Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

19 kwietnia 2017

ZWYKŁY DZIEŃ

Poniedziałek, chłodny, trzeci dzień w „domu”, wczoraj w niedzielę najładniej, niebo bezchmurne, dwadzieścia stopni, prawie upał, nagie torsy kierowców smażyły się w promieniach słońca, ciała złożone na białych, plastykowych leżakach, dzisiaj chłód arktyczny, wiatr od północy, w niedzielę przyjechał Igor, ma do zapłacenia mandat, i dzisiaj, w poniedziałek podjechał Berlingiem do Bercku odszukać posterunek żandarmerii, nie przyjęli kasy, dziwne, kazali czekać czterdzieści albo czternaście godzin, ale Igor pierwsze, co zrobił, kiedy przyjechał, to zapytał się czy może pograć na gitarze Jacka, a Jacek właśnie w niedzielę zamienił go, pojechał do Szkocji, tysiąc kilometrów od Dover, oczywiście, że może zagrać, bo Jacek pozwala, i Igor gra, a tak w ogóle to Igor grał w zespole na tarabanie, to znaczy na bębnach, perkusji, ale na gitarze też grać potrafi, bo mówi, że aby wyczuć rytm, najpierw zwykle uczy się linii melodycznej na gitarze, uwielbia „Metallicę”, ja też, i kiedy słucham dźwięki „Nothing else matter” dochodzące z sąsiedniego pokoju, to przeszywają mnie dreszcze, Igor gra też inne „kawałki”, Scorpionsów też, ale najbardziej lubi grać „Metallicę”, zachodzę więc, aby posłuchać, a potem podglądowa lekcja gry na bębnach, Igor dostał od jakiegoś Polaka pałeczki i wozi je w aucie, a kiedy tkwi w korku, wtedy puszcza muzykę, albo bez niej, i imituje grę, a kierownica służy mu jako bęben, kierowcy, którzy stoją  obok niego w korku unoszą kciuk do góry, widząc pozytywnie zakręconego Igora, tłumaczy mi jedynki, dwójki, trójki, miksty, wyznacza rytm metronomu, do którego dopasowuje swoją wyimaginowaną grę, uderzenia pałeczkami, lubię ludzi pozytywnie zakręconych, ja chyba też taki jestem, albo byłem, ale ja tylko palcami uderzam w klawiaturę, a na klawiaturze laptopa nie można przecież zagrać „Nothing else matter”, wziąłem się za „Wyspę pingwinów” France’a, znów nieco zwariowana, historyczno-fantastycza powieść, lekko się czyta, pod wieczór wiatr nieco ustaje, słońce znów jest, lecz nie zaryzykuję opalania, zbyt późno i powietrze nazbyt rześkie, chyba nie będzie dzisiaj wyjazdu, jakieś autko podąża spod Bilbao, więc będzie tutaj za jakieś 16 godzin, prawdopodobnie wsiądę do pierwszego, które przyjedzie pod „dom”, bo oprócz Jurka jestem w tej chwili jedynym Polakiem i teoretycznie na mnie wypada kolej, jeszcze w sobotę próbowaliśmy uzyskać połączenie internetowe, firma zapłaciła z góry za dwa lata, 800 euro, router działa ale sygnału nie ma, Jurek pojechał do Bercku zapytać się, kiedy będzie, no i uruchomią ale dopiero 24 kwietnia, już po świętach.

[10.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

18 kwietnia 2017

WRZASK

Na promie kwiat młodzieży, francuskiej, angielskiej, potem się okaże, ze również niemieckiej, wrzaskliwy, chodzący to tu to tam, prom nowoczesny, francuski, Duma Francji, czy jak tam ją zwał, z obszerną, kolistą salą obok jednego z barów, zanim znalazłem miejsce przy stoliku tak niskim, że pisać przy nim nie można, już spał ten gość, może kierowca, najpewniej kierowca, rozłożył się na kanapie i nakrył aż po głowę śpiworem, już śpi, nie reaguje na hałas, po prawej stronie rudowłosa, prostowłosa dziewczyna, a brwi ma niemal białe, na przemian znudzona i niespokojna, po prawej blondynka, wysokie czoło z brewiarzem - komórką, wpatrzona w esemesy jak w święty obrazek, rzuca zdawkowe spojrzenia w moją stronę, no powiedzmy, że obok mnie, a z tyłu moszczą sobie na podłodze, a raczej na dywanie trzy małolatki, jedna utrudzona, senna, na twarzy pełna z nabrzmiałym nosem, może przeziębiona, owinęła się wełnianą kurtką, chyba granatowa, leży na prawym boku, skulona, może zaśnie, już śpi, prześpi całą podróż, dwaj chłopcy opierają się o plastykową, imitującą drewno ścianę, gapią się w wyświetlacze swoich smartfonów, pewnie w coś grają, ten jeden ma niebieską kurtkę, podoba mi się ta kurtka, zgaduję, że jest nieprzemakalna, intensywnie niebieska, drogi prezent od rodziców, naprzeciwko sześcioro, dwie młode kobiety i czterech mężczyzn, jeden to dusza towarzystwa, krótko obcięty, ze srebrem nad skroniami, gestykuluje podczas rozmowy, początkowo nie rozpoznaję, w jakim języku trwa rozmowa, wrzaski i piski, wychwytuję pojedyncze słowa, Anglik, wszyscy z Wysp, jeszcze jeden ma wygoloną czaszkę i mierny rudawy zarost, wyłupiaste oczy, rybie oczy, typowy Anglik - marynarz, trzeci ubrany jest w ciemnobłękitną kurtkę, nosi okulary za którymi umieścił swój szalenie zdziwiony wzrok, nie rozmawia, przytakuje, czwarty podobny do pierwszego, też krótko obcięty może nawet podobny, wśród nich blondynka, właściwie sinoblondynka, daję jej dwadzieścia pięć, sześć lat, ładne, białe, proste zęby, oczy osadzone blisko siebie, wydatne policzki, pucułka jedna, a kiedy wstała, okazało się, że jest mikra, ileż ta nauczycielka może ważyć, daję jej pięćdziesiąt trzy, ma coś w sobie sympatycznego, tak, wszyscy to nauczyciele, młodzi, mężczyźni trochę starsi od kobiet, ta druga też młoda, wyższa od koleżanki, dwa cienkie warkoczyki sięgają piersi, stanowcza w spojrzeniu, lekki makijaż, brwi łukowate, pod nimi bardzo brązowe oczy, które mówią, że ich właścicielka ma klasę, ale tamta pierwsza sympatyczniejsza, ta druga pije piwo, w tę i tamtą stronę przelewa się młodzież, dziewczyny i chłopcy z plecakami na grzbietach kursują jak te promy pomiędzy Calais a Dover, a pod śpiworem mężczyzna śpi, i jeszcze jeden zasnął na innej kanapie, biały podkoszulek, jasne bawełniane spodnie, dzieciaki i młodzież w wieku gimnazjalnym mają frajdę, a ich opiekunowie czas na rozmowę, ile to razy znajdowałem się w takiej sytuacji, wyobrażam sobie, że podszedłbym do tamtych i powiedział, że gdzieś tu na ósmym pokładzie są też i moi, ale za stary jestem, aby do nich podejść, no i oczywiście nie mam swojej grupy, dobrze, że nie mam, bo to co mam, nazywa się dość, ciekawe kiedy im się naprzykrzy obwozić po Europie podopiecznych, kiedy się wypalą, a mnie denerwuje już ten hałas, wrzask, piski, to dudnienie rozmów i nie podobają mi się ci młodzi panowie, którzy pokazują się ze szklanicami pełnymi kiepskiego francuskiego piwa, blondynka z komórką - brewiarzem rzuca ukradkowe spojrzenia w okolicę mojej strony, a ta bidula przykryta wełnianą, granatową kurtką śpi w najlepsze, ma mahoniowe włosy, spostrzegłem, gdybym siedział nie w niewygodnym fotelu a na szerszej i dłuższej kanapie, klepnąłbym ją w ramię i powiedział, kładź się na niej, będzie ci wygodniej, kanapa to jednak nie dywan, o tak, u tych nauczycieli - opiekunów jest całkiem spora garść zapału, tylko ta wyższa mnie denerwuje, taka jakaś mająca o sobie jak najlepsze zdanie i pije piwo, w oddali po lewej ciemnoskóry, ale nie za bardzo ciemnoskóry tatuś, łysy, dobrze zbudowany, typ boksera, mocna szyja, nos spłaszczony, bicepsy nafaszerowane atlasem, a niech mnie, taki nieco wyższy Tyson, zajęty najpierw komórką, ale potem przykleja się do niego jedna z jego prześlicznych córeczek, ich matka biała, choć cała na czarno, przylegające do zgrabnych nóg spodnie, wełniany sweter, wszystko czarne, włosy też, naturalnie czarne albo na czarno zrobione, chodzi bezradnie, przysiada, ziewa, mój Boże, czemu ty ziewasz, mając tak śliczne córeczki leciutko powleczone smagłą barwą naskórka, jakaś dziewczyna rozczesuje swoje długie włosy, a ta ruda już odeszła z inną, a ta z brewiarzem - komórką wciąż zerka, a ta za mną śpi, na zdrowie, ni stąd ni z owąd moi nauczyciele rozwijają nanizane na żyłkę albo jakąś nylonową linkę kolorowe trójkąty, a na każdym z nich jedna literka i kiedy rozwinęli to cudeńko, wyszedł napis happy birthday, bo to jedna z dziewcząt obchodziła już po północy imieniny, więc jej zaśpiewali, a potem wzięło się skądś ciasto i ci co byli bliżej, albo ci, co tężej śpiewali, dostali po kawałku, tak, młodzi nauczyciele, tacy prawdziwi, to zawsze mają w zanadrzu jakąś niespodziankę, jakąś zabawę, na każdą okazję, a mnie to denerwuje, że, no dobra, denerwuje mnie hałas i kiedy tak się przyglądam tym młodym pedagogom, to mówię sobie, że wiele jeszcze przed nimi, niech się bawią, niech myślą, że są niezastąpieni, do czasu, a mój bokser siedząc na kanapie, unosi ponad głowę swoją najmłodszą pociechę, przyjmijmy na moment, że jest to naprawdę bokser i wydawałoby się, że taki co to uprawia mało intelektualny zawód i, psia mać, nie może mieć właściwego podejścia do dzieci, a tu proszę, to przecież widać, że te dziewczynki swoje najrozkoszniejsze kocha, no i w końcu matka przestała ziewać i nawet się uśmiecha do skarbów, całe szczęście, bo podszedłbym do niej i powiedział, że powinna się uśmiechać do córeczek, skoro je ma, i ma ładne, zresztą, nawet gdyby nie były ładne, to i tak powinna się do nich uśmiechać, a ta za mną śpi w najlepsze, chłopcy piją colę i grają w coś, co mają w komórkach, rudej nie ma, jej sąsiadka przestała rozczesywać włosy, a ta co zerkała, zerka, ale też rozmawia z koleżanką, kierowca pod śpiworem śpi, i ten w białym podkoszulku też, pojawia się przystojny, ulizany hindus, znaczy się po ojcu albo matce hindusach, na nosie ma takie inteligentne okulary, o i są dwaj chłopcy, Francuzi, pięknie obcięci, z pozostawioną nad wysokim czołem czuprynką, to pewnie taka moda, podoba mi się, ale nie podoba mi się ta Angielka z wygryzionymi przez psa nie pierwszej młodości dżinsami na kolana się, gwar nie milknie, na samym początku, kiedy znalazłem sobie miejsce do siedzenia w tym tłumie, zacząłem czytać „Korsarza”, ale gdzie tam, sześć, siedem stronic, zaledwie, nie mogłem się skupić, więc wyjąłem zeszyt, w którym mam wszystkie głupoty, adresy i numery do zapamiętania, których nigdy nie nauczę się na pamięć, wyjąłem grubo piszący długopis i zacząłem, stary dureń, notować to wszystko, co teraz przepisuję dosłownie albo niedosłownie, a wygląda to tak, jakbym miał przed sobą sztalugę z ustawioną na niej ramką z naciągniętym płótnem, a w ręku trzymał pędzel i co chwila nim pociągał po blejtramie, maluję słowami modele w bezruchu i te przemieszczające się po okrągłym spacerniaku holu, muszę już wyjść, zbliżamy się do Calais, było ogłoszenie, muszę zapalić na zewnątrz, wychodzę i wtedy spotykam Niemców i francuskich opiekunów, światła portu, jeszcze tylko znaleźć najkrótsze zejście z ósmego doku na piąty, półtorej godziny z tankowaniem zostało mi do celu, nie jestem zmęczony...

[08.04.2017, na promie Dover - Calais i Campigneulles Les Grandes we Francji] 

PIĘKNY KWIETNIOWY DZIEŃ

1.
Tak oto siedzę sobie w „domu kierowców” w Campingneulles Les Grandes we Francji w kwietniową środę, przepiękną, wiosenną, wypełnioną słońcem i bezwietrzną. Dzisiaj nad ranem powróciłem z Leicester (wcześniej rozładowałem się w Birmingham) w towarzystwie kierowcy Jacka, z którym ładowaliśmy towar do Flesenbergu w Niemczech (my oczywiście jedynie do Calais). Powróciłem po przygodach; najpierw związanych z tym, że przyjechano po nas do Marck pod Calais z opóźnieniem (wymieniamy się z Ukraińcami właśnie w Marck, o ile mamy ładunek na Holandię, Belgię, Niemcy czy Finlandię, mając już do dyspozycji Citroena Berlingo, po którego pakujemy rzeczy i prowiant na podróż); kolejny problem dotyczył już mnie osobiście, bo nasze Berlingo wyjeździło już niemal całe paliwo, a do stacji benzynowej, Esso Expressu, miałem prawie pięćdziesiąt kilometrów, a zatem powracając do „domu” sam, zmuszony byłem jechać przeraźliwie wolno (Jacek czekał na swojego zmiennika), zdejmując nogę z gazu na zjazdach i ledwie co przyspieszając na podjazdach, oby tylko starczyło mi oleju napędowego i w taki sposób udało mi się dojechać  „na oparach” do Campigneulles, a tu kolacjo-śniadanie i zastanawianie się nad tym, czy kolejny kurs czeka mnie tego samego dnia, czy dopiero we czwartek. Dość powiedzieć, że kiedy Jacek powrócił do domu około szóstej rano, w „domu” było nas tylko dwóch Polaków (zatem prawdopodobieństwo dostania kolejnej trasy było wielkie), ale jakoś mnie się tym razem upiekło: to Jacek dostał wiadomość, że ma się szykować do drogi w nocy z środy na czwartek, a ja mam być przygotowany na czwartek, gdzieś w południe, jak myślę. I w taki to sposób odpocząłem sobie w tę środę (Jacek zresztą też), nadrabiając, niewielkie zresztą, braki snu. 
2.
W „domu” po wielu dniach niewidzenia się nawzajem spotykam swego ukraińskiego partnera Romana. Jest w nienajlepszym nastroju, bo w zeszłym tygodniu umarł mu teść, z którym by w jak najlepszych stosunkach. Opowiada mi:
- Wiesz, martwię się o córką (ma czternaście lat), która najbardziej przeżyła śmierć dziadka. Teść z teściową mieszkają od nas jakieś 60 kilometrów i żona z córką właśnie pojechała w przedostatnią sobotę, aby ich odwiedzić, aż tu nagle z niedzieli na poniedziałek teść umiera. A moja córka była do niego bardzo przywiązana. Kiedy wcześniej zdarzało mi się z żoną jechać do nich bez córki, to teść rugał nas, że nie wzięliśmy z sobą jego wnuczki.
Przypomniała mi się śmierć swojej teściowej, która zastała mnie gdy również byłem poza krajem. Podobne uczucia, podobny ból. A żyć przecież trzeba.
- Takie jest życie - wzdycha Roman, a w jego oczach pojawiają się niepokorne łzy.
- Nie trzeba narzekać na życie - wtrąca się do rozmowy inny kierowca ukraiński, Giena, podobnie jak Roman, ze wsi spod Tarnopola. - Zobacz, ile jest ludzi biedniejszych od ciebie… a ci chorzy… inwalidzi.
Przyznajemy mu racją, choć po chwili zauważam:
- Wiesz, Giena, ale jak ciebie czy twoich najbliższych, rodzinę, spotyka jakieś nieszczęście, choroba albo śmierć, to człowiek nie jest w stanie myśleć o czym innym; jego ból jest najważniejszy.
Rekapituluję. Ludzi na całym świecie łączy to samo szczęście i te same problemy i przykrości go dotykają. Nie ma Polaków, Ukraińców, Rosjan, Francuzów czy Anglików - są ludzie.
3. Oczywiście niepocieszony jestem tym, że przez te cztery tygodnie podróży tak niewiele miałem możliwości korzystania z internetu. Łącze w Calais jest bardzo niestabilne. Co najwyżej mogę otworzyć stronę bloga, ale tylko na chwilę, bo za chwilę tracę łączność. Podobnie z facebookiem. Czasami zawodzi też łączność w Dover, a innym razem, jak trafi się szybka przeprawa, nie ma sensu nawet uruchamiać laptopka… no i z tego powodu nie mogę sobie porozmawiać przez messengera, ani czytać i komentować teksty zaprzyjaźnionych blogerów, czy w końcu zamieszczać tego, co udało mi się napisać. Może w końcu firma uruchomi nam internetowe łącze… ale to już po świętach. 

[05.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

07 kwietnia 2017

WYPOŻYCZALNIA (11) O WOLNEJ WOLI CZŁOWIEKA WG. SCHOPENHAUERA

Czy człowiek może w sposób dowolny sterować własnym życiem poprzez podejmowanie własnych, niezależnych od nikogo i niczego zadań i decyzji? 
Optymista powie: wszystko w moich rękach, wszystko zależy ode mnie; mogę postąpić równie dobrze tak, ale mogę też inaczej. Od ciebie człowieku zależy wszystko, co robisz, o ile, rzecz jasna, nie krępuje cię antywolnościowe prawo, nie jesteś podsądnym czy uwięzionym.
Pesymista z kolei oprze swój pogląd w tej materii na determinizmie, wskazując, że wolna wola nie istnieje, gdyż człowiek podlega zewnętrznym prawom, ludzkim lub boskim, którym jest w każdym momencie swojego życia podporządkowany, a zatem wolna wola jest niczym więcej jak iluzją.
Co w tej sprawie ma do powiedzenia Schopenhauer?
Oto fragment jego filozoficznej rozprawy „O wolności ludzkiej woli”, fragment skłaniający do refleksji i jednocześnie konkretyzujący jego filozoficzne zainteresowania. Ostatni akapit pozwoliłem sobie wyróżnić podkreśleniem, albowiem mnie, osobie piszącej, często w nadmiarze, interesuje kwestia taka:
Czy osoba pisząca, autor powieści i opowiadań, kreując własny świat swojej opowieści, wyodrębniając w nim człowieka, jako tej opowieści bohatera, stwarza poprzez tę kreację warunki do tego, aby wymyślony przez niego „stwór” powieściowy posiadał własną wolę działania i podejmowania niezależnych decyzji, czy może dla tego bohatera pisarz jest istotą wyższą, która determinuje postępowanie bohatera na równi z realnym Bogiem, o ile Ten istnieje?
„114) Bo jeżeli zły uczynek wypływa z natury człowieka, tj. z wrodzonego mu ustroju, to wina spada oczywiście na sprawcę tej natury. Dlatego wynaleziono wolną wolę. Ale przyjmując ją, nie możemy się zgoła dopatrzeć źródła, z którego uczynek ma wypływać; gdyż w zasadzie jest ona własnością tylko ujemną i orzeka tylko to, że nic człowieka nie zmusza lub że nic mu nie przeszkadza, by postąpił tak lub inaczej. Ale nie wyjaśnia ona bynajmniej skąd uczynek ostatecznie wypływa: wszak nie ma on wynikać z ustroju człowieka, wrodzonego lub nabytego, bo wówczas   na karb Twórcy jego, ani też jedynie z warunków zewnętrznych, bo wówczas poszedłby na rachunek przypadku; człowiek nie ponosiłby więc winy w żadnym wypadku — gdy tymczasem robimy go przecież
odpowiedzialnym za czyny. Naturalny obraz wolnej woli przedstawia nieobciążona waga:
wisi oto spokojnie i nie utraci nigdy swojej równowagi, jeżeli nie wrzucimy czegoś na jedną z jej ważek. Sama z siebie nie może wywołać ruchu, a zupełnie tak samo wolna wola sama z siebie nie może wydać uczynku: bo z niczego staje się nic. Chcąc, aby waga opadła w jedną stronę, musimy położyć na niej jakieś obce ciało,  które wówczas jest źródłem ruchu. Tak samo musi coś wywoływać ludzki uczynek, coś, co działa pozytywnie i co jest czymś więcej niż tylko negatywną wolnością. A to „coś” może być tylko dwojakie: albo czynią to pobudki same w sobie, tzn. zewnętrzne warunki: wówczas oczywiście człowiek nie jest odpowiedzialny za swój uczynek, wówczas też wszyscy ludzie musieliby postępować jednakowo wśród jednakowych warunków; albo też wypływa owo „coś” ze zdolności przyjmowania takich pobudek, jaką człowiek posiada, a więc z charakteru, wrodzonego mu, tzn. ze skłonności, które w nim pierwotnie tkwią, które mogą być różne u różnych osobników, i dzięki którym pobudki działają. Ale wtedy wola już nie jest wolna: bo te skłonności są owym ciężarkiem, położonym na ważce wagi. Odpowiedzialność spada na tego, kto je tam włożył, tzn. na tego, którego dziełem jest człowiek, wraz z takimi skłonnościami.
A zatem człowiek jest tylko w takim razie odpowiedzialny za swoje działanie jeżeli jest sam swoim własnym dziełem, tzn. jeżeli istnieje sam z siebie.”

[02.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

BALLADA NA MOTYWACH HISTORII KOPCIUSZKA OPISANA

I
Pani której wargi
odcisnęły głęboki ślad
na moim policzku
proszona jest
o niezawodne stawiennictwo
przed ołtarzem
królewicz

II
Panie
wysłaliśmy umyślnych giermków
aby skonfrontowali
gipsowy odlew pocałunku
pozostawionego na twoim prawym obliczu
w miejscu
pomiędzy górną a dolną ósemką
sześćdziesiąt sekund przed północą
przez niewiastę
zapewne szlachciankę
z wargami wszystkich niewiast podgrodzia
większości młodych i urodziwych
które dostały zaproszenie na bal.

III
Twoi słudzy panie donoszą
że żadne ze ust
których właścicielkami 
są szlachetnie urodzone damy
nie pasują do sporządzonego gipsowego odcisku
jednakowoż odnaleziono jedną pannę
podlejszego urodzenia
dziewkę służebną
zajmującą się gotowaniem strawy
tudzież oprzątaniem inwentarza
w domu zacnej aczkolwiek przystarej mieszczanki
jej to karminowe wargi
wtopiły się tak dokładnie
w formę gipsowego odlewu warg
że my twoi słudzy
mieliśmy nie lada problem
z oderwaniem od siebie tej pary
czy to możliwe że ta mieszczka
była tą właśnie
od której panie nie odrywałeś ni wzroku
ni swoich ramion oplatając nimi
nieznajomą w maski przebraniu
najurodziwszą tancerkę 
na balu przez ojca twego
króla pana wydanym
abyś dopełnił jego woli
obierając sobie kobietę
z którą będziesz dzielił łoże
która powije ci syna
a ciebie samego uczyni dziedzicem
i spadkobiercą tronu.


IV

Pani której wargi
odcisnęły głęboki ślad
na moim policzku
zbliż się i uchyl zasłonę maski 
ukaż swoją twarz
niech rozpoznam kształt podbródka
schronione przed mym wzrokiem oczy
cóż że twoja suknia
ze śladami pracy domowej
inną jest od tej
w której tańczyłaś u mego boku
drżąca szczęśliwa
w której na minutę przed północą
wybiegłaś ode mnie
pozostawiając prędki pocałunek 
i swój czar na wieki.

V
Gołąbki moje
przybyłyście w samą porę
kiedym pochylona nad stertą ziaren
oddzielała od siebie i mak i lniane siemię
i groch i pszenicę
upuszczałam krople łez
w których topiły się moje marzenia
wy zleciałyście się nad moją pracą
całym furkającym stadem
dzisiaj zapraszam was do swego królestwa
gołąbki moje
przylećcie pod katedralne schody
gdzie moją głowę 
ubraną w panieński wieniec
obsypią ryżowym ziarnem
i spełni się moje marzenie
niedawnej służki
dzisiaj księżnej pani.

VI
Dekretem królewskim ustanowiono
dożywotnie prawo
do zakładania przez gołębie ptactwo
gniazd w obrębie królewskiego pałacu
i grodu objętego miejskimi murami
a kto by takowe gniazdo miał śmiałość 
skalać bądź zniszczyć 
ma być sądzon jak najsurowiej
w imieniu jejmości króla
kanclerz wielki koronny.

VII
Aż do tych pór
stary królewski zamek
wraz z miastem równie prastarym
gości kolejne pokolenia gołębiej gromady
której przodki 
uczyniły z prostej dziewczynę księżną
następnie królową
z tej to przyczyny 
gościu odwiedzający nasze miasto
okaż serdeczność 
skrzydlatym przyjaciołom 
nie zabieraj im życia
nie targaj gniazd
z przewodnika po starym mieście.

[02.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

ABY SIĘ NIE NUDZIĆ - DWIE TRASY DO ANGLII

Kiedy już pozostawałem w błogim stanie lenistwa, począwszy od 30 marca dostałem dwie trasy na Anglię: 30-go do Oxford, a dnia następnego, po powrocie i trzech godzinach odpoczynku w „domu”, kolejny kurs pod Birmingham (Jaguar/Rrover), co dało w sumie ponad 2000 kilometrów na 48 godzin pracy właściwie non-stop.
 W Oxford rozładowuję się rano, przed siódmą, po półgodzinnym oczekiwaniu na otwarcie firmy i zaraz dostaję namiary na firmę pod niewiele mówiąca mi nazwą BT, znajdująca się w Lutterbach pod Leicester. Podjeżdżam tam przed południem. Przy bramie Hindus w średnim wieku spisuje mojej dane, kontaktuje się telefonicznie z magazynem, lecz ma trudności w określeniem miejsca, skąd będę brał towar. Mija czas, ja nie mam żadnych bliższych danych, takich jak numer referencyjny ładunku, czy też numer magazynu; Hindus odsyła mnie pod budynek z żółtą bramą, mówiąc, żebym przed nią zaczekał, bo ktoś do mnie wyjdzie.
Stoję zatem pod tą bramą trzy kwadranse, lecz nikt się nie zjawia. Wreszcie nadjeżdża widlakiem jakiś młodszy, a ciemniejszy Hindus.
- Excuse me, a man at the security office told me to drive round the building and stop my lory in front of this yellow gate - mówię do niego. - I was to wait here until anyone came up to me. Nobody came, so I’ve been waiting here for 45 minnutes now. Could you help me? 
Hindus nie wie, co z tym fantem zrobić, podobnie zresztą jak Polak pracujący w tej firmie, który pojawia się po chwili. Obiecują, że powiedzą o mnie, że czekam na towar komu trzeba. Wracaja po pięciu minutach i sugerują, abym objechał wielki magazyn i postawił auto przed inną bramą. Podjeżdżam pod wskazane miejsce. Tam znów zapytuję o możliwość dostania ładunku, lecz otrzymuję informację, że już byłem pod wskazanym miejscem i powinienem w nie powrócić… a zatem wracam pod „żółtą” bramę, czekam jeszcze kwadrans i w końcu mam towar do Rotterdamu, chociaż ja rozładowują go w „domu”, skąd zmieniający mnie za kierownicą Ukrainiec zabierze ładunek do Holandii.
Na prom w Dover dostaję się szczęśliwie, wjeżdżając dwie godziny przed faktyczną godziną wypłynięcia tuż po zachodzie słońca. Będą już na szlaku żeglownym pośrodku Kanału, obserwuję jak na północnym i zachodnim skraju horyzontu, nad spokojnymi wodami gromadzi się wąska, przylegająca do morskiej toni żółtawa ćma mgły, przypominająca chmury unoszącego się pod wpływem czy to wiatru, czy różnicy temperatur wiatru. Ciekawe zjawisko, choć zwykle wtedy, gdy zaczyna być ciekawiej, nie mam z sobą aparatu fotograficznego.
Dojeżdżając z Calais do „domu”, wiem już o powrotnym kursie do Anglii. I to jest ten cenny czas prawie trzech godzin, kiedy to po średnioenergetycznym posiłku odbywam drzemkę.
Wyruszam w środku nocy. Miałem płynąć promem, ale spedytor przez pomyłkę nie zamówił mi przeprawy. Miałem się wrócić pod Eurotunelem, skąd przeprawię się pociągiem pod Kanałem. Przejeżdżam więc z przeprawy promowej na tunelową. Tam akurat moje autko kierują na rentgenowski skaner i tracę trochę cennego czasu. A potem już M26, M25 i M1 w stronę Heathrow, Oxford i Birmingham. Do zakładów Jaguara i Rovera trafiam bez kłopotów, choć sporo czasu zajmuje mi rozładunek. I już podczas rozładunku dostaję informację o załadunku w Leeds. Po śniadanku wyjeżdżam, a mam do przejechania circa 180 kilometrów, ale zdążę, choć jadę stosunkowo szybko, aby nie tracić czasu. Ciekawa sytuacja w samym Leeds. Obie nawigacje doprowadzają mnie na osiedle mieszkalne, a więc będę musiał rozejrzeć się za firmą, polegając na „własnym nosie”. Podjeżdżam pod rondo i ze zdziwieniem spostrzegam przed sobą ciężarówkę z reklamą tej firmy, do której mam się udać. Zastanawiam się tylko, czy ciężarówka opuściła własna firmę, czy też zmierza akurat do niej. Okazuje się, że jechała do swojej bazy, bo jadąc za nią, po jakichś trzystu metrach docieram pod wskazany adres. 
I znów załadunek. Jakieś meble, skrzynie i kartony do Amsterdamu i Hamburga. Ale nie cały towar mają przygotowany. Ostatecznie wyjeżdżam po 18-tej, po dwuipółgodzinnym oczekiwaniu. Piszę na komunikatorze, że wypadałoby porozmawiać z klientem, aby przesunął godzinę jutrzejszego rozładunku. W Amsterdamie towar ma się pojawić bowiem na godzinę ósmą rano, a ja mam do przejechania po samej Anglii około 450 kilometrów, później przeprawa promowa - jakieś 2-3 godziny zwykle, następnie zmiana kierowców, a to wszystko wymaga czasu.
Spedytorka zmienia ustalenia: mam wjechać na tunel (szybciej), to raz, a dwa, nie podjeżdżam z towarem do „domu”, a zamieniam się z Ukraińcem w Marck pod Calais (firma dostarczyła już „berlingo”, które służyć ma właśnie temu, że zmiennik podjeżdża nim we wskazane miejsce, gdzie następuje zamiana kierowców i ten, który do tej pory jechał, wraca półosobówką do „domu” i w ten sposób zyskuje się jakieś 180 kilometrów. Ale wyniknęły dodatkowe problemy.
Około 1.20, dzięki nadzwyczaj szybkiej, kolejowej przeprawie przez Kanał, stawiam się w Marck, w miejscu zamiany. Wcześniej, jeszcze po angielskiej stronie, kontaktowałem się telefonicznie z „domem”, określając prawdopodobną godzinę przybycia do Francji. Kierowca miał już wyjechać. No i nie wyjechał. Czekam godzinę i ponownie dzwonię do „domu”. Ktoś inny odebrał telefon. Nikt nie wyjeżdżał i on zajmie się tym, aby wyjechał. 
Zmiennik dotarł w końcu do mnie parę minut po piątej; w pół do szóstej lub trochę później ruszył w drogę. W dwie godziny do Amsterdamu się nie wyrobi. 
Powolutku dojechałem do „domu”, rozpakowałem się i znalazłem sobie łóżko. Wreszcie pora na sen.

[01.04.2017, Campigneulles Les Grandes we Francji] 

KAWIARENKA (87) ZAPROSZENIE

Jako się już raz rzekło, a w dodatku było to umówione, na uroczystym obiedzie w kawiarence pojawili się obaj księża; potem zaszły do dwóch połączonych stolików siostry zakonne rodzone: Gabriela i Rozalia, a następnie doszły do tego grona dwie mniej znajome, aczkolwiek zaglądające od wielkiego święta do kawiarenki panie: Popławska i Zgadkiewiczowa, obie z nieodległego Grodka, porządnej i gospodarnej wioski. Za chwilę dosiadł się do towarzystwa kawiarennik Adam, dopiero co umykając z góry, gdzie pieluchową posługę czynił u małego Kubusia, a z nim pan radca Krach, bez którego, jak wiadomo, żadna istotna do załatwienia w miasteczku sprawa odbyć się nie może. Umówiony był na to obiadowe spotkanie również pan mecenas Szydełko, ale zatrzymały go w powiatowym mieście sprawy sądowe, których obiecał sobie solennie nie przegrać jeszcze nocą, kiedy to dwie mowy obrończe pilnie kompilował.
Obie mniej znajome kawiarenkowemu towarzystwu panie należały do elity grodkowskiego Koła Gospodyń Wiejskich i zapewne (tak przypuszczali kawiarennik i pan radca) przybyły do tego zacnego miejsca z niejaką misją; natomiast osoby duchowne, jak się wydaje, miały tej misji być solidnym, właśnie duchowym, wsparciem.
Pierwsza z nich (mowa rzecz jasna o paniach z KGW), pani Popławska była kobietą z krwi i kości, rolniczką nie z tej ziemi (ksiądz Andrzej pewnie obruszyłby się na te słowa), osobą, przed którą, jak to mówią, jak się zatrzaśnie drzwi, to wejdzie oknem, a załatwiwszy sprawę, wychodząc, one drzwi potraktuje z solidnie wykonanego przez miejskiego szewca kozaka. Ta pani rej wodzi w instytucji, która, jak się zdaje, prócz lotów w kosmos zajmuje się wszystkimi sprawami, które społeczność Grodka uważa za swoje własne i ważne do poczynienia. Nie pora w tym miejscu rozwodzić się nad całokształtem działalności zrzeszonych w kole grodkowskich gospodyń, gdyż każdy, kto chociaż raz w życiu zetknął tą babską instytucją, ten wie, co w takim kole, w jego salach, kuchniach i magazynach piszczy. A że zaciętej fantazji paniom z Grodka nie brakuje, nie tylko tym, broń Boże, co teraz obiad spożywają, lecz całej tej uroczej gromadce, niesłychanie w rozpiętości wieku rozproszonej, świadczyć mogą rozliczne nagrody podostawane w konkursach rozmaitych: od plastycznych, śpiewaczych, przetańczonych, aż po kulinarne dyplomy.
Druga z pań, Zgadkiewiczowa, też z gospodarskiej familii, tyle że ona nieco w bok kroczek spory uczyniła, obierając po szkołach posadę zacnej i lubianej przez tłumy nauczycielki wiejskiej podstawówki. Pozytywnie zakręcona, jak wszystkie zresztą Grodowianki, ileż to wielkich hec, ile imprez wszelakich wyczyniała w tej szkole, prócz wciskania dzieciskom do głów abecadła i tym podobnych materii. Z tej swojej energii szkolnej, która ją rozpierała, w kole gospodyń początkowo swym przecudnym szaleństwem zajmowała się niewiele, nie dość aktywnie jak na swoje moce, lecz po przejściu w nauczycielski stan spoczynku, miast po trudach stresującego fachu odpocząć trochę, na wersalce się rozciągnąć z nogami powyżej głowy dla poprawy krążenia, domem się zająć, a raczej mężem, aby na - proszę o wybaczenie - stare lata, nie poczuł się zbyt młodo, ona to, Zgadkiewiczowa szturmem znalazła swoje miejsce w tej babskiej organizacji, biorąc na siebie znaczną część zadań przed jakimi całe koło uchylać się nie uchylało, jednakowoż wymagało pierwszorzędnego kierownictwa, dodajmy, kierownictwa z pedagogicznym doświadczeniem, z onym wysublimowanym podejściem, którego nauczycielce szczerze, ale niegroźnie zazdroszczono. 
- Przejdźmy zatem do rzeczy, drodzy państwo - zagadnęła pani Zgadkiewiczowa, kiedy usunięto już ze stołów opróżnione doszczętnie rosołowe talerze. - Wielkimi krokami zbliża się do nas Wielkanoc, a zatem pomyślałyśmy sobie - tu pani Zgadkiewiczowa poszukała wzrokiem potwierdzenia ze strony przyjaciółki - pomyślałyśmy sobie, aby szanowne towarzystwo kawiarenki zaprosić do siebie, do Grodka, do naszego koła, w Wielki Czwartek.
- Słyszałyśmy wiele o państwa przemiłej instytucji - weszła w słowa pani nauczycielce pani Popławska - sama dwa razy tutaj już byłam, pewnie niezauważona, i pomyślałyśmy sobie, że może i my szanownemu państwu coś ciekawego pokażemy.
- Tak, tak - wpięła się w słowa przedmówczyni pani Zgadkiewiczowa - a wielkanocne święto jest przyzwoitą okazją, aby państwu z miasta zaprezentować wiejskie zwyczaje, nauczyć malowania pisanek, robienia kogutków i zajączków, przystrajania koszyczka ze święconką i stołu.
- O tak - wtórowała nauczycielce gospodyni - poznalibyście państwo nasze obyczaje, upieklibyśmy wspólnie wielkanocne strucle, baby, serniki, makowce, pierniki i mazurki.
- Nauczyłybyśmy was wypieku domowego chleba…
- A sałatki? a torty?
- Nareszcie zobaczylibyście państwo nasze dawne obyczaje, stroje, najprawdziwszy konny powóz, na sumę do kościoła przystrojony… i tak dalej i dalej.
Ksiądz Kącki dyskretnie podrapał się za uchem, przewidując, że i on głos swój powinien jeszcze przed wniesieniem drugiego dania postawić.
- Moi państwo, prawdę mówiąc te oto panie do mnie się zwróciły najpierw w tej sprawie. Jak by nie było to nasze parafianki, a i wielkanocna pora to chrześcijańskie święto, więc się nie dziwię, że najpierw do mnie zagadały. I pytały się nasze białogłowy o to, czy przypadkiem takie wspólne, przedwielkanocne spotkanie, nie napotka jakichś przeszkód ze strony kawiarenkowych gości,, którzy przecież w ten czas pewnie w swoim rodzinnym gronie czynić będą do świąt przygotowania. Wtedy ja im powiadam: ja kawiarennikowi powiem, w szczegółach nie wyłuszczę w czym rzecz, ale powiem, że panie z zaproszeniem przyjdą. A może z tego wszystkiego wyniknie coś więcej niż to jedno w Grodku spotkanie?
Niespodziewanie włączył się do rozmowy ksiądz Andrzej.
- A ja wam powiem moi bracia i siostry, że właśnie w tej chwili pomyślałem sobie o tym, że chociaż nasz Różanów to niewielkie miasto, a Grodek przecie nie daleko, to my się wspólnie tak bardzo dobrze to nie znamy; jeszcze starsi ludzie, to tak, ale młodzi? Wiem coś o tym, bo sam jestem w mieście od niedawna i wciąż parafian odwiedzam, i wciąż się czegoś od nich uczę. A jeśli w Grodku pierwszorzędnie stara świąteczna tradycja jest kultywowana, to dlaczego nie zarazić nią miasteczka? 
- Ja oczywiście z największą ochotą z tego zaproszenia skorzystam - wyraził swoje zdanie pan Adam, kawiarennik - a wszelkie prace tak poukładam, abym nie tylko ja, ale i moi pracownicy mogli skorzystać z zaproszenia i chociaż przez chwilę być gośćmi w zacnym Grodku. A co pan na to, panie radco?
Wywołany do odpowiedzi radca Krach wystrzelił słowem jak z procy:
- Gdzie ty, tam ja, przyjacielu. Ale też chodzi o to, aby w jak największym gronie pojawić się u naszych przeuroczych pań. I jeszcze jedno… ja już się cieszę na rewizytę w naszej kawiarence. Są tam u pań w kole jakieś urodziwe dziewoje?
Oczy obu rodzonych sióstr zakonnych lekko się spłoniły, lecz szybko zdmuchnęły ten płomyczek uśmiechem, przywykłe do poetyckich żartów pana radcy.
- Są, a jakże - odezwała się pani Zgadkiewiczowa. - Oby tylko kawalerów nie zabrakło - a po namyśle dodała: - ale te damsko- męskie kwestie najlepiej rozstrzygać przy wodzie, na świętego Jana.
- Tak i ja pomyślałem - wyszeptał pan radca - obiad w kawiarence, wianki na zalewie, pierwszorzędny pomysł.
- Ale póki co skupmy się na najbliższym święcie - przywołał rozbudzonego do czerwoności w swych marzeniach pana radcę ksiądz Kącki. - Mam rozumieć, że gotowość u państwa jest, aby wiejskim powietrzem, zapachami i tradycją się nasycić.
- Oczywiście, żonę z sobą zabiorę - odparł pan radca i w tej samej mniej więcej chwili zza czcigodnych sutann obu księży wychylili swoje oblicze pan redaktor Pokorski oraz stary pisarz.
- Jeśli panie pozwolą, zabiorę z sobą na imprezę mego serdecznego przyjaciela - wskazał ręka na pisarza. A jeśli wolno mi będzie również w naszej gazetce opisać to wydarzenie, tym większa to będzie przyjemność dla nas i naszej miasteczkowej społeczności, gdy się o nim dowie.
Rodzone siostry zakonne, milczące dotąd i jak zwykle pośród przyjacioły, pozwoliły sobie powstać i pomóc kelnerce Karolinie drugie danie, pachnące gulaszem i zapiekanym ziemniaczanym plackiem po węgiersku pomiędzy koleżeństwo rozłożyć.
A kiedy już towarzystwo gotowe było do konsumpcji pierwszego kęsa, pan Adam drobne słóweczko z księdzem Kąckim zamienił.
- Chciałbym z księdzem na minutkę na osobności pomówić… w sprawie naszego Kubusia. Pora by była w wielkanocny poniedziałek, albo jeszcze lepiej w niedzielę, chrzciny wyprawić.

[27.03.2017, Cambridge w Anglii] 
[z dedykacją dla "Zgagi"]

„SENNOŚĆ” WIOSNY POD CAMBRIDGE

1.
Koniec zeszłego tygodnia, tak do niedzielnego przedpołudnia to w Anglii wiosna. W takim Norwich temperatura po południu dochodzi do 17 stopni przy bezchmurnym niebie, ale już noce wyraźnie chłodne, z temperaturą nad ranem około jednego stopnia, nie więcej.
Na strefie ekonomicznej w Wymondham spędziłem dwie noce, jak zwykle czytając (skończyłem „Nawracanie Judasza”), pisząc i słuchając BBC 3. W niedzielę rano mam informację o konieczności dojazdu do Cambridge, lecz jeszcze bez podania konkretnego adresu załadunku. Przejechałem więc 80 kilometrów, ustawiając autko na przydrożnym parkingu przed lotniskiem i czekam na dalsze dyspozycje. Te jednak nie nadeszły i w związku kolejną noc, z niedzieli na poniedziałek spędzam właśnie w Cambridge. I oto pogoda się zmienia; znów na niebie zwarte, choć nie deszczowe jeszcze chmury. Noc trochę cieplejsza, natomiast w dzień o temperaturze przekraczającej +10 stopni można sobie jedynie pomarzyć.
2.
Zabrałem się za „Senność” Kuczoka. Opowieść o trzech osobach wprzęgniętych w rodzinno-małżeńskie związki, w których traktowane są podmiotowo, a więc świeżo upieczony lekarz, któremu rodzice ze wsi fundując dom, pragną zachować go przy sobie wbrew jego woli; wypalony artystycznie pisarz, skoligacony przez nieudane małżeństwo ze znanym politykiem, niemający prawa do cieszenia się niezależnością oraz piękna, młoda aktorka, która dostała się w małżeńskie sidła zdradzającego ją dyrektora banku, cierpiąca na przewlekłą senność, całkowicie podporządkowana „Panu Mężowi”.
Kuczok prowadzi świetną narrację i unikając ocen zachowania swych bohaterów wykazuje niezłą spostrzegawczość ludzkich przywar, nonsensów, wręcz patologii, która nierzadko gości w „dobrych” domach opisywanych przez autora postaci. Nadto proza Kuczoka obfituje w humor, ironię, a nawet sarkazm, co powoduje, że „Senność” czyta się całkiem swobodnie i z zainteresowaniem, choć moim skromnym zdaniem, bliżej tej powieści do czytadła, aniżeli do artystycznej wielkości. Osobiście razi mnie jednorodność narracji oraz swego rodzaju patrzenie na ukazywaną rzeczywistość „z lotu ptaka”, co przywodzi mi na myśl literaturę par excellance neonaturalistyczną, a więc wymytą z osobistych uczuć i odczuć pisarza. Jeśli jednak ktoś ma zamiar spędzić sobie miło czas z książką, na przykład w podróży pociągiem, to, proszę bardzo, przy „Senności” nie zaśnie.
I jeszcze jedna refleksja. 
Wojciech Kuczok to rocznik 1972, a zatem szkolny swój żywot na poziomie średnim przypadał na pełne nihilizmu lata osiemdziesiąte ubiegłego stulecia, a zatem jest z pokolenia tych, dla których mijająca właśnie epoka błędów, nonsensów i wypaczeń, ale także idei, nie stała się jednym z wyznaczników jego przyszłej twórczości, dlatego też przynajmniej w „Senności” spostrzegawcze, krytyczne oko autora, rejestruje jedynie fakty, które same mówią za siebie, natomiast pozbawia czytelnika możliwości konfrontacji z prawdziwą, tak starannie ukrytą „idea fixe”.

[27.03.2017, Cambridge w Anglii

KONIEC I POCZĄTEK (2)

2.
- W takim razie zapraszam do siebie, panie studencie… ale z butelką słodkiego wina? Wygląda na to, jakby w konkury pan… Aha, przepraszam, zdał pan wszystkie egzaminy; rozmawiałam z pańską ciotką… chwaliła pana… o tutaj jest włącznik światła, przytrzymam drzwi…
Obdrapana z farby klatka schodowa kamienicy zalała się blado-pomarańczowym światłem. Wchodzili na górę skrzypiącymi, drewnianymi schodami. W pewnej chwili przyłożyła wskazujący palec do ust.
- Pan wie, studencie, dlaczego - wyszeptała. - Tutaj te mocarne ściany mają uszy, tak jak okna mają oczy. Znów będzie gadanie, czego ja osobiście się nie obawiam, ale boję się o pańską reputację, studencie.
Chciał powiedzieć, że gdyby bał się o własną reputację, nie szedłby teraz za nią, nie zdecydowałby się na to spotkanie, o którym, jak sądził, domyślała się jego ciotka, ale cioteczka dzisiaj pracuje na noc, więc może nie wie, że to dzisiaj… ale nawet jeśli przeczuwa, to zrozumie, ona zawsze zrozumie go i nie będzie potępiała.
Kiedy znaleźli się przed jej mieszkaniem zgasło światło. Próbował odnaleźć kontakt.
- Nie trzeba. Teraz już trafię - wsuwała klucz do zamka. - Pan student rozumie, że sąsiadka z przeciwka tylko czeka na błysk światła na korytarzu, aby przystawić swoje bystre oko do judasza.
Nareszcie znaleźli się we wnętrzu mieszkania. Tu można było wskrzesić światło. O, tak, pani Iza zapaliła je i w kuchni, i w pokoju, i w przedpokoju.
- Jasność. Jak ja uwielbiam jasność! - niemal wykrzyknęła, a wtedy on wydobył spod lekkiej, niewiele przed chłodem chroniącej kurtki malutki bukiecik stokrotek i wręczył je kobiecie wraz z butelką słodkiego wina.
Była zaskoczona zarówno skromnym podarunkiem, jak i tym, że idąc z nim dobrych kilka przecznic, nie zdołała spostrzec, co chowa w wewnętrznej kieszeni kurtki.
- Jaki pan miły, panie studencie, dziękuję.
Zaskoczyła go krótkim pocałunkiem w policzek.
Pozostawiając kurtkę w przedpokoju, wszedł za nią do kuchni i usiadł przy niedużym okrągłym stoliku. Miał ochotę delikatnie zaprotestować przeciwko nazywaniu go „panem studentem”, choć jednocześnie zdawał sobie sprawę z tego, że sam tytułuje ją w rozmowie „panią Izabelą”, więc oboje zachowywali się wobec siebie z identycznym uszanowaniem… a jednak Izabela była od niego starsza, a zatem on miał prawo, miał obowiązek zwracać się do niej w ten właśnie sposób… ale nie… obiecał sobie, że przynajmniej będąc z nią, zapomni o jej wieku, w ogóle wiek nie odegra w tym spotkaniu żadnej roli… a co?
Chciałby być wobec niej szczery, ale czy się odważy? Co powie? „Długi czas panią obserwuję”, wróć, „obserwuję cię od dawna i myślę o tobie, i nawet dziwię się, że nie oblałem tych egzaminów, bo wciąż o tobie myślałem i powinienem był mieć kłopoty ze skupieniem, tak jak miałem z zaśnięciem. Przyznaj się, ty wychodziłaś z małą zawsze wtedy, gdy byłem w domu, abym mógł z góry popatrzeć na ciebie. Prowokowałaś mnie. Nie, tak jej nie powiem, choć jak mi wytłumaczysz to przeczucie, że ilekroć się widzieliśmy, miałem takie wrażenie, że i ty mnie obserwujesz, nie patrzysz w moją stronę, a jednocześnie obserwujesz. Cóż to takiego jest? Teraz śmiejesz się ze mnie, śmiej się, śmiej, nic na to nie poradzę. Wybaczę ci i śmiech i ironię; masz do tego prawo, ale powinnaś i mnie zrozumieć… nie przeżywałaś tego? Nie wierzę, że nie czułaś tego czegoś w sobie, co przyprawiało cię o bicie serca. Mógł to być niepokój, nawet strach i przerażenie, ale i też coś innego, co przyspieszało oddech, wzmagało pragnienia…”
- Mam sałatkę z tuńczyka i odgrzeję po kawałku pizzy… sama robiłam… ja wiem, że to może nie jest za dobry posiłek na noc, ale przy takiej okazji…
Nie nazwała go „panem studentem” tym razem, a poprzednio zwykle tytułowała go tym mianem.
„Czy ona myśli, że przyszedłem do niej, aby uczcić zdane egzaminy?”
- Zjem z przyjemnością - odpowiedział - a swoją drogą trochę zgłodniałem, pani…
Przyłożyła otwartą dłoń do jego ust. Uśmiechnęła się.
- Ja wiem, że sposób, w jaki zwracamy się do siebie jest uciążliwy, także dla mnie… po prostu mów mi Iza, tak?
„Bezbłędnie odczytała moje myśli. Dobrze, że ona pierwsza, nie ja. Chyba bym się nie odważył.”
Zgodził się. Wyszeptał w myślach jej drogie imię, potem wstał od stołu, oferując swoją pomoc, choćby przy zrobieniu herbaty. Oddaliła jego prośbę, powstrzymując go wyciągniętymi ku niemu rękoma, aż jej dłonie władczo dotknęły jego klatki piersiowej.
- Siadaj, jesteś przecież moim gościem.
Zakrzątała się wokół tej pizzy, umieszczając dwa wydobyte z lodówki kawałki w nastawionym wcześniej piecyku elektryczno-gazowej kuchenki. Zamknęła drzwiczki i postawiła czajnik z wodą na płycie grzewczej; potem postawiła przed nim na stole głęboki talerz z sałatką z tuńczyka, dwie szklanki, sztućce i cukier.
- Dziwisz się zapewne, że jestem dzisiaj sama, bez córeczki. Ale, ale, pewnie ciotka ci już mówiła, że zostawiam ją na wsi u swoich rodziców. To prawda, przychodzą mi z pomocą, wreszcie.
- Tak, słyszałem o tym - powiedział bez cienia emocji. - Samotnej kobiecie jest ciężko - dodał, przypominając sobie słowa ciotki.
- Nie jest łatwo, to prawda, ale, jak widzisz, dawałam sobie dotąd radę. Tylko nie myśl sobie, że zanim się urodziła, nie radziłam sobie. Owszem, pracowałam to tu, to tam. Starczało mi na wszystko, na opłacenie tej zatęchłej dziury, na wszystko, rozumiesz?
Nie wątpił w to, że dawała sobie radę. Nawet w tej „zatęchłej dziurze”, jak się wyraziła o mieszkaniu, widać było kobiecą rękę, porządek, jakąś taką przytulność, ciszę i jasność pomalowanych na kremowo ścian.
- A ty co, nie jedziesz do swoich? Nie pochwalisz się wynikami? - zagadnęła.
- Chciałbym zostać tu jeszcze kilka dni. Pobuszuję po mieście, nacieszę się wolnością.
- A naciesz się, naciesz. Gdybym była natarczywa, poprosiłabym, abyś któregoś dnia poszedł ze mną poszukać dla mnie pracy. Byłoby mi raźniej… słuchasz mnie? - dopytała, spostrzegając, że utkwił przy stole beznadziejnie apatyczny i zamyślony. 
- Z przyjemnością wybiorę się z pa… z tobą na poszukiwanie pracy - oświadczył po chwili odrętwienia.
- No tak, ale ty, zdaje się, miałeś ochotę na coś zupełnie innego.
Nagle zmieniła temat. - Jeśli naprawdę chcesz mi pomóc, w szafce po lewej na środkowej półce jest herbata i kawa. Mnie, jeśli łaska, półtorej łyżeczki kawy.
Posłusznie wstał i podszedł pod wskazane miejsce. Pomyślał, że i sobie zrobi kawy. Przeniósł pojemnik z granulowanym proszkiem, otworzył go i zasypał do obu szklanek. Wrócił po wrzątek do kuchni, odczekał chwilę i tą samą drogą dotarł ponownie do stolika z czajnikiem w ręce. Powolutku zalewał granulat gorącą wodą. Iza stała obok przy kuchni, zerkając to na niego, to znów zaglądała przez zmatowiałą szybkę piecyka na skwierczącą już pizzę.
- Wsyp mi jedną łyżeczkę cukru - poprosiła. - A może chcesz mleka do kawy? Jest w lodówce. Nie chcesz? Ja też piję czarną.
Usadowił się wygodnie na krześle, rozprostował nogi. Patrzył na nią, pewnie stojącą przy kuchence. Cały czas ubrana była w ciepły, dwuczęściowy sweterek, w którym przyszła i mocno wypłowiałe, błękitne dżinsy; pozostawały one w opozycyjnym kontraście do ciemnogranatowego swetra, w którym nigdy wcześniej jej nie widział.
Nareszcie otworzyła drzwiczki piecyka, wyjęła kawałki pizzy i przełożyła je na dwa duże, płaskie talerze, po czym przeniosła je na stół. Usiadła.
- Wyśmienicie pachnie - stwierdził.
- Jest w niej wszystko - dodała. - Zrobiłam na grubym cieście. Myślę, że będzie ci smakować.
Smakowała mu. Nie było czuć, że odgrzewana. Ciasto miało w sobie kruchość i puszystość, a zeszklony ser dokładnie związał kawałki szynki, boczku, pomidorów, papryczki i pieczarek. Jadł z apetytem, szybko, zdradzając tym samym, że pizza, pojadana z sałatką z tuńczyka, smakuje mu bardzo.
W jej spojrzeniu skierowanym ku jedzącemu, kumulowało się spojrzenie wszystkich kobiet świata, które z aprobatą przypatrują się, z jakim apetytem zjada posiłek ten, dla kogo go przyrządziły.
Została tylko kawa. Iza wyniosła puste talerze i ten głęboki, z resztką sałatki z tuńczyka. Wróciła do niego.
- Ale ty przecież nie przyszedłeś tu dla mojej pizzy, powiedz śmiało - zaczęła rozmowę - albo nie, nie mów nic, ja powiem. Myślisz, że ja nie widzę, jak mnie przez długi, długi okres czasu obserwujesz? Wystajesz przy oknie, natrafiamy na siebie niby przypadkowo na podwórzu, na skwerze. Cały czas mnie obserwujesz. Także wtedy, gdy spaceruję z małą. Nawet wtedy nie spuszczasz ze mnie, z nas, wzroku. W sumie to przyjemne; kobieta lubi być adorowana, jeśli tylko nie są przekraczane granice tej adoracji. Podejrzewam, że może i byś je przekroczył, ale przez swą nieśmiałość nigdy tego nie zrobiłeś. Nie zaprzeczaj, ciotka mi o tobie wiele opowiadała, nie tylko o tym, że jesteś studentem. Musisz wiedzieć, że kobiety, jeśli tylko chcą, wiele sobie opowiadają na temat mężczyzn, zwłaszcza tych interesujących, tajemniczych, potwornie ułożonych, takich właśnie jak ty…
Milczał, poddając się specyficznemu urokowi jej słów. Podobało mu się, co o nim mówi, choć jednocześnie był nieco speszony i zaskoczony tą jej wiedzą o nim. „O czym jeszcze cioteczka jej opowiadała?” - myślał.
- Nic nie mówisz, no tak, spodziewałam się tego, wiedziałam, że sama muszę zacząć. Jeśli chcesz wiedzieć, a może nie chcesz, nieważne, podobasz mi się jako mężczyzna. Nie, teraz mi nie przerywaj, niech skończę. Jestem starsza, to przecież widać, ale gdzie jest powiedziane, że starszej kobiecie mają się nie podobać młodsi, tacy w twoim wieku. Chyba nawet jest tak, że wiele kobiet właśnie wybrałoby taki związek na przekór obyczajności. Ale też z racji różnicy wieku kobieta nie powinna liczyć na coś więcej, rozumiesz mnie? Wolałam ci powiedzieć to teraz, na samym początku, aby też samej nie mieć złudzeń… teraz ty… ale jeśli uważasz, że jestem natrętna, nachalna, to mi to powiedz, nie chcę niedomówień… nie z twojej strony.
Wiedział, że musi w jakiś sposób zareagować, musi odpowiedzieć. Zdał sobie z prawdę z tego, że to, co powiedziała, było prawdą i że nie podejrzewał ją o taką szczerość. Myślał jednak nad tym, że to, co za chwilę m o ż e powie, wprawi ją w zakłopotanie, nie uwierzy mu, bo jego wyznanie, jeśli oczywiście się na nie zdecyduje, zburzy logikę konstrukcji jej myślenia. Jak się ona wtedy zachowa, kiedy zdecyduje się na jego ryzykowne, radykalne posunięcie? Wyśmieje go? Przepuści mimochodem jak pojazd jadący szybciej tym samym pasem drogi?
- Podoba mi się to, co pa…, co mówiłaś. Rozumiem cię, doceniam…
Zareagowała gniewnym zmarszczeniem brwi na to „doceniam”.
- Chcesz ze mną… to jest… jesteśmy sami - teraz ona zmagała się ze słowami, które cisnęły się na jej usta, ale chciała je jednocześnie zmienić, aby nie zaśmiecały atmosfery ich spotkania, zbliżającej się nocy. - Masz ochotę, wiem. Ja też mam… naprawdę… nie musimy się krępować… chcesz?
- Nie - wypadło z jego ust przeczenie, jak mimowolnie wypluta z ust kulka gumy do żucia podczas kaszlnięcia.
- Nie? - w jej oczach błysnęło mdłe światełko niezrozumienia.
- To znaczy chcę… ale… ja chcę być z tobą na zawsze… i teraz, i w ogóle. Chce być z tobą na dobre…
- i na złe - dokończyła, a w jej jasnobursztynowych oczach zabłysło kolejne światełko, również trudne do wyjaśnienia, skąd się wzięło.
- I na złe - potwierdził. - Ja ciebie po prostu kocham. Nie zauważyłaś tego?
- Hola, hola, kocham cię… tak mówisz. Czy można kochać tak na odległość? Ty mnie przecież nie znasz, co ty o mnie wiesz? Mówisz, że mnie kochasz, a tak naprawdę to rozmawiamy z sobą pierwszy raz, nie byliśmy z sobą, nie kochaliśmy się jak kobieta z mężczyzną, nie znamy swoich słabości i wad, nie chodziliśmy z sobą na zakupy, nie urządzaliśmy mieszkania, nie spłodziliśmy dziecka… Czy ty wiesz, co przed chwilą powiedziałeś starszej o ponad dziesięć lat kobiecie z dzieckiem, z doświadczeniem podłych lat, które przeżyła nie w taki sposób, w jaki sobie wyobrażałeś i w jaki ona chciałaby je przeżyć?
- Ja to wszystko przemyślałem. Nie odwiedziesz mnie od tego.
- Precyzyjnie to przemyślałeś, tak? Za chwilę zaproponujesz mi małżeństwo… słucham.
- Tak, proponuję ci małżeństwo.
- Dobre sobie - roześmiała się; złościła go tym śmiechem, lecz jednocześnie starała się uniknąć w nim ironii. Uspokoiła się i już bez wielkiej emocji kontynuowała: - Świetnie, staram się to sobie wyobrazić. Za kilka dni jedziesz do siebie, do domu, do rodziców. Witasz się z nimi i oznajmiasz im dobrą nowinę. Zaliczyłeś rok studiów. Padacie sobie w ramiona, a wtedy ty uchylasz szerzej drzwi (dotąd pozostawałam na zewnątrz), wprowadzasz mnie do środka i mówisz:
 - Mamusiu, tatusiu, a to jest pani, z którą zamierzam wziąć ślub. Cieszycie się, prawda? Oczekuję waszego błogosławieństwa.
- A co to skrywacie tam za drzwiami? - pyta twoja matka. - Ach, to wózeczek. Jaka w nim prześliczna dziewczynka? To wasze dziecko?
- To dziecko mojej narzeczonej - wyjaśniasz, ale po naszym ślubie będzie to również wasza wnusia…
- Do tego miejsca wszystko się zgadza - powiedział. - Ale odnośnie tej dziewczynki w wózeczku powiem tak: - Mamusiu, tatusiu, to nasze dziecko… rozumiesz, Izo, to jest nasze dziecko!
Zastanowiła się.
- I okłamałbyś w ten sposób swoich rodziców?
- Przecież mogło to być nasze dziecko. Mieszkałem już wtedy u ciotki, a zresztą… to i tak moje dziecko… nasze…
Wstała od stołu i przeszła się po kuchni.
- Masz papierosa? Ja właściwie nie palę i nie mam ich w domu.
Poczęstowałem ją, podałem ogień, zapaliła, krztusząc się dymem, usiadła.
- Ja naprawdę staram się ciebie zrozumieć. Staram się. Chcesz to zrobić z altruistycznych pobudek? Doceniam to, ale nie zniosłabym tego, gdybyś chciał postępować ze mną w taki właśnie sposób z litości. Nie zniosłabym tego.
- Ależ ja cię kocham. Nic ponad to, co powiedziałem.
- No dobrze, jestem w stanie to zrozumieć. Uczucie to ważna rzecz. Najważniejsza. Wiesz, że w przypadku takich wyznań daje się kobiecie czas do namysłu. Wiesz o tym? - zaciągnęła się mocno papierosowym dymem; tym razem obyło się bez kaszlu. - Powiem ci szczerze, że jestem zaskoczona. Bardzo zaskoczona. Sprowadziłam cię tutaj, bo chciałam… Boże, że też zmuszasz mnie do mówienia takich rzeczy przy nim… ale powiem, niech mam to już za sobą… chciałam się z tobą kochać i nadal chcę, i możesz to moje pragnienie nazywać jak chcesz, jest mi obojętne, co teraz sobie o mnie pomyślisz. Tak, bo mi się podobasz, jesteś przystojny, taki jakiś świeży, a ja tego potrzebuję, jestem sama, samotna… tylko sobie nie myśl, że gdyby nie ty, to nie stać by mnie było na kogoś innego… ale nie, nieprawda, może byłoby mnie stać, ale nie chciałam. A może czekałam właśnie na ciebie? Tak, czekałam na ciebie. Czekałam na to, kiedy się odezwiesz. Umyślnie rozpytywałam się o ciebie, a twoja ciotka była skarbem wiedzy o tobie. Wiesz, że chyba ona domyśla się, że chcę być z tobą… może nawet nie na jeden raz, ale żeby aż tak? Wiesz, co teraz czuję? Czuje się obnażona, stoję naga wobec ciebie z tymi uczuciami, których do końca nie rozumiem…
- A zatem byłabyś w stanie mnie pokochać?
Przygasiła niedopałek papierosa leniwą strużką wody puszczoną nad zlewem. Podeszła do stołu, przy którym siedział i przysunęła krzesło do jego krzesła. Zamyśliła się, skupiając wzrok na jego oczach.
- Wiesz, co to będzie? Marnotrawna córka, która swego czasu opuściła dom rodzinny bez zgody rodziców, udając się do wielkiego miasta; tam pobłądziwszy poznała życie od atrakcyjniejszej, lecz jakże odmiennej od przekazywanych jej od dzieciństwa wzorców strony, zdobyła pracę, zmieniała ją często, prawie tak często jak partnerów, nareszcie wpadła na pomysł ustatkowania się, a kiedy myślała, że jest już tuż u celu, do jakiego zmierza, trafiła na kogoś, kto zadowolił się krótkotrwałą przyjemnością i zniknął z jej życia na zawsze i bez żalu; ta marnotrawna córka najpierw obdarowuje cierpiących z powodu jej zachowania rodziców wnuczką, a teraz… teraz przyjeżdża na swoją tradycyjnie ukształtowaną wieś z młodzieńcem, który nie jest wszelako ojcem jej dziecka, ale nie wyobraża sobie bez niej życia… a ten człowiek jest młody, dużo młodszy od niej i zapewnia ją, że nie wiąże się z nią z altruistycznych pobudek, a jedynie dlatego, że ją kocha i liczy na to, że i ona go pokocha, chociaż po tym, co jej powiedział, ona… ona gotowa jest pokochać go już teraz.
Długi, mocny pocałunek zaplótł ich wargi, a potem kobieta, która od dawna nie doświadczyła łez, miała wilgotne policzki. Objął ja swym ramieniem.
- Zgadzam się - wyszeptała.
- Pomogę ci znaleźć pracę, a sam przejdę na zaoczne. Zarobimy na siebie. Wydostaniemy się z tej klitki.
- Proszę, nie. Jestem w stanie nas utrzymać. Ty pewnie też dostajesz jakieś pieniądze na studia…
- Nie, ja już postanowiłem. Załatwię to sobie. Między innymi właśnie dlatego zostaję w mieście dłużej.
- Ty zawsze tak wszystko planujesz?  
- Nie zawsze.
- Ja też nie. A nie będziesz miał nic przeciwko temu, że zmienię dzisiaj zdanie?
- To znaczy?
- Mówiłam ci, że chcę się z tobą kochać dzisiejszej nocy.
- Mówiłaś. Nie chcesz?
- Chcę, ale… no wiesz, to moje pragnienie było inne, takie na jeden raz… a teraz… teraz chciałabym inaczej, tak jak ty wymyśliłeś. Chciałabym się z tobą kochać, mając tę świadomość, że będziemy z sobą już na zawsze i nie musimy się z tym spieszyć.
- Będzie tak, jak zechcemy.
- Może nawet jutro…
- Jutro nie.
- Nie, dlaczego?
- Jutro idę z cioteczką do kina.
- Zaplanowałeś to?
- Oboje zaplanowaliśmy. Ale przedtem, przed osiemnastą, pójdziemy poszukać dla ciebie pracy.
- Dobrze.
- Chciałbym przy okazji opowiedzieć o nas cioteczce.
- Chcesz tego?
- Bardzo chcę. Ona przecież zrozumie.
Siedzieli tak blisko siebie, że czuli pulsującą krew w tętniczkach na swoich skroniach.

[26.03.2017, Cambridge w Anglii]