Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

01 sierpnia 2017

ŚWIĘTA MARIA MAGDALENA OD SZOSY 3.

3.
Był już pełen zmrok, kiedy dojechaliśmy w miejsce, gdzie należało skręcić w prawo przed jeziorem i podążać dalej przez jakieś cztery kilometry piaszczystą drogą, ciągnącą się w głębokim bukowo-grabowym lesie niedaleko brzegu jeziora. Podczas całej podróży siedziała pochmurna i jak na szpilkach. Już nie przesuwała fotela, nie odzywała się do mnie; patrzyła prosto przed siebie ze wzrokiem utkwionym w rozjaśnioną snopem świateł reflektorów przestrzeń. Czasami zerkała w boczne lusterko, w którym widziała punkciki świateł samochodu jadącego za nami. Była zagniewana i przestraszona, dostrzegając, jak odległość pomiędzy nissanem a autem z tyłu zmniejszyła się do tego stopnia, że w pewnej chwili wnętrze mojego samochodu pojaśniało od długich świateł, jakie włączył kierowca jadący z tyłu. Wtedy przyspieszyłem i światełka tamtego samochodu przestały być dokuczliwe, nikły w oczach, aż w końcu zginęły bezpowrotnie za zakrętami. Uspokoiła się, ale wciąż miałem wrażenie, że drży i czegoś się boi.
Dopiero wjeżdżając w boczną drogę przemówiłem do niej:
- To niemożliwe, aby ktoś nas śledził.
- Łatwo powiedzieć - odparła naburmuszona. - Załatwimy sprawę i wracam.
- Wracasz? Nie wiem w jaki sposób.
- Złapię okazję.
- O tej porze? Marnie to widzę.
- Złapię i jeszcze na tym zarobię.
- Powodzenia.
Zauważyła, że sobie z niej żartuję, co tylko wzmagało jej bunt.
- Daleko jeszcze?
- Kawałek.
Jechałem bardzo powoli, bo piaszczysta droga przegradzana była momentami lekko wystającymi ponad nawierzchnię korzeniami.
- Zadupie jakieś - oznajmiła po jakimś czasie.
- W nocy wszystkie koty czarne. Zobaczysz rano. Będziesz zachwycona.
Spojrzała na mnie groźnie, nawet pogardliwie.
- To jednak zdecydowałeś się na wariant całonocny? Będzie cię to sporo kosztowało.
- Z upustem będzie taniej.
- Jeszcze się zastanowię. Za to, co zrobiłeś z moją komórką, nie powinnam ci dawać upustu.
- Masz potrzebę zadzwonić? Do niego?
- Wyobraź sobie, że nie tylko do niego.
- Możesz skorzystać z mojego.
- A jeśli nie pamiętam numerów i mam je w kontaktach?
- No to masz problem. Twój telefon komórkowy potrzebuje odpoczynku, podobnie jak… o, już dojechaliśmy, wysiadaj.
Opuściliśmy auto i w tej samej do wjazdowej bramy doskoczyły dwa psy ujadając strasznie. Dziewczyna odruchowo uskoczyła, chowając się za mnie.
- Sułtan, Szatan, spokojnie. To tylko ja - przykazałem psom, które na dźwięk mojego głosu uspokoiły się. - Przy mnie nic ci nie grozi, choć nie są to łagodne psy.
Cały ogrodzony teren spowity był w mroku nadciągającej nocy i jedynie kilka solarowych lampek w ogrodzie i na balkonie skromnym, srebrzystym blaskiem rozpraszało wokół źródła świata ciemność.
Sięgnąłem do kieszeni kamizelki i wydostałem z niej pęk kluczy do wjazdowej bramy i domu. Otwierając bramę, kobieta trzymała się w niewielkiej odległości za mną. Psy zareagowały spokojnie, obwąchały nas i widać było, że oczekują na to, aż położymy dłonie na ich karku. Starszego, Sułtana bardzo dobrze znałem i na szczęście z obu owczarków to on właśnie wiódł prym w tej parze i jeśli miałyby kogo zaatakować, to decyzja o szturmie na nieproszonego gościa zapadłaby w mózgu starszego z psów. W tym wypadku Sułtan, rozpoznając mój głos w swoim psim języku dał znać Szatanowi, że wszystko w porządku, bo zna człowieka wysiadającego z samochodu, a kobieta, która z nim przyjechała jest pod jego opieką i Szatan posłuchał przyjaciela, zaufał mu, wierząc, że „starszy brat” wie, co robi, pozwalając otworzyć bramę i w końcu wjechać autem na posiadłość.
Kobieta przytrzymała bramę a ja wjechałem na posesję, pozostawiając włączony silnik i długie światła. Podbiegłem do domu, przebiegając kilka metrów po wyłożonym brukową kostką placu, wbiegłem po kilku schodkach, odtworzyłem drzwi i będąc już w korytarzu zapaliłem zewnętrzne światła. Trzy symetrycznie ustawione wokół budynku latarnie zapłonęły rudawym płomieniem. Z każdą chwilą światła lamp stawały się intensywniejsze i zwalczyły ciemność na tyle, że można było rozpoznać nie tylko kontury letniskowego domu, ale i dostrzec architektoniczne szczegóły tej drewnianej, stojącej na wysokim, betonowym fundamencie budowli.
Kiedy zamykała bramę wjazdową, oba psy już łasiły się do niej, co najwidoczniej uspokoiło ją do tego stopnia, że odwracając twarz w stronę podświetlonego już domu, wyrzekła tonem głosu, w którym zauważyłem przebłyski podziwu.
- Całkiem ładna ta hacjenda. Bogacz jesteś.
Nie wyprowadzając jej z błędu przeszedłem do auta i otworzyłem bagażnik, wytaszczając z jego wnętrza walizki, a pozostawiając nim dwie torby z jedzeniem. Ku mojemu zaskoczeniu kobieta podeszła do bagażnika i uniosła te torby.
- Zostaw te torby! Dam sobie radę - powiedziałem.
- Nie jestem księżniczką - odrzekła i podążyła za mną.
Miałem powiedzieć „nie jesteś”, ale w porę zrezygnowałem, nie chcąc pozbawiać jej tej odrobiny lepszego humoru, jaki dostała w prezencie od łaszących się do jej zgrabnych nóg Sułtana i Szatana.
- To gdzie? - zapytała, gdy dogoniła mnie przed schodami prowadzącymi na górę.
- Idź za mną - zakomenderowałem i wspinając się na kręte, drewniane schody, zapalałem po drodze światło.
Dostaliśmy się na górny korytarz. Minęliśmy mniejszy pokój po lewej stronie; za nim był kolejny, podobnej wielkości. Naprzeciwko ich usytuowana była oddzielna toaleta i łazienka. Wskazywałem na nie głową, przystawałem, opuszczałem na podłogę jedną z walizek i kolejno lekko uchyliłem drzwi do każdego z tych pomieszczeń. Dalej, po prawej stronie za łazienką znajdował się aneks kuchenny. Właściwa kuchnia z toaletą, łazienką, spiżarnią, malutkim pokoikiem  i dwoma salonami mieściła się na dole. Aneks był jedynie dodatkowym, roboczym pomieszczeniem dla ewentualnych gości letniskowego domu, gdyby życzyli sobie przyrządzać posiłki na górze.
Pozostawiając walizki pod drzwiami środkowego pokoju, poprosiłem, aby zostawiła torby z jedzeniem w aneksie, a kiedy wyszła z tego pomieszczenia, otworzyłem drzwi do ostatniego, największego pokoju.
- Tu będzie twoje miejsce - powiedziałem.
