Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

01 sierpnia 2017

O CZYM SZUMIĄ LIPY W LIPCU (10)

Wreszcie dostałem się do „domu” w Campigneulles Les Grandes.
Wczoraj stanąłem pod Birmingham, skąd miałem przejechać do Lincoln (wyżej na północny zachód), aby odebrać ładunek do Zamudio w Hiszpanii, ale w ostatniej chwili kurs odwołano. Szczęśliwie, jeszcze tego samego dnia po szesnastej, spedytorka każe mi podjechać do Derby, skąd w końcu zabieram dziesięciokilowe pudło z jakimiś specjalnymi bandażami do Erfurtu w Niemczech. Pruję zatem szybko w stronę Dover te 330 kilometrów, bo towar jest pilny i ma trafić do kliniki w piątek, ale jak najszybciej. Prom, na który czekam na terminalu dwie godziny jest niestety o sześćdziesiąt minut opóźniony i w konsekwencji, po dotankowaniu auta i wizycie w nocnym sklepie na Transmarcku (bochenek drogiego tutaj chleba), dojeżdżam do „domu” około piątej rano, gdzie błyskawicznie zmienia mnie Andriej, kierowca z Ukrainy. Ten pośpiech nie wyszedł mi jednak na dobre, bo, jak się poniewczasie zorientowałem, zostawiłem w aucie trzy tostowe chleby (specjalność kierowców - busiarzy, z uwagi na fakt, że dzięki zastosowanej podczas ich wypieku chemii długo utrzymuje świeżość), dżem i pasztet w puszce.
W „domu” z „naszych” został tylko Sebastian (Kazik i mały Jacek poprzedniego dnia zjechali do kraju. Po szóstej przyjechał Sasza, którego w drodze do McLarena w Annglii zmienił Sebastian i w końcu pozostałem w „domu” właśnie z Saszą z Winnicy. Ten obchodził z kolei poprzedniego dnia 46 urodziny, tak i spędziliśmy cały boży dzień na pitraszeniu obfitego obiadku, wspomagając przy okazji żołądki niemiecką ziołową wódeczką, której widocznie nie było przeznaczone dojechać do Ukrainy jako prezent dla żony Saszy, Oksany.
Z moich wyliczeń wynika, że w sumie z Ukraińców, którzy ewentualnie mieliby zwozić towar na Anglię, pozostało czterech dla nas dwóch: Sebastiana i mnie, tyle że Sebastian zjeżdża około szóstego sierpnia, a ja pozostaję według planów do piętnastego.
Jak by nie było, będzie kameralnie i nostalgicznie.
Szkoda, że tylko pogoda nie dopisuje. Jak na pełnię lata jest chłodno, pochmurnie, a momentami deszczowo… choć z drugiej strony, może po powrocie do kraju w połowie sierpnia nastanie prawdziwe, ciepłe lato.

[29.07.2017, Campigneulles Les Grandes, Francja] 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz