w którym miałem wsiąść do samolotu, czułem się nieswojo: nie mogę i teraz określić dlaczego, ale czułem, najwyraźniej czułem, że spotka mnie jakieś nieszczęście. Jednak postanowiłem nie ulegać nerwom, karciłem się w myśli, odrzuciłem wahania — jechać czy nie jechać. Wreszcie samolot ze mną odleciał. Gdy maszyna spadała jak w przepaść, myślałem sobie: «Przepadłem! To już mój koniec». Ale sąsiad, stary wilk powietrzny, śmiał się z nowicjusza i mówił mi, że to są zwykłe przyjemności jazdy samolotem. Gdy uspokojony spytałem go, czy dawno lata, odpowiedział mi, że leci już po raz drugi w życiu. Dolecieliśmy bez wypadku na lotnisko w mieście portowym. Byłem naprawdę zadowolony. Wykąpałem się w hotelu i wyszedłem na miasto. Kpiłem ze wszelkich przeczuć, ośmieszałem się przed sobą samym. Wesoły, radosny, przechadzałem się po ulicach miasta, zachwycałem domami oplecionymi
glicynią, a wszystkie młode dziewczęta wydawały mi się pociągające. Pamiętam jeszcze, iż rzuciłem do skrzynki pocztowej kartkę dla ukochanej w kraju, do której. napisałem: «wszystkie me myśli są tylko przy tobie», i wstąpiłem do jakiegoś sklepu, gdyż zobaczyłem na wystawie drobiazg, potrzebny mi do dalszej podróży. Sięgnąłem do kieszeni, aby kupcowi zapłacić — nie ma pugilaresu... Szukam jeszcze po innych kieszeniach — nie ma. Okradziono mnie!
Proszę sobie wyobrazić — mówił Profesor Tutka — co to znaczy znaleźć się w obcym kraju, w obcym mieście, bez pieniędzy, bez dokumentów, bez biletu na statek, który miał mnie zawieźć dalej. To trzeba nazwać katastrofą. Byłem tym, kim byłby sędzia, gdyby pojechał tym nocnym pociągiem, którym nie pojechał: to jest, stałem się człowiekiem wykolejonym. Powiem więcej: byłem zdruzgotany!
Profesor Tutka przestał mówić i siedział zamyślony, jakby przeżywał wypadek, który spotkał go niegdyś nad Adriatykiem.
Wreszcie sędzia spytał, jak sobie Profesor Tutka dał radę, będąc w takiej sytuacji, w obcym kraju, w obcym mieście, bez pugilaresu?
— Ano cóż miałem robić?... — odpowiedział Profesor Tutka. — Wróciłem zgnębiony do hotelu.
— Czy był w tym mieście nasz konsulat, który panu pomógł? — spytał mecenas.
— Nawet nie wiem. Gdy wszedłem do swego pokoju, zobaczyłem pugilares na stole. Wychodząc na miasto, po prostu zapomniałem go zabrać.
— Czy pan zakpił w tej chwili z nas, czy z przeczucia? — spytał jeden z panów.
— W każdym razie nie z przeczucia. Przeczucie mówiło prawdę: spotkała mnie katastrofa. Tylko, że wyszedłem z niej cało.



[19.05.2020, T.]

17 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (10)

1.
Coś ty Kaczyńskiemu zrobił panie Staszewski? Że wyśpiewałeś prawdę? Że trafiłeś do jego bezuczuć? Zostałeś ukarany. Odebrano ci miejsce na liście przebojów Trójki. Dzisiaj, w czasach dyktatury za prawdę można zostać zdzielony pałką przez policyjnych żołdaków, ginie się w czeluści bylejakości, albowiem to, co wódz powiedział, co zrobił, jest święte.
Sprawdzają się jak dotąd moje najokrutniejsze przypuszczenia: w czasie dyktatury każdy z nas może liczyć na to, że zaopiekuje się nim policjant i państwo tworzone na wzór faszystowski. W czasie dyktatury czynne będą więzienia, może nawet obozy. To wszystko przed nami. Korzystajmy póki co z okruszków wolności słowa.


2.
 W literaturze było już o tym, jak hartowała się stal. Opisany też został proces przeistaczania się zwykłego, typowego bohatera w kreaturę, potwora, któremu otaczająca go rzeczywistość umożliwiła to przepoczwarzenie.
Książka Ladislava Fuksa "Palacz zwłok" jest dla mnie arcydziełem literackim i kompendium wiedzy o tym, w jak łatwy sposób możemy stać się kanalią. Tę książkę po prostu trzeba przeczytać choćby z tego powodu, aby nie dawać wiary pozorom  pozorom delikatności i uczciwości. Gdzieś przeczytałem krótką, ale treściwą opinię na temat tej książki, bodajże Mariusza Szczygła, który ośmielił się zauważyć: "Bo każdy człowiek będzie potworem, tylko trzeba mu dać szansę".
Szczególnie polecam na uwadze wyznawcom Szymona Hołowni.

Poniżej film czeskiego reżysera Juraja Herza z fenomenalną rolą Rudolfa Hrusinskiego powstały na podstawie powieści Fuksa.


[17.05.2020, T.]

14 maja 2020

PIĘĆ NIESPEŁNIEŃ (1)


1. CHŁOPCZYK I DZIEWCZYNKA

- Usiądź tutaj. W tym miejscu jest najbardziej miękko.
- Tu będzie nasze łóżko?
- No, coś ty, nie jesteśmy jeszcze małżeństwem. Nie możemy spać razem.
Zdziwił się. Spojrzał na nią z niedowierzaniem spod swoich kędzierzawych włosów opadających mu na oczy.
- Przecież mieliśmy się bawić w męża i żonę – przypomniał jej.
- Na razie połóż się tutaj, a ja z drugiej strony.
Ich mieszkaniem była trawiasta przestrzeń otoczona kamieniami. Kamieni było sporo i były duże. Wyznaczały nie tylko miejsce do spania, ale i kuchnię, stół taborety, a także lodówkę przypominającą grotę uwięzioną w ziemi.
- Wyjdziesz za mnie? – zapytał.
- Nie tak od razu, kochany. Najpierw obrączki i na głowę taką koronkę z kwiatów, wianuszek taki. Jak ty zrobisz obrączki, to ja mogę uwić wianuszek.
Pobiegł za blaszkami, a właściwie za szpulą z nawiniętymi na nią miedzianym drutem, którą znalazł przed paroma dniami na poboczu drogi prowadzącej w stronę stawu i schował w swoim sezamie ukrytym pod stertą wapiennych kamieni. Z tego drucików zrobi dla siebie i przyszłej żony obrączki. Ela z kolei przeszła na łąkę pełną wysokopiennych stokrotek. Trochę żal jej było tych tak roześmianych słonecznych twarzyczek kwiatków, ale co robić – bez wianka ślub będzie nieważny. Cierpliwie zrywała stokrotki urywając łodyżki tuż przy nasączonej wilgocią ziemi. Cieszyła się, że łodyżki są długie, co pomoże przy splataniu wianka.
Chłopiec podobnie ucieszył się, że miedziany drut przyda się tym razem na coś poważnego, bo czy może być coś poważniejszego nad własny ślub. Najpierw odwinął ze szpulki metr drutu, potem drugi i trzeci i zaczął wyplatać z tych trzech części obrączkę na jeden, później na drugi palec.
Zawołano ich, zanim skończyli pracę. Akurat ich ojcowie wrócili z pracy, potem matki i trzeba było wracać do domu, bo babciny obiad był już gotowy i nie wolno było się spóźnić.
- Adaś! Adaś, obiad! – zagrzmiał wydobywający się z okna i śmiało rozchodzący się w rozedrganym letnim powietrzu głos matki chłopca.
- Już idę – odkrzyknął, a kiedy matka ponowiła polecenie dokrzyknął: - No już, już.
Na Elę przed wejściem do kamienicy czekał dziadek; machał do wnuczki laską.
Co było robić. Robota nieukończona, ślubu nie będzie, a pobiec do domu trzeba.
- Poczekaj, schowamy to do mojego sezamu.
Oboje szybciutko podeszli do miejsca zwanego sezamem, Adaś odsunął głaz, po czym wsunął do otwartej, chłodnej piwniczki sezamu swoje dwie niedokończone obrączki i podobnie nieskończony jeszcze wianuszek ze stokrotek.
Na kolejne zawołanie matki chłopca zerwali się na równe nogi i pobiegli do domu.
- To może jutro, co? – zapytał jej wspinając się na pierwsze stopnie schodków.
- Dobrze… jutro weźmiemy… - zamilkła, mając przed sobą na wyciągnięcie ręki dziadka.

Jutro nie było łaskawe. Jeszcze w nocy nad osadą, stawem i laskiem przeszła ogromna burza, po której znacznie się ochłodziło i przez kilka następnych dni siąpał deszcz. Kiedy dnia czwartego podążył w stronę polanki, gdzie było ich małżeńskie mieszkanie, z przykrością zauważył, że sprzątnięto z niej wszystkie kamienie, przewożąc je zapewne na teren fabryki. Nie odnalazł więc ich mieszkanka, a i po sezamie nie zostało śladu. Ślub musiał poczekać.

[14.05.2020, T.]

12 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (9)

Właściwie to nie miałem zamiaru pisać. Coraz mniej warto.
Przypominam sobie ten moment, w którym postanowiłem zrezygnować z pisania opowieści o fikcyjnym miasteczku - Różanowie i kawiarence, w której oprócz kawiarennika dominował między innymi radca Krach, inżynier Bek i mecenas Szydełko. Właściwie ta historyjka jeśli nie w całości, to w znacznej mierze miała zdominować mój blog. Wzorując się poniekąd na "Klubie Profesora Tutki" Szaniawskiego zapragnąłem przedstawić okoliczny świat w wielce pozytywnym, aż przesadnie pozytywnym świetle, gdyż znudzony byłem rzeczywistością pełną szkaradnych treści. Snując opowieści (było ich 134), starałem się przekonać, także a może głównie samego siebie, że ludziom do poczucia tego, że są szczęśliwi, nie potrzeba znów tak wiele, jeżeli tylko jednostki będą dbać o siebie nawzajem, albo inaczej: spoglądać będą dalej niż na koniuszek własnego nosa. Cały czas utrzymuję, że taka utopia jest możliwa, chociaż...
... pamiętam, że zaniechałem pisania o "kawiarence" tuż przed samorządowymi wyborami, albowiem realna sytuacja jaka podówczas panowała w kraju była tak odległa od pisanych przede mną historii, że tej presji środowiska wytrzymać nie potrafiłem. Kontynuowanie opowieści byłoby jak radosny taniec wiosny na cmentarzu podczas pogrzebu.
No dobrze, a jak jest dzisiaj? Tamte wybory przynajmniej dla mnie zapamiętane będą z powodu powiedzenia: ześwinić się jak Kałuża. Kto pamięta tego pana, ten pewnie przyzna mi rację.
No dobrze, a w jakim stanie dzisiaj jesteśmy? Ile takich Kałuż? 
To co zgotowała nam pisowska władza jest jakimś abstrakcyjnym snem, który dotknął każdego z Polaków. 
Nie rozgrzebując wyborczych ran, zajmę się inną kwestią. Podejrzewam, że wielu z nas, przeciwników obecnej dyktatorskiej władzy, a jednocześnie ludzi chcących wypełnić swoje obywatelskie prawo do wyboru prezydenta kraju, rozważa przy którym nazwisku postawić krzyżyk. Wydaje się, że bardzo dynamiczna kampania pana Szymona sprawiła, iż zyskał on w ostatnich tygodniach tylu zwolenników, ilu nie znaleźli dla siebie wszyscy pozostali oponenci prezydenta Dudy. Co by nie powiedzieć Pan Hołownia jest fenomenem, z którym w paru istotnych miejscach się nie zgadzam; nie przekonał mnie co do konieczności brania udziału w sprzecznych z prawem głosowaniu i to w warunkach zagrażających zdrowiu wyborców. Zaciekawiło mnie w tym kontekście, kim są adoratorzy i sympatycy pana Szymona, do którego, poza wspomnianymi uwagami, nijakiej awersji nie mam.
No i nadeszły dni, kiedy próbowałem delikatnym podstępem dowiedzieć się czegoś więcej o tych ludziach: w jaki sposób traktują niezdecydowanych czy też oponentów, czy możliwy jest merytoryczny dialog z nimi, jakim językiem się posługują. Co wynikło z tego "badania" nastrojów? Niestety uwidacznia się prastara cecha Polaków: brak tolerancji, niechęć wobec "obcych", inaczej myślących, słownictwo pełne epitetów i, co uważam również za potężną wadę - brak poczucia humoru. Nie powiem, przykro mi się zrobiło konstatując takie właśnie wnioski  z licznej wymiany zdań. Zrozumiałbym, gdyby chodziło o elektorat pisowski, który generalnie oporny jest na argumenty, ale to są zwolennicy niezależnego kandydata na prezydenta.
Trochę się załamałem, bo myślałem, że właściwie każdy inny niż Duda  prezydent kraju będzie lepszy.
Zdaje się, że i tym razem zrezygnuję z wyborów.

[12.05.2020, T.] 

10 maja 2020

SPACEREK PO PÓŁROCZNEJ PRZERWIE


Tyle czasu minęło, abym mógł się wybrać na kołowy spacerek po mieście. 
Od razu przekonałem się, że ulica w kierunku centrum to jednak co innego niż balkon, nawet jeśli jest całkiem sporych rozmiarów. 
Pierwsze słowa, jakie zdarzyło mi się wypowiedzieć na zewnątrz to:
- Ale tutaj fajnie...
Cóż, do Torunia przyjechałem dwa miesiące temu i była wtedy szarówka, a wczoraj, w sobotę, piękna wiosenna pogoda.
Początkowo mieliśmy z żoną zamiar przejść się na stare miasto - w końcu nie tak bardzo daleko, tymczasem przygarnęła nas po drodze małżeńska para ludzi w wieku emerytalnym: kobieta, o której nie dowiedziałem się zbyt wiele i mężczyzna, jej mąż, pan profesor muzyki objeżdżający z chórem cały niemal świat. Dzisiaj na emeryturze ogarnięty pasją ozdobienia swojej miejskiej posiadłości rzeźbami, obrazami, narzędziami rolniczymi, powozami i saniami i mnóstwem innych rzeczy rozproszonych po niezbyt obszernym terenie przepięknie położonym w starannie utrzymanym ogrodzie. A że mili państwo pozwolili żonie wejść, a mnie wjechać do środka, przeto w trakcie przemiłej rozmowy poczyniłem stosowne fotograficzne obserwacje.

1. Bardzo starannie wykonana rzeźba grajka stojącego tuż przy mocarnej ławie. Na oparciu ławy nuty, podobno autentycznej ludowej muzyczki.


2. Widoczek na ogród. U dołu po lewej stronie niewidoczne niestety z tego ujęcia oczko wodne ze złocącymi się rybkami.
3. Jedna z bocznych ścian budynku. Na szczupaczku nazwa posiadłości - Gruczewo.

4. Bardzo oryginalny krzyż. Dwie bardzo podobne w formie rzeźby znajdują się na frontowej i bocznej ścianie budynku.


5. Wewnątrz budynku zbiór współczesnych ikon



6. Jeden z powozów. Niestety warunki świetlne uniemożliwiły zrobienie wyraźniejszego zdjęcia.



7. Drzwi wejściowe do budynku to prawdziwa stolarska perełka - kunsztowna robota.



8. Pani gospodyni i alejka prowadząca do domu "wyłożona" rzeźbami z drzewa. Po drugiej stronie tej alei widok jest podobny.



9. Pana profesora zastaliśmy w czasie pracy. Buduje on kamienną grotę, w której chce pomieścić rzeźby.


10. No i w końcu piszący te słowa na tle potężnych rzeźb. Widok od ulicy.



Ruszyliśmy w dalszą drogę, dochodząc do pomnika artylerzystów. Stamtąd do domku, gdzie czekały na nas suczki Jak na pierwszy raz, ten daleki w sumie spacer, nie zmęczył mnie zanadto. I dobrze.

[10.05.2020, T.]

KAMYCZKI - SZKATUŁKA


Zanim upuszczę najnowszy kamyk, kamyczek z lata 2017 roku, z archiwum, dla przypomnienia, przede wszystkim sobie, który czasami z pamięcią bywa na bakier.

Na wieczorze autorskim w mieście M. … a mogło to być miasto K., P. lub Z; równie dobrze mogłoby się to zdarzyć w niewielkiej wiosce, tak bardzo odległej od świata, że wręcz niedostrzegalnej, tak bardzo odległej, iż można by pomyśleć, że nie istnieje…; na wieczorze autorskim w mieście M. … choć prawdę mówiąc nikt nie zna autora, a co dopiero powiedzieć, że przeczytał jakąkolwiek z jego książek… jeśli w ogóle je pisywał…; na wieczorze autorskim w mieście M. w czytelnianej sali biblioteki, niewielkiej i niepozornej, choć wypełnionej ludźmi, jeżeli oczywiście mieli ochotę przyjść i spotkać się z autorem; w tym mieście M., w tej niewielkiej sali, w czytelni, jeden ze stolików przeznaczono dla prelegenta - celowo nie użyto słowa „autor”, bo kto wie, czy w ogóle ktoś taki istniał - właśnie tam, w tej niepozornej sali, prelegent postawił na blacie niewielkiego stolika przedmiot do złudzenia przypominający drewnianą skrzynię, skrzynię prostej budowy, bez ozdób, bez ornamentów na gładkiej powierzchni jej ścianek.
W pewnej chwili prelegent otworzył wieko tej skrzyni i wyjął z jej wnętrza kolejną; rozumie się samo przez się, że mniejszą, i jak ta pierwsza, pozbawioną ozdób. Otworzył również wieko tej drugiej skrzynki, wyjął z niej następną, mniejszą i pozbawioną ozdób; i postąpił tak jeszcze trzy, a może cztery razy, aż w końcu  dotarł do ostatniej… nie, nie była to skrzynia; nawet nie była to skrzynka czy skrzyneczka. Położył sobie na prawej dłoni drewniane, pozbawione niepotrzebnych ozdób puzderko; i temu otworzył wieko, a we wnętrzu… we wnętrzu puzderka spoczywał uśpiony koralik; może był to okruch metalu, może szklana kuleczka, bursztynowe serduszko; kto to wie, co znajdowało się w najmniejszym drewnianym opakowaniu. Coś w nim błyszczało; było takie malutkie, że trudne do odgadnięcia, choć prelegent przechadzał się po tej niepozornej sali, przechadzał się i pozwalał każdemu z obecnych zerknąć do środka.
Czy można się temu dziwić, że każdy z siedzących przy małych stolikach czytelnianej sali, każdy z nich był szczerze zaciekawiony, czym jest to coś, co błyszczy?
Następnie autor, zwany dalej prelegentem, wrócił na swoje niepozorne miejsce i powiedział, że każdy pisarz w gruncie rzeczy zaczyna od takiego małego puzderka; w nim rodzi się jego słowo, myśl się rodzi. Słowo to rozrasta się w kolejnym drewnianym pudełku, większym od poprzedniego, a w jeszcze następnym i w kolejnych przychodzą na świat wciąż nowe słowa i myśli.
- Każdy pisarz pisze w swoim życiu jedną książkę - mówił - i chociaż za każdym razem, w każdym pudełku, skrzyneczce czy skrzyni słowa rozrastają się, tworząc nowe zdania i coraz świeższe pomysły, to książka jest tylko jedna, tyle że wciąż uzupełniana, przewrotną treścią.
Tak oto to, co stanowiło istotę zagadnienia, mieściło się w najmniejszym pojemniku; reszta wspierała bądź też wypierała kolejne.
Zapanowała cisza i zdumienie. Z tej ciszy powstał nagle pewien człowiek i przemówił niepokojącym głosem:
- Mam rozumieć, że jest pan autorem jednej tylko książki?
- Nie inaczej - odparł prelegent.
Gdyby nie to przewrotne pytanie, jakie zadał prelegentowi jeden z mężczyzn, wszyscy obecni na spotkaniu aktorskim mogliby pomyśleć, że w tej czytelnianej sali biblioteki nie było ani ich, ani prelegenta.
- Jeżeli tak właśnie jest - kontynuował mężczyzna - to proszę mi wytłumaczyć, dlaczego ja przeczytałem cztery pana książki i pewnie przeczytam tę najnowszą, o której już się mówi.
- Książka jest jedna, drogi czytelniku - zapewniał rozmówcę prelegent. - Nie zauważył pan, że to, co nazywa pan książkami nie jest niczym innym jak tytułami kolejnych akapitów.
- Mam rozumieć - powtarzał mężczyzna - że to, co zabłyszczało w tej ostatnim, najmniejszym pudełeczku tej szkatułki funkcjonuje w kolejnych i decyduje o następujących po sobie, jak to pan był łaskaw powiedzieć, akapitach?
- Owszem. Z książką tak już jest, drogi czytelniku, ma jedno życie, tak jak pan i ja i państwo zgromadzeni na sali.
Wszyscy siedzący w tej niepozornej, czytelnianej sali w bibliotece zdobyli się na refleksję milczenia, bo kiedy mówi się o życiu, które jest jedno i, wydaje się, że jest bezcenne, to należy milczeć.
.
- Matko Boska, ty jeszcze nie śpisz? Piąta dochodzi, widno już, a ty wciąż piszesz te swoje bazgroły.
Taki głos może wybudzić zmarłego, a jemu zwrócił jedynie świadomość istnienia, przypomniał o realności miejsca, w jakim się znajduje, oddał mu czas.
- I pozamykaj te pudła! Kto to widział, aby do białego rana bawić się w otwieranie i zamykanie drewnianych pudełek?
Posłusznie zamknął wszystkie, a kiedy zrobił to z ostatnim, najobszerniejszym, pomyślał, że musi obstalować u stolarza kolejne, większe od wszystkich pozostałych.

[10.05.2020, T] (tekst z lipca 2016)

09 maja 2020

KAMYCZKI - WNUCZEK Z KOLEGĄ

Pani Marysiu i jak jest teraz? Wybrałem śliczne południe. Słońca promyków tyle, że ledwo dzień zdoła pomieścić je w sobie, a po wczorajszej pierwszej majowej burzy jaki zapach kasztanów! Dobrze zrobiłem? Wzdrygała się pani, że nie potrzeba, że słaba jeszcze, no i ten wózek trzeba z panią znieść, a nie daj Boże coś się stanie… pani Marysiu, niech już troski z pani skroni bezpowrotnie znikną, tak trzeba. A cóż to widzę w pani oczach? Krople łez nabiegły, nabrzmiały, przekroczyły stan wzburzenia wyjątkowy i rozlały się ku policzkom? Mam tu chusteczkę, proszę zetrzeć te łzy. Pamięta pani jak dawniej śpiewaliśmy: - mam chusteczkę haftowaną… upuściła pani przy mnie, pamiętasz Marysiu?

Już lepiej, prawda? Gdzie się przejedziemy? A jakże, że do parku. Południe za pasem, więc trochę cienia się przyda, pani i mnie. Ruszamy więc, proszę się trzymać.
Uchwycił w mocne jeszcze dłonie poręcz wózka tuż za jej głową, popchnął z lekka, koła ruszyły bez problemu. Pani Marysia mogła wprawdzie swoimi dłońmi, swoimi rękoma wprowadzić w ruch okrągłe skrzydła inwalidzkiego wózka, co czyniła w swym mieszkanku na pierwszym piętrze, ale stanowczo jej zabronił.
- Pani Marysiu, jest jeszcze we mnie tyle mocy, że choćby na drugi koniec miasta dam radę panią wywieźć.
Jakby zlękniona, albo z udawanym lękiem odparła:
- A gdzież to mnie chce pan Józef wywieźć? Porzucić chce pewnie….
Tu zatrzymała się w mówieniu, nie chcąc, aby usłyszał z jej ust skargę, która już wypływała z jej ust i dołączała się do wypowiedzianego przez nią zdania:
… jak wtedy, gdy nie mnie wybrał a tamtą, przez co na parę dobrych lat wstrzymał mi życie.
Skąd miała wiedzieć, że tego żałował, zwłaszcza że żadnym byle jakim słowem się przed nią nie zdradził. Och, jak żałował. Żałował gdy odchodził z żoną od ołtarza, żałował w trakcie ich pożycia i żałował po jej śmierci. Ale nigdy i przed nikim się nie zdradził.
Ona, Marysia, też swego pochowała. To było zaraz po tym wypadku, z którego uszła z życiem z wyjątkiem swych nóg. Tak… nogi jej nie przeżyły, stały się bezwładne, no może nie w zupełności dzięki rehabilitacji, ale nie mogły jej nieść tam, gdzie chciała. I pozostała tam na górze, a on, Józef z parteru, jej pierwszy mężczyzna wciąż żałował. Lecz w końcu po latach wielu musiało tak się stać, jak się stało i wyjechali na wspólną podróż do parku.
- Stańmy tutaj – tym razem ona pierwsza.
Ustawił powóz w taki sposób, aby siadając na ławce mógł ją mieć blisko przy sobie po prawej ręce.
- Pamiętasz to miejsce? – zapytała. Mówili do siebie na pan – pani, to znów po imieniu, jak było wygodnie. I zanim odpowiedział, wyznała:
- Ja już od dawna się nie gniewam na ciebie.
- Naprawdę? – nie dowierzał swoim uszom i dyskretnie, chociaż nikt ich nie śledził, przybliżył do swoich ust jej dłoń.
Siedzieli długo i cierpliwie. Potem stępem ku domowi, a oczy im błyszczały jak odbite w lusterku turkusiki, turkusowo właśnie, a może i z domieszką błękitnego nieba.
Kiedy już znaleźli się u siebie, zadzwonił do Leszka. Nie upłynęło dziesięć minut, kiedy wnuczek z kolegą przyjechali rudą renówką. Widać było, że to mocarne chłopaki. Chwycili wózek z panią Marysią w silne dłonie i bez odpoczywania na półpiętrze klatki schodowej przenieśli pierwszą kobietę Józefa wprost pod jej mieszkanie.
A Józef nie wszedł do swojego, zanim nie ujrzał w oknie Marysi.
Wzmógł się wiatr. Pan Józef pomyślał, że znów nadchodzi krótka majowa burza.  

[09.05.2020, T.]

07 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (8)

1. 
Zastanawiam się nad tym, co powinienem wpisać w notce o sobie zdradzającej moje upodobania kulturalne - sztuka, literatura, film; coś w tym rodzaju plus jakieś idee przechadzające się po pozbawionej w znacznej części włosów głowie. Niebezpieczeństwo edytowania takiej notki wiąże się z tym, że zawsze można coś w niej pominąć, na przykład pisząc o sztuce mógłbym zapomnieć o Boschu, Durrerze czy Breugelu Starszym, zaś knując coś o literaturze mógłbym wystawić poza nawias Kafkę, Cortazara czy Redlińskiego. Wydaje się jednak, że moje zainteresowania, czy wpływy twórców rozmaitego autoramentu na mnie są dosyć czytelne. Jeżeli bowiem w kręgu moich pasji znajdują się teksty Szaniawskiego, Stachury, Hrabala i Różewicza to znaczy, że chociaż świat przedstawiony w prozie i poezji wymienionych panów jest inny, to wspólnym mianownikiem jest tu prostota (nie prostactwo, broń Boże) przekazu i swoisty klimat tajemniczości, częściowo baśni, jak i też kompleksowego spojrzenia na gatunek ludzki i jego naturę. Coś ważnego łączy tych ludzi ze mną, prostaczkiem chętnie podkradającym pewne pomysły ku lepszemu samopoczuciu. A teraz dodajmy do tego magiczną baśniowość Marqueza, przerażającą tajemniczość Fuksa, tudzież autorskie filmy Andrzeja Kondratiuka czy Witolda Leszczyńskiego (jego genialny "Żywot Mateusza") albo Tadeusza Chmielewskiego. Poprzyjmy to jeszcze Gauguinem, Malczewskim, Breugelem właśnie; wesprzyjmy się "Utopią" Thomasa Morusa, "Pieśnią nad pieśniami" ze Starego Testamentu czy Albertem Schweitzerem, a jeszcze zostanie nam Bach, Szopen, Mahler, Mozart i Dworzak.
Faktycznie mógłbym wymienić znacznie więcej fal przypływu mojej świadomości obecnej i przebrzmiałej, sięgającej niemal dzieciństwa, ale póki co, pracę magisterską mam już napisaną i już nie muszę...
I teraz taka myśl przyszła mi do głowy: jak dalece wymienione przeze mnie postaci, różnią się od tych, które dzisiaj pojawiają na politycznej scenie mojego wciąż cierpiącego na nadmiar idiotyzmów kraju. Nie do uwierzenia, że człowiek może być taki i taki. Nie do uwierzenia, że  lepiej by mi było strzelić sobie piwko z gościem, który za dwa zety popilnował mojego autka, jakie zostawiłem na parkingu, aniżeli zjeść u Przyłębskiej obiadek, mając naprzeciwko siebie prezesa. 
Nasz świecznik sięgnął dna.

2.
Trochę muzyki nie tyle nie poważnej, co klasycznej. Pierwszy mój typ to piosenka z filmu "Prawo i pięść" skomponowana przez Krzysztofa Komedę do słów Agnieszki Osieckiej. Tu trzeba dodać, że i scenariusz filmu oparty na prozie J. Hena, reżyseria i obsada aktorska znakomita, a wykonanie pieśni przez Edmunda Fettinga nie byle jakie.


Bardzo miłe wspomnienia towarzyszą mi, gdy oglądam ten film, gdy słyszę tę piosenkę.
Jeszcze jedna melodia, piosenka Piotra Szczepaniaka "Nigdy więcej". Piotr Szczepaniak nie miał w swoim repertuarze zbyt wielu piosenek, ale te, które pozostawił po sobie.... "Goniąc kormorany", "Żółte kalendarze" odcisnęły piętno na moich spotkaniach z muzyką lekką, łatwą i przyjemną, a muszę dodać, że piosenki pana Piotra należały do ulubionych także przez mojego ojca, który nucił je często, podśpiewując je przy goleniu.


3.
Scenka z Adelką i Maszą.
Masza to taki "ruski" pies, daje sobie radę, potrafi zdominować starszą od niej Adelkę. Masza z balkonu mieszkanka na drugim piętrze obszczekuje kogo się da: od dzieci, poprzez ludzi dorosłych; nie daj Boże, gdy jakiś człowiek otworzy drzwi prowadzące na klatką schodową  bloku z naprzeciwka. Obszczekuje oczywiście zwierzynę od ptasząt poprzez zaprzyjaźnionego z sąsiadami na parterze kota, aż po brytana kilka razy większego od niej. Obszczekuje do czasu, a mianowicie, kiedy owo psisko lub jakiekolwiek inne rozedrze paszczę na Maszę. Masza wtedy ucieka w te pędy i chowa się na przykład za moimi plecami. taka jest, ale szczekać, ewentualnie warczeć lubi.
Adelka też jest szczekająca, nawet głośniej, ale czyni to głównie na powitanie lub pożegnanie osób wychodzących lub wchodzących do mieszkania. Owszem, poszczeka sobie z balkonu na świat cały, ale nie jest tak zdeterminowana jak Maszątko.
Razu pewnego dokarmiałem nasze stworzenia mięsno-kiełbasową resztką po drugim śniadaniu. Oba wiruski podkarmiłem sprawiedliwie, lecz najgorsze było przede mną - pozostał mi w ręce jeden kawałek. Obie suczki utkwiły w nim wzrok błagalny. Co tu robić?
W tym miejscu należy się uzupełniające wyjaśnienie. Gdybym ot tak, rzucił między potwory ów kęs kiełbasy, pochwyciłaby go w ostre zęby Masza, która nigdy nie przebiera w środkach w walce o palmę pierwszeństwa, to taki czteronogi prezes (przepraszam wszystkie czworonogi za porównanie). Adelka zwykle pokojowo jest nastawiona do ożywionego i nieożywionego świata i zrezygnowałaby z owego kęsa podniebiennej przyjemności, natomiast... natomiast to zwierzę jest niezwykle cierpliwe i przebiegłe, to znaczy, oczekuje momentu, w którym Masza zapodzieje gdzieś przysmaczek i wtedy Adelka przystępuje do dzieła. 
To co się stało, gdy obie koleżanki jak zahipnotyzowane patrzyły się w "kęsiak miąska", zdumiało nawet mnie, który te pacholęcia zna od dawna. Otóż w pewnym momencie Adelka spojrzała w stronę drzwi balkonowych, które akurat były otwarte i gromko dwukrotnie zaszczekała w tamtą stronę, dając do zrozumienia Maszy, że pod balkonem czai się zapewne jakaś szkaradna postać, której obszczekanie jest po prostu psim obowiązkiem. Naiwna Masza połknęła ten haczyk i z ogromną werwą pomknęła na balkon, a tam szczekaniem swym dała sygnał światu, że niepodzielnie nad nim panuje.
Adelka tymczasem podeszła ku mnie bliżej i pochwyciła ząbkami kęs kiełbaski. Spryciula.