Wchodząc do wnętrza i naciskając kontakt jej oczom ukazało się ogromne, zasłane muślinową narzutą łoże i symetrycznie ustawione po obu stronach szafy, w bliżej okna, a właściwie dwóch okien całkiem spore szafki nocne, ustawione pod kątem w stosunku do krawędzi łóżek. Obie, identyczne szafki miały w tylnej części zamontowane lustra wielkości człowieka. Lustra były podświetlone od góry a na szafkach ustawione były dodatkowo niewysokie lampki z kulistym kloszem. Tym dwom jasnoorzechowym mebelkom (każdy drewniany detal w tym pokoju, łącznie z ramami obrazów przedstawiających wiejskie i leśne pejzaże miał matowy kolor jasnego orzecha) towarzyszyły dwie wyścielone aksamitem pufy.  Jedynym niesymetrycznym elementem tego pomieszczenia były drzwi wejściowe na balkonowy taras, przylegające futryną do ściany sąsiedniego pokoju. Balkonowy taras, zadaszony na całej swej szerokości, podzielony był na trzy części, odgrodzone od siebie niewysokim, drewnianym, również w kolorze jasnego orzecha płotkiem i każda z tych części należała do właściwego pokoju. Taras wychodzący z pokoju, który wskazałem kobiecie był oczywiście największy.
- Poczekaj tu, zgaszę samochód - powiedziałem do niej i zbiegłem po schodach na dół. Po drodze zaszedłem do spiżarni na parterze, skąd zabrałem dwie miski wypełnione karmą dla psów. Okazało się, że gospodarz opiekujący się obiektem podczas nieobecności mojego szefa, należycie wypełniał swoje obowiązki.
Po powrocie na górę, zastałem ją siedzącą na pufie. Milczała niedbale zerkając w lustro, widząc w nim własną postać siedząca bokiem i niemal całą, przeciwległą szafę.
- Podoba ci się? - zapytałem, nie licząc na odpowiedź, bo i tez przewidywałem, że w tak czystym i perfekcyjnie urządzonym pokoju nie może się nie podobać.
- Pięknie jest… więc tutaj, tak? W tym pokoju? Na tym łóżku… 
Pokiwałem głową, dostrzegając w jej oczach coś w rodzaju zachwytu, a takie oczy lśnią zazwyczaj intensywniej i wydają się być większe i głębokie.
- Ach, zacznijmy od tego… - sięgnąłem do jednej z kieszeni kamizelki i z portfela wysupłałem cztery banknoty, które położyłem na orzechowym blacie szafki, przy której siedziała. - To już z upustem - dodałem.
Spojrzała na pieniądze i, rzecz ciekawa, nie sprawiała wrażenia zadowolonej.
- Dajesz mi przed? I… aż tyle? - nie przeliczała, ale rozpoznała wartość nominałów banknotów.
- A zasługujesz na mniej? Wliczyłem twój telefon, który wziąłem w depozyt, przynajmniej na dzisiejszą noc.
- Aha… nie chcesz, aby ktoś nam przeszkadzał - domyśliła się. - Myślę, że jesteś romantykiem.
W tej chwili mniej interesowały mnie jej myśli, bo jeszcze podczas jazdy czułem głód.
- A teraz pójdziesz grzecznie do kuchni po drugiej stronie i przygotujesz kolację. Wędlina, ser, pomidory, jajka - wszystko jest, co potrzeba… zresztą, zdaję się na twój gust, a ja zejdę na dół, zobaczyć czy Sułtanowi i Szatanowi smakuje żarcie… no i przyniosę coś mocniejszego.

[30.07.2017, Campingeulles Les Grandes we Francji]



3 komentarze:

  1. Jak zawsze z ogromną przyjemnością przeczytałam tekst, nie wiedząc czy przegapiłam dwie pierwsze części, czy też każda jest osobnym opowiadaniem i dlatego brak ciągłości. Pozdrawiam.

    OdpowiedzUsuń
  2. Czekam jak to się wypełni i zakończy...no, no!

    OdpowiedzUsuń
  3. Kawał życia pisany prozą. Nasze szare dni trzeba ubarwić zdarzeniami, które przerwią monotonię codzienności.
    Zasyłam pozdrowienia.

    OdpowiedzUsuń