Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

08 sierpnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (485 - 486) KOŃCZYMY OLIMPIADĘ. MARZENIA A RZECZYWISTOŚĆ.

 



85.

    Akurat kiedy zaczynam pisać ten tekst kończy się olimpijski maraton i jest już pewne, że złoty medal wywalczy Kenijczyk Kipchoge... o właśnie minął metę w tym momencie.. drugi jest Holender, trzeci Belg, wszyscy medaliści o nieeuropejskich korzeniach, no cóż, my z kolei mieliśmy swego Tomalę na 50 km w chodzie. Nawiasem mówiąc rzadko mi się zdarza umiejscawiać podczas pisania postu adekwatny moment czasu - po latach, jeśli takie nastąpią, będę mógł precyzyjnie określić godzinę i nawet minutę, kiedy to startuję z pisaniem postu.

    Wątek biograficzny jako przerywnik... Onegdaj biegałem sobie długie dystanse - tak coś ponad 10 km, nie więcej - oczywiście dla przyjemności podczas wakacji najczęściej - i pamiętam, że po ukończeniu biegu najbardziej bolały mnie... ramiona.

Igrzyska kończą się i chociaż nie jestem już takim zawziętym kibicem jak dawniej, to dzięki Eurosportowi, który na ośmiu kanałach transmitował olimpiadę w Tokio, obserwowałem zmagania sportowe, tj. siatkówkę mężczyzn i kobiet, teekwondo, kolarstwo szosowe i bardzo wybiórczo lekkoatletykę. Na pozostałe dyscypliny nie starczyło mi czasu i chęci. Oczywiście moje preferencje dotyczyły naszych siatkarzy, których występ pomimo tego, że nie zdołali zdobyć medalu, oceniam pozytywnie. Niestety trener belgijski im w tym nie pomógł. Mam pewną satysfakcję z oceny jaką wystawiłem Heynenowi, gdyż pokrywają się one z krytyką wypowiedzianą przez nieaktywnych obecnie, wybitnych polskich siatkarzy, np. dawnego mistrza olimpijskiego Mirosława Rybaczewskiego. Łukasza Kadziewicza czy Pawła Zagumnego. Nie będę już do tego wracał. Oprócz kibicowania naszym siatkarzom, trzymałem kciuki za Rosjan i Argentyńczyków, zaś w przypadku drużyn kobiecych - Serbkom. Każda z nich odniosła sukces, chociaż żadna z nich nie zdobyła złotego medalu. Obserwuję u siebie ciekawy fakt, że potrafię kibicować zawodnikom różnych nacji; nie umiem z kolei stać po stronie sportowców, którzy z różnych względów postępują / zachowują się niegodnie lub z jakiś innych względów nie dają sie lubić. Trudno mi bowiem wspierać drużynę brazylijskich siatkarek, wśród których była jedna (kto wie, czy nie więcej) zażywała niedozwolone środki dopingowe. Może jestem małostkowy, ale ilekroć spojrzałem na "glamiącą" gumę do żucia siatkarkę amerykańską, moja sympatia dla całej drużyny pryskała jak nadmiernie nadmuchany balon gumy do żucia.

     Generalnie oceniam pozytywnie organizację Igrzysk przez Japończyków, zwłaszcza gdy chodzi o punktualność rozpoczynania danych konkurencji; minusem była zerowa widownia, co jednak nie jest już winą organizatorów; bywały też błędy sędziów w boksie i skandaliczne potraktowanie Saudyjskiego, któremu odebrano złoty medal w karate. Polska reprezentacja spisała się dobrze, przy czym ta pozytywna ocena dotyczy przede wszystkim lekkiej atletyki - bez niej, niestety wypadamy jako nacja słabiutko.

486.

    Ciekawy jestem, jak przedstawia się stosunek między naszymi marzeniami, w praktyce zwanymi planami do tego, do czego doszliśmy w życiu. Czy udało nam się zrealizować marzenia? Jeżeli nie, to co stało na przeszkodzie, że nie zdołaliśmy ich zrealizować? Jeśli generalnie udało nam sie urzeczywistnić swoje marzenia, to czy przypadkiem nie jesteśmy lekko rozczarowani, bo rzeczywistość pomimo tego, że wpisała się w nasze zamiary, nie przedstawia się tak idyllicznie. I jeszcze jedno: czy może, tak jak to miało miejsce w moim przypadku, mieliśmy pozytywne alternatywy do wyboru; dokonaliśmy tego wyboru i czy jesteśmy w pełni usatysfakcjonowani?

    Oczywiście rozumiem, że wszelkie "gdybanie" dzisiaj, po latach, nie ma być może większego sensu, bo powrót do przeszłości nie jest przecież możliwy, ale w celach poznawczych, dla poznawania siebie i motywów, jakimi kierowaliśmy się przy podejmowaniu decyzji - dlaczego nie... warto jest spróbować odpowiedzieć na te postawione powyżej pytania.


[08.08.2021, Toruń]

07 sierpnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (484) DZWONY - WSPOMNIENIA.

 


Wodospad w Enval, Puy-de-Dôme, Owernia, Francja

484.

Obudziły mnie dzwony kościelnego zegara. Tu, gdzie mieszkam, rozlega się dźwięk dzwonów przytłumiony, przyjazny uszom, nie wyrządzający mi nijakiej krzywdy, i jest to odezwanie się typowe, bez udziwnionych brzmień na wzór komórkowych melodyjek. Przypominam sobie podobne dźwięki z tras europejskich, głównie z Francji. Tam przykościelny, choć w przypadku tego akurat kraju, także merowski dźwięk dzwonu przypominał mi kraj.

Na pograniczu jawy i snu wspominam swoje podróże - pewnie przed tymi wspomnieniami łatwo nie ucieknę, może też i nie chcę, a w dodatku facebook przypomina mi o dawniejszych czasach, kiedym przemierzał Europę wzdłuż i wszerz, a najbardziej Francję.

I dzisiaj szczególnie zleciały się wspomnienia jak stadko wróbli do karmnika, a to z tej okazji, że śledzę fejsbukowe losy moich przyjaciół z Francji, którzy swego czasu mnie ugościli, gdym popadł w pod Riom w biedę. Teraz zerkam sobie na googlowską mapkę, na ich dom w Enval, wspominając ten przykry, ale dzięki francuskim przyjaciołom jednocześnie radosny moment czasu. Dzisiaj oni w kamperze (jakże to popularny we Francji środek wakacyjnych podróży) przemierzają Francję od Tulonu na południu kraju po Valenciennes przy granicy z Belgią.

A te wspomnienia działają na mnie tak, że wystarczy, że oczy otworzę i pojawiam się w miejscu, w którym chcę, choć nie wszystkie nazwy tych miejsc pamiętam.


[07.08.2021, Toruń]


06 sierpnia 2021

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 13. DO TYCH PÓL MALOWANYCH

 

ROZDZIAŁ 13. DO TYCH PÓL MALOWANYCH

(w którym poznajemy rozterki i wieczne pytania drzemiące w myślach Starego Pisarza, który wielką powieść sobie zamarzył)


 Stanisław Kamocki "Dworek jesienią" ... jak Soplicowo?


Dnia wciąż przybywa, więc w kawiarence dnie wypełnione większym niż dotąd tłumem gości, choć może tłum nie jest właściwym słowem opisującym biesiadników.

Dla Starego Pisarza, co w samotności najczęściej przebywał przy jedynym kubku mleka, lecz z nieodłącznymi papierzyskami, wspomnienie poszukującej miłości Aleny, na tyle było silne, że do pisania się zawziął chętniej, tłumacząc swoje postanowienie bezapelacyjną koniecznością.

Jakże rozpocząć tu opowieść o kobiecie skromnej i pracowitej, w pięknej wiosce wychowanej, w niepełnej rodzinie (ukochany ojciec odumarł niestety za wcześnie… a jakież on na wsi miał poważanie… tym boleśniejsza przecie strata), kobiecie, która w stan nauczycielski poszła, za głosem serca, z zapałem, bo rozkochała się w dzieciach i całą duszę swą im oddała… bo komu innemu miałażby podarować? Jakże napisać o jej pragnieniu skrytym, jakie przystoi kobiecie, a więc: kochać i być kochaną. Banalna rzecz, ktoś powie, lecz w tym banale siła i niepowtarzalne prawo każdego człowieka do bycia szczęśliwym.

Już tak się w życiu plączą ludzkie drogi, że ta, która najbardziej godna zamążpójścia, najdłużej na swego czeka, a ta trzpiotka-podlotka, co to w głowie ma niewiele, prędzej wybranka znajdzie, prędzej go usidli i do małżeństwa przymusi.

