Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

01 sierpnia 2017

KAWIARENKA (93) ZAWODY

Podczas gdy doktor Koteńko wytrwale ćwiczył palce pogrywając Schuberta na pianinie, pani Zosia siedziała przy stoliczku ze starym pisarzem, popijając kawą cynamonowe ciasteczka. Stary pisarz podobnie, tyle że zamiast zabielanej kawy sączył podczas rozmowy lekko podgrzane mleko, od którego to specyjału, jak powszechnie wiadomo, był bezlitośnie uzależniony.
Państwo Koteńkowie przybyli do kawiarenki po dziesięciodniowej nieobecności, spowodowanej wyjazdem w Góry Świętokrzyskie do siostrzenicy pani Zofii, gdzie zażywali zasłużonych wczasów na spacerach po niewysokich górskich szlakach, tudzież na niekończących się rozmowach w miłym towarzystwie odbywanych, jako że siostrzenica pani Zofii prowadziła tamże pensjonat, do którego co rok zjeżdżali się z całego kraju amatorzy tych niewysokich gór.
Jako że przez całych dziesięć dni państwa Koteńków w miasteczku nie było, stracili oni wiele z tutejszych atrakcji, które tego roku przedstawiały się nadzwyczaj interesująco. Najlepsze świadectwo o nich jak zwykle wydawał, obok redaktora Pokorskiego, stary pisarz, który skrupulatnie wypełniał kronikarskie obowiązki wobec wszystkiego, co działo się nie tylko w kawiarence i mieście, ale i w okolicach.
- Zaczęło się od tego - rozpoczął swoją opowieść stary pisarz - że pan radca Krach z panem leśniczym i jeszcze dwoma zapaleńcami zorganizowali wspólnie zawody wędkarskie. O dziwo, nazjeżdżało się amatorów moczenia wędki, a w tej liczbie pan Gnacik od kurcząt z panem Laskowskim od wędlin, właściciel piekarni pan Adamczyk, pan Dąbrowski od murawy, kompostowni i dżdżownic (jego wszak zabraknąć nie mogło), pan Koliński transportowiec z zatrudnionym przez niego szoferem, panowie z cukrowni z dyrektorem Gaworzewskim na czele, panowie i panie z zakładu dziewiarskiego, kilku z urzędu, i tej nowej firmy, która zajmuje się produkcją bud i materacy dla psów (jakże intratny interes otworzyli). A jeszcze z naszych pojawił się na zawodach pan inżynier, Wołodia i Adam z kawiarni.
- Co pan powie, tyleż ludzi? To chyba panu radcy cały rybostan wyłowili.
- Nic podobnego, pani Zosieńko. Formuła zawodów była taka, że zaraz po złowieniu ryby były ważone i puszczane z powrotem do zalewu. Trzech było sędziów w wytarowanymi wagami, a przewodniczył im sam pan mecenas Szydełko.
- I kto zwyciężył w tych zawodach, pisarzu?
- To nie do uwierzenia, pani Zosiu, ale głównych zwycięzców było dwóch: jeden z robotników cukrowni i Wołodia; obaj złowili rybek o wspólnym ciężarze trzy kilogramy, dziewięćset pięćdziesiąt pięć gramów, z tym, że Wołodii udało się wyciągnąć jedną większą sztukę, ponad dwa kilogramy, ale jury uznało, że należy się obu konkurentom pierwsza nagroda.
- A jak wypadł nasz nieoceniony pan radca?
- No cóż, tym razem panu Krachowi się nie poszczęściło. Nie odnotowałem, ile kilogramów wyciągnął, ale na pewno zabrakło go w pierwszej dziesiątce.
- Toż to niesprawiedliwe, aby twórca imprezy tak niewiele miał do powiedzenia w wymyślonym przez siebie konkursie.
- Ba, to prawda, ale powiem pani, Zosieńko, coś więcej. Otóż pan Dąbrowski, ten od dżdżownic, który zabezpieczał zawodników w przynętę, sam nie złowił choćby durnego kiełbia.