4. I na koniec Jacka Malczewskiego, jednego z moich najulubieńszych polskich malarzy "Pythia".

_Jacek_Malczewski_-_Pithia

[07.05.2020, T.]

03 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (7)

1.
Zacznę od "Melissy" Francisa Durbridge'a w przekładzie Kazimierza Piotrowskiego. Rzecz jasna tylko starsi ludzie mogą pamiętać ten trzyczęściowy spektakl Teatru Kobra w telewizji. Przyznam, że nie pamiętam tej sztuki; natomiast jak najbardziej i jak najmilej wspominam muzykę towarzyszącą czołówce tegoż przedstawienia.

To jedna z najpiękniejszych piosenek "The Beatles"
2.
Ostatnio obejrzane "Postrzyżyny"  (podaję za https://www.filmweb.pl/ ) "to kolejne dzieło Jiřiego Menzla i Bohumila Hrabala. To przepełniona humorem opowieść o kobiecie, której bujne włosy budzą podziw wśród mieszkańców małego miasteczka. Maria, która niedawno została żoną zarządcy browaru w Nymburku, jest kobietą pełną nadzwyczajnego temperamentu. Przysparza to nie lada zmartwień i trosk jej mężowi. Podejrzewa wręcz żonę o romans ze swoim bratem."
Z ogromną przyjemnością obejrzałem tę jakże piękną historię wymyśloną także na podstawie osobistych zauroczeń autorstwa Bohumila Hrabala.
(film dostępny na portalu cda)
3.
Kolejny obejrzany film, tym razem produkcji amerykańsko-niemieckiej to "Spacer po linie" - prawdziwa i wzruszająca opowieść o wczesnych latach życia gwiazdy muzyki country Johnnego Casha i jego przyszłej żony June Carter. Prawdziwość tego obrazu polega na tym, że jego twórcy nie idealizują swych bohaterów, zwłaszcza Casha, nie unikają pokazywania trudnych chwil jego życia, ale też dużą wagę przywiązują do niezwykłej roli, jaka przypada kobiecie starającej się usilnie wyciągnąć kochanego mężczyznę z nałogu. Fantastyczna jest prawdziwa scena oświadczyn, które składa Johnny Cash June Carter... ma to miejsce publicznie podczas występu, bodajże w Toronto. Świetne role Casha - Joaquin Phoenix i June Carter - Reese Witherspoon, która za rolę piosenkarki country i późniejszej żony Casha dostała nagrodę Oskara.
Filmy, które pozostaną wyjątkowe | Świat w słowach i obrazach

4.
Ale nienormalny czas odosobnienia to również zaproszenie do takich myśli:
- kiedy zajmujesz może nie najwyżej eksponowane, ale jednak jakieś znaczące stanowisko, nie brak ci przyjaciół i sympatyków;
- kiedy tracisz to stanowisko, grono przyjaciół zmniejsza się w sposób geometryczny, sympatia do ciebie ulega zatarciu;
- kiedy pracujesz, zarabiasz na życie, może nie fortunę, ale jednak starcza ci do pierwszego, po raz kolejny szacunek do twojej osoby rośnie. Wprawdzie zawsze może ci towarzyszyć zazdrość osób postronnych, nie mniej przynajmniej najbliżsi i ci, którzy są z tobą, są z tobą;
- kiedy  nagle tracisz środki do życia, ot, chociażby miał na to wpływ wypadek jakiemu uległeś, raptownie twoje notowania na giełdzie życia tracą na wartości. Towarzyszy ci uczucie ogromnego zawodu, że pozwoliłeś losowi odebrać to, co cieszyło ciebie i najbliższych. Słusznie obwiniasz się;
- kiedy osiągasz w swoim życiu pewien pułap, z którego nie podniesiesz się choćby o metr wyżej, a bardziej prawdopodobne jest to, że stoczysz się po pochylni życia, powracasz pamięcią do czasów swoich wzlotów i cieszysz się, gdyż przeżyłeś tyle dobrego, że nareszcie warto tym przeżyciom powiedzieć stop;
- kiedy już pogodziłeś się, że nic dobrego czekać cię nie może, zaczynasz myśleć, w jaki sposób dokończyć swój żywot szalony, a może i niepotrzebny.

[03.05.2020, T.]

01 maja 2020

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (6)

1.
Od dzisiaj, po odejściu I Prezes Sądu Najwyższego, pani Gersdorf mamy do czynienia z faktycznym utrwaleniem się dyktatury pisu. I stało się to przy biernym, a przynajmniej niewystarczającym działaniu Unii Europejskiej. Prawdopodobnie 20 do 30 lat przyjdzie nam czekać na powrót Polski do grupy demokratycznych państw Europy Zachodniej, ale czy wtedy będzie jeszcze Unia? Jeszcze nie tak dawno sądziłem, że krach rodzimej gospodarki spowodowany pandemią spowoduje, iż pisowski elektorat się opamięta, ale ostatnia wypowiedź premiera, notorycznego kłamcy, że jakoby te pisowskie tarcze uratowały przed bezrobociem już 2 miliony pracowników świadczy o tym, że i to wierutne kłamstwo łykną wyznawcy kaczyńskiego, podobnie jak łyknęli informacje o niewysokich zachorowaniach Polaków na covid-19. 
2.
Zaryzykuję, że Polacy są jedynym wybranym narodem, który po wyklaskaniu pracowników służby zdrowia następnie przystępuje do akcji hejtowania tychże, odmawiając im praw przysługujących każdemu obywatelowi. Myślę, że ta prymitywna postawa części społeczeństwa ma ścisły związek z polityką nienawiści wobec poszczególnych grup społecznych jaką prowadzi pis. Pis i jego wyborcy mają wyjątkową umiejętność wyszukiwania wrogów i chociaż agresja wobec pracowników służby zdrowia wydaje się być paradoksalna, albowiem to medycy ratują życie również wyznawców kaczyńskiego, to znajduje swoje uzasadnienie w tym, że pisowski elektorat nie myśli samodzielnie lub nie myśli wcale.
3.
Nie ma jeszcze pewności, czy farsa wyborcza odbędzie się w maju, co wiąże się z tym, czy opozycja znajdzie sojuszników w ludziach partii Gowina podczas głosowania w sejmie ustawy o głosowaniu korespondencyjnym. O tym, czy Gowin będzie miał wystarczającą liczbę szabel uzależnione jest od tego, czy pis zdoła przekupić część ludzi Porozumienia, czy znajdzie na nich haki i jakie.
Na chwilę obecną politycy kandydujący na urząd prezydencki utrzymują, że "głosowanie na dudę" odbędzie się i w zdecydowanej większości zachęcają do głosowania na siebie. Jest to kolejny paradoks, bo np. Biedroń, Kosiniak-Kamysz czy Hołownia oczywiście głośno mówią o tym, że podczas epidemii wyborów być nie powinno oraz o tym, że pis łamie prawo wyborcze i konstytucję. Skoro tak to nawoływanie do udziału w głosowaniu obciążone jest defektem prawnym, innymi słowy nie można ganić pisu za nieprzestrzeganie prawa i jednocześnie samemu działać bezprawnie. Mimo wszystko wspomniane przeze mnie osoby podejmują zainfekowaną rękawicę rywalizacji, skupiają wokół siebie wiernych zwolenników, którzy tłumaczą wszem i wobec, że godniejszym jest udział w grze przy pomocy znaczonych kart aniżeli bojkot wyborczej farsy. 
Potencjalny wyborca (z wyjątkiem pisowskiego elektoratu, który za 500+ zrobi wszystko) ma rzeczywiście dylemat: iść za głosem serca, nie rozumu i wspierając swojego kandydata naiwnie wierzyć, że głosy zostaną sprawiedliwie policzone przez ludzi sasina i kamińskiego, czy też kierować się rozumem i poszanowanie prawa, nie dając wiary pisowi, że wybory będą odzwierciedlały prawdziwe poparcie startujących w nich kandydatów. Ta druga opcja oczywiście oddaje władzę dudzie bez zająknięcia się na kolejne 5 lat; ta pierwsza zaś, moim zdaniem, oznacza to samo, gdyż nawet przez myśl nie przechodzi mi to, że tyle czynionych przez pis zabiegów miałyby nie doprowadzić do reelekcji dudy. Są ludzie, pewnie naiwni, którzy myślą inaczej.
4.
Ponieważ, tak sądzę, przymusowa kwarantanna nie jest dla psychiki człowieka czymś pozytywnym, w sieci pojawiają się rozmaite teorie spiskowe na temat pandemii koronawirusa. I tak, możemy sobie poczytać, że wirus powstał w wyniku awarii, która miała miejsce w chińskim laboratorium chemicznym, że epidemia to efekt biologicznej wojny pomiędzy Chinami a USA, a to znów, że żadnego koronawirusa nie ma, albo jeśli jest, to jest to zwykła grypa, na którą chorują i umierają miliony ludzi, a to że jakieś tam anteny powodują wzrost zachorowań. 
Każda z przytoczonych powyżej wersji ma swojego guru, swoich profesorów, których wypowiedzi traktuje się na równi z prawami Newtona, Pitagorasa czy Archimedesa.  Co niektórzy na kwarantannie łykają te rewelacje jak foka świeże śledzie, ale też mają one - rewelacje, nie śledzie sojuszników w postaci wielu niezrozumianych decyzji choćby naszego rządu czy ministra od zdrowia.
Zachodzimy bowiem w głowę, dlaczego w czasie pandemii nie wprowadza się jednego ze stanów nadzwyczajnych, a jednocześnie ogranicza się wolności obywatelskie; dlaczego jednego dnia maseczki są ok, a tydzień przedtem utrzymywało się, że te sam maseczki przed niczym nie chronią; dlaczego przy wzroście zachorowań luzuje się obostrzenia związane z epidemią, dlaczego zezwolenie na wejście do lasu jest zdaniem rządzących impulsem dla rozwoju gospodarki; dlaczego pani minister od rozwoju zapewniała nas, że polska gospodarka zyska na epidemii, a kiedy okazało się, że polska gospodarka, jak i też gospodarki innych krajów czeka recesja, ta pani minister została wicepremierem; w końcu dlaczego Polska ma tak mało zachorowań i w kraju wykonuje się niemal najmniej w Europie testów, przez co z ogromną dozą prawdopodobieństwa można powiedzieć, że podawane przez władze dane o zachorowaniach i zgonach ludzi chorych na covid-19 są nierzetelne. To są oczywiście czynniki, które przyspieszają rozwój teorii spiskowych, które powstają zawsze wtedy, gdy istnieje ogromny brak prawdziwych informacji.

[01.05.2020, T.]