Ta zaś nie tylko kochanką być gotowa, lecz nade wszystko matką dzieciom, przyjaciółką najpierwszą mężczyzny, a bywa i opiekunką i powierniczką tajemnic nikomu nie znanych, ta musi bezustanną toczyć walkę o miłość odwzajemnioną, o szacunek, który jest towarem w cenie, lecz jakoś w niedostatku w magazynie spoczywa.

Stary Pisarz poznawszy historię Aleny, wiedząc że gdzieś tam w dalekim świecie znalazła nareszcie wybranka, kibicował jej uczuciom i losowi. Niech w końcu okaże swą łaskawość.

Snując opowieść o kobiecie, chciałby bowiem optymistyczne znaleźć dla niej zakończenie. I nie tylko o tę fikcyjną, na kartach papieru napisaną się rozchodzi, lecz o tę realną, do bólu prawdziwą, gdyż, jak zażartował, chciałby, aby utoczono mu dzban wina na jej weselisku.

A chciałby też stary pisarz odwiedzić Alenę, zobaczyć, jak żyje, bo dla realiów powieści to rzecz ważna niesłychanie. Chciałby wreszcie w białoruską krainę się udać, szukając wieszcza Mickiewicza śladów; odnaleźć dworek w Zaosiu, przypatrzeć się nowogródzkiej dziedzinie, obejrzeć Grodno, wykąpać się w przeczystych Świtezi wodach, powrócić pamięcią do czasów, gdy wieść gminna baśnie niosła po grodach, lasach i polach, gdzie pęczniała słońcem dzięcielina, gdzie len zazdrościł błękitu niebu. Zatęsknił Stary Pisarz do tych wzgórz i pagórków, do zaścianków i podmurowanych modrzewiowych dworków, do wodnych lilii i ruczajów, do ptactwa, zajęczej i sarniej czeredy, do malw i słoneczników przed oknami chałup, do Zosinowego ogródeczka i ruin zamków, gdzie złe licho nie śpi, a straszy.

Jak tam jest, chciałby zobaczyć, a co zobaczy opisać najpiękniej, przed śmiercią, co pewnie wcześniej niż później przybieży; już się w kolejkę ustawiać każe, gdy smutek drąży coraz częściej duszę. Chciałby Stary Pisarz się przekonać, czy coś jeszcze z tego świata, jaki ukochał przed laty, w księgach się zaczytując, zostało, bo cały ten świat już nie powróci. A może nie ma tych miejsc, nie ma i nic już nie pozostało, jak po młodości własnej? Lecz nie, Alena zapewnia, że nie cała przeszłość zatracona bezpowrotnie.

Już wyobraża sobie to powitanie: szczęśliwa kobieta u boku mężczyzny, który pół świata zjechał, aby trafić do niej, pół świata przejechał, to może i zagarnie ją do swego i dobrowolnie uprowadzi. Czy ona z kolei zgodzi się na to? Opuści matkę, dzieci, dla których tak ogromne ma serce? Czy porzuci ojczyznę dla innej, nieznanej, niepewnej… tylko dla niego? Ot, wielka niewiadoma. Jak potężna może być siła miłości.

I tak myśląc, Stary Pisarz w coraz głębsze popadał strapienie, nie słysząc wokół siebie ni głosów rozmów, ni śmiechów, ni muzyki.

- I cóż pan taki zamyślony? – dziarski głos pani Zofii ułapił mocno za szyję rozterki pisarza – zamówiłam dla nas po jarzębiaczku rozsupłującym język, szczególnie przed przyjacielem.

- Pani Zosiu, w samą porę. W samą porę pani przyszła.


(06.08.2021, Toruń)


04 sierpnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (482 - 483) ROŚLINY ZIELONE. DRZEWIEJ LEPIEJ?

 

482.

Chciałem zaprezentować moją doniczkową roślinkę. Kompletnie nie wiem, jak się nazywa, ale rośnie pięknie. Na zdjęciu wyeksponowana na stoliku balkonowym, aby dostała trochę słońca tego pochmurnego dnia. Roślinka lubi być podlewana.



Roślinka specyficznie rośnie. Kiedy jest podlewana (czasami podlewam woda gazowaną), wypuszcza jedną, dwie lub jak w tym przypadku - trzy "palemki", które rosną bardzo szybko. Te nowe, pnące się w górę zawiązki pojawiły się na jednej z dwu - niższej łodydze głównej, ale i na tej wyższej "wybiły" "palemki"



Tymczasem pod balkonem uwiodła mnie taka oto, także nieznana mi roślina o niebieskich podłużnych kielichach kwiatowych.


483.

"Jedną kanapkę jedliśmy, z jednego kubka piliśmy, lody na lizy a jabłka na gryzy były. Latem kurz w rzece zmyliśmy, zimą przemarznięci z gilem do brody, z górek zjeżdżaliśmy, całe dnie po dworze lataliśmy. Nie było probiotyków w kapsułkach, była butelka kefiru i kiszona kapusta, nie było mleka zdrowszego niż to ciepłe, spracowanymi rękoma dojone. Kąpiel w rzece bezpieczna była, woda pita prosto ze źródła nikomu nie szkodziła. Warzywa z ogródków kradliśmy, wszystko niemyte zjadaliśmy. Poziomki, jagody, maliny - wtedy tez osikane przez lisa były, ale nikogo nie brzydziły, nikogo nie otruły."

    Takie i temu podobne teksty pojawiają się w społecznościowych grupach wspomnieniowych na fejsbuku. Czasami w tych wpisach dostrzec można przesadę, nazbyt optymistyczną wizję przeszłości, lecz wspólnym mianownikiem jest w tych tekstach wyzwanie rzucone współczesności plus niejaka tęsknota za czasami minionymi, które z perspektywy dojrzałości naszej jawią się jako radośniejsze od obecnych.

    Oczywiście, pewne jest to, że przeszłość naszą nader często idealizujemy, fakt, że nie zawsze, bo też i nie dla każdego dzieciństwo to podówczas jawiło się krainą szczęśliwości. Podejrzewam jednak, że bogactwo, które wszak nie było dla większości Polaków, którzy wychowali się w PRL-u cechą nadrzędną i wyróżniającą jest tym, za czym dzisiaj tęsknimy. Powiem nawet więcej - stan materialny wielu dzisiejszych rodzin obiektywnie mówiąc, polepszył się, ale na naszej planecie bywa tak, że niejednokrotnie nie samo bogactwo i nowoczesność decydują o szczęściu człowieka. Kłania się też nieoceniony Maslow.

Ponieważ ta piramida potrzeb Maslowa jest może niezbyt  łatwa w odczytaniu, poniżej skrót.

Poziom podstawowy – potrzeby fizjologiczne

Poziom drugi – potrzeby bezpieczeństwa

Poziom trzeci – potrzeba miłości i przynależności

Poziom czwarty – potrzeba szacunku

Poziom najwyższy – potrzeba samorealizacji

    Nie wchodząc w szczegóły, chociaż generalnie samo zjawisko tęsknoty za dzieciństwem i młodością nie jest niczym niezwykłym i nie sprowadza się li tylko do sentymentalizmu, należałoby zwrócić uwagę, że to zaspokajanie potrzeb każdego człowieka decyduje o jego szczęściu. Stwierdzam zatem, że w moim przypadku nie miałem problemu z zaspokojeniem potrzeb fizjologicznych, chociaż nie zwykłem jadać w nadmiarze owoców morza, a i też nie kąpałem się w złoconej wannie, ba, początkowo nawet tej wanny nie miałem.

    Nie widzę też powodu, aby narzekać w przeszłości na niedostatek potrzeb związanych z bezpieczeństwem. Zdrowy tryb życia, opieka społeczna, zatrudnienie - to wszystko było i, jak na owe czasy, na przyzwoitym poziomie.

    Potrzeby miłości i przynależności zaspokajane były w stopniu, jak sądzę, zdecydowanie wyższym niż obecnie i nie ograniczały się one do funkcjonalności rodziny. Dziwnym trafem odczuwałem znacznie większą więź z ludźmi, sąsiadami, jak i też w ogóle ludźmi, dla których Polska była naszym wspólnym krajem.

    W większym też stopniu niż ma to miejsce obecnie realizowana była potrzeba szacunku, tak wobec mnie jak i wobec moich rodziców, o których niejednokrotnie mówiono z uznaniem i cieszyli się z tego, że mogą realizować się w świecie i miejscu, w którym przyszło im żyć.

    Z realizacja potrzeb wynikających z chęci samorealizacji było różnie, jednakowoż pracując nad sobą, ucząc się i studiując można było czuć się w pełni wykorzystanym dla dobra społeczeństwa. Chciałem w tym miejscu zwrócić uwagę na różnicę pomiędzy samorealizacją dawniej a dzisiejszą. W czasach mojej młodości samorealizacja dokonywała się na kierunku jednostka - społeczeństwo; dzisiaj najczęściej człowiek realizuje się dla samego siebie lub też poprzez rywalizację o miejsce w szeregu z innymi ludźmi.

    No cóż, można by wiele na ten temat pisać, ale pozwólmy klawiaturze odpocząć.


[04.08.2021, Toruń]




03 sierpnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (480 - 481) NA BALKONIE. DO TYŁU W ĆWIERĆFINALE.

 

480.

Ciotecznego brata szwagra znajomy, na pierwszym piętrze mieszka w familoku, przez okno wygląda i z podwórka widać, że cierpi. Mieszka sam, lecz wokół sąsiadów ma starych i młodych, a kiedy wda się w jakąś sprzeczkę z jednym, z jedną, to zaraz drugi czy druga nasiada na niego, taka nasiadówka; krzyczą na niego, wymyślają, to bierze klucz, ściąga go z kołka i zmyka się na dwa spusty w kuchni, otwiera okno i czy to dzień, czy noc patrzy na świat podwórza, odkłania się przechodnią wielką swoja nieśmiałością, a ja na balkonie, choć zimno, więc na się założyłem dresową kurtkę i piszę przy okrągłym stole, a w uszach mam słuchawki i słucham Sade Adu, w tej chwili "The Sweetest Taboo", potem "No Ordinary Love", Sade - tej najelegantszej piosenkarki świata.

481.

Pan prezydent przyjechał - siatkarze przegrali, her oszust europoseł i działacz czarnecki się zjawił (ciekawe za jakie pieniądze przyjechał) - siatkarze "wtopili" ponownie.

Żarty żartami, ale wkurzam się na siebie, bo przewidziałem wynik meczu z Francją, jakoś tak. Nie, nie jestem jasnowidzem - ja tylko skojarzyłem pewne fakty, które, skłoniły mnie do podejrzeń, że olimpiada dla siatkarzy może się skończyć w taki sposób. Niestety winą za tę porażkę obciążam trenera Vital Heynena.

Nie wiem, czym kierował się belgijski trener zabierając do Tokio Kubiaka. Przykro to mówić, ale Kubiak tak jak był bez formy w Lidze Narodów, tak bezbarwny był podczas Igrzysk. Michał Kubiak bardzo wiele zrobił dla polskiej siatkówki w przeszłości, ale kto jak kto, ale trener reprezentacji przy wyborze kadry powinien kierować się aktualną formą każdego siatkarza. Kolejna sprawa - kiedy popatrzyło się w meczu z Francją na twarz Fabiana Drzyzgi, naszego rozgrywającego, dominował żal i współczucie, że nasz pierwszy rozgrywający zmuszony był do grania w każdym meczu. Łomacz naprawdę nie jest dużo gorszy. I nie chodzi mi o to, że Heynen nie zdecydował się na niego akurat w meczu z Francją - uważam, że od czasu do czasu należy odciążyć niektórych zawodników, nawet tych, którzy grają dobrze. Zresztą ceną Heynena było to, że rzadko prawidłowo reagował na gorszą grę poszczególnych zawodników, dokonywał zmian za późno i wskutek tego nie pozwalał zmiennikom na rozegranie się. Pytam się, po cóż podczas Ligi Narodów Heynen grał wszystkimi zawodnikami, gdy na Olimpiadzie praktycznie grał tylko szóstką i Zatorskim. Przykro mi o tym pisać, ale obserwując wiele spotkań siatkarskich (w tym dzisiejszego z Francją) trenerzy starają się we właściwym momencie reagować na okresowe niepowodzenia swoich zawodników poprzez zmianę rozgrywającego lub poszczególnych graczy (dotyczy to także siatkówki kobiecej), i to nie tylko w sytuacji znacznej przewagi, gdy sądzi się, że zmiennicy "dowiozą" zwycięstwo. Heynen zafiksował się na skład jaki wybrał, a wprowadzanie Śliwki, Semeniuka czy Nowakowskiego nie mogło się w meczu z Francją powieść, bo siatkarze ci grali w przekroju całego turnieju tak mało, że wymaganie od nich gry na sto procent w kluczowych momentach spotkania, gdy się drużynie nie wiedzie, nie mogło się udać. Myślę, że im szybciej zastąpi się Heynena, tym lepiej dla polskiej siatkówki. Zaczynam dochodzić do wniosku, że jednak wbrew temu stanowisku, do którego byłem przywiązany, częstsza rotacja trenerów reprezentacyjnych powinna mieć miejsce - Heynen, który rzeczywiście zrobił wiele dla polskiej siatkówki, już więcej naszych siatkarzy nie nauczy.


(03.08.2021, Toruń)

02 sierpnia 2021

JERZY KAWALEROWICZ - DOBRE KINO (1)

 

Jak to się zadziało, że w kraju nie w pełni demokratycznym, z wszechobecną cenzurą istniało wspaniałe kino, a filmy pokazywane (niestety bardzo rzadko) dzisiaj nie straciły nic z dawnej świetności, i, pragnę zaznaczyć, że nie mam na myśli równie fantastycznych seriali filmowych, telewizyjnych, których porównywanie z dzisiejszymi produkcyjniakami jest obelgą dla tych pierwszych.

Mógłbym oczywiście udowadniać w nieskończoność, że drzewiej bywało z polską kinematografią lepiej, ale wystarczy przedstawienie jednego nazwiska, aby uzasadnić współczesnemu widzowi moje zdanie.

Mam na myśli Jerzego Kawalerowicza (1922-2007) i jego filmy (dokonałem ich wyboru):

  • "Celuloza" (1953–1954)

  • "Pociąg" (1959)

  • "Matka Joanna od Aniołów" (1960)

  • "Faraon" (1965)

  • "Śmierć prezydenta" (1977)

  • "Austeria" (1983)


1.         Plakat filmu "Celuloza".


2. Scena zbiorowa


3. Młody Józef Nowak w roli Szczęsnego.



"Celuloza" będąca sfilmowaną wersją poczytnej powieści Igora Newerlego - "Pamiątka z Celulozy" opowiada o losach chłopca, który z powodu głodu we wsi, gdzie się urodził, przenosi się do fabryki celulozy we Włocławku, gdzie styka się z okrutną dla ludzi ubogich, robotników i wyrobników rzeczywistością. Prześladowany w wojsku po zakończeniu służby wojskowej powraca do "Celulozy" gdzie staje się świadomym komunistą i podejmuje działalność rewolucyjną. Film do bólu prawdziwy, ceniony w okresie PRL-u, a obecnie zapomniany w myśl poglądu, że w przedwojennej Polsce wszystko było lepsze.


4. Lucyna Winnicka i Leon Niemczyk




5. Teresa Szmigielówna, Ignacy Machowski i Leon Niemczyk




6. Roland Głowacki jako poszukiwany morderca.


"Pociąg" to niezwykły obraz nocnej podróży pociągiem na Hel, którego akcja skupia się początkowo na dwóch spotkaniu w jednym przedziale dwojga Marty i Jerzego - dojrzałych ludzi, którzy wskutek nieporozumienia nie mogą spędzić podróży w samotności, do czego dążyli kulując bilety. Pomniejszymi bohaterami "Pociągu" są: Staszek, były chłopak Marty, który wciąż ją adoruje, pasażerze - byłym więźniu obozu koncentracyjnego, który cierpi na bezsenność, żonie adwokata, która kokietuje mężczyzn, konduktorka i konduktor oraz wiele innych osób, w tym poszukiwanego przez milicję mordercy. Jerzy, który zajmuje miejsce zabójcy, zostaje przez milicjantów osadzony w oddzielnym, służbowym przedziale, a z tego uwięzienia wybawia go Marta. Kluczową sceną filmu jest wieloznaczna pogoń niemal wszystkich podróżnych - morderca zostaje schwytany, a podróżni, którzy poczuli wielką ulgę z tego powodu, powracają do pociągu, który w końcu osiąga cel przeznaczenia.


7. Plakat z filmu "Matka Joanna od aniołów" 



8. Lucyna Winnicka jako Matka Joanna od Aniołów.



9. Mieczysław Voit jako ksiądz Suryn i Lucyna Winnicka






Fabuła kolejnego obrazu oparta jest treść opowiadania Jarosława Iwaszkiewicza "Matka