- To ja panu powiem, że te jego dżdżownice amerykańskie to swój rozum mają i mając na względzie to, do czego zostały przeznaczone, celowo nie dały się rybom pożreć z haka wędki pana Dąbrowskiego.
- Być może, być może. W każdym bądź razie pan Dąbrowski nie bardzo się tym przejął i po zawodach ze wszystkimi do późnej balował nocy… a było ognisko, kiełbaski, i grochówka, i polało się trochę piwa, a jeszcze przedtem, och, pani Zosiu, pławienie koni, tak, tak… Kosmowscy całą piątkę (pięć koników teraz mają) po popasie zaprowadzili nad zalew; a dołączyli do nich państwo Majewscy ze swoimi ogierami. Widzi to pani? Zachodzące słońce kąpie się w zalewie, a potem spostrzega pani jak rozbryzgi wody pod końskimi kopytami wzniecają tęczę. Kropelki wody ulatują w górę jak baloniki, po czym pierzchają tysiącami mgielnych drobinek, a wszędy słychać zawodzenie strun gitary, akordeonu basy, biesiadne pieśni, czuć dym sosnowy i zapach skwierczących kiełbas; potem, już po zachodzie słońca dołączyli do tego towarzystwa młodzi; można by rzec, cała młodzież z okolicy się zebrała, posłyszawszy muzykę i dalejże tańcem fetować przemienienie dnia w noc ciemną, granatową, a gwiaździstą. Jakaż szkoda, że państwa przy tym nie było.
Zamyśliła się pani Zosia, bo roztoczona przez starego pisarza wizja imprezy nie mogła nie przypaść jej do gustu, ale w końcu, pomyślała, czy to ostatnie świętowanie lata tego roku? Wszakże spływ kajakowy już za pasem, a pani Koteńkowa, choć kajakowego sportu jeszcze nie doświadczyła, to chętnie poddałaby się szaleństwu rzecznej wyprawy, no może nie mając za sobą swego męża, bo ten, Bóg jeden wie, czy pływać potrafi, ale ze starym pisarzem, dlaczego nie, popłynęłaby z nurtem rzeki, ćwicząc mięśnie ramion, czego dotąd nie robiła.
I kiedy myśląc o tym, kończyła swoją kawę, pan doktor Koteńko odbywszy porcję muzycznych akordów, powrócił do stolika w najświetniejszym humorze, zamówił dla siebie, żony i starego pisarza waniliowo-czekoladowe lody, i z niemałą satysfakcją podzielił się z biesiadującymi następującą informacją:
- Usłyszałem od pana Adama, że nasza Kasia, ta prześlicznie dżezująca w kawiarni i w domu kultury zdolna, młoda piosenkarka, wydaje na dniach, z zespołem, rzecz jasna, swoją pierwszą płytę. Pan Majewski to uczynił, podobnie chyba jak my wszyscy, zauroczony głosem i talentem tej ambitnej osóbki.
- No, proszę, to warte odnotowania, pisarzu - zauważyła pani Zofia. - Popatrzcie, a zaczynała od występów na szkolnych akademiach - dodała niby z niedowierzaniem, lecz tak naprawdę wcale nie była zdziwiona faktem, iż zaczyna się przed dziewczyną rysować kariera, której jest godna, zwłaszcza, że piosenki, które śpiewa, należą do repertuaru cokolwiek trudniejszego.
- Życzmy jej zatem powodzenia - wyrzekł stary pisarz, któremu istotnie te latynosko brzmiące pieśni i romanse w wykonaniu panny Kasi przypadły też do gustu.
A kiedy kelnerka Karolina przyniosła do stolika zamówione porcje lodów, pan doktor Koteńko, ni stąd, ni zowąd, zwracając się do swojej żony, przemówił:
- A co byś powiedziała, Zosiu, gdybyśmy w tym roku zapisali się na spływ kajakowy?
Pani Zofia aż otworzyła usta, a jej oczy zalśniły niespotykanym dotąd w jej życiu blaskiem. 

[26.07.2017, Chester, Chwstershire w Anglii] 

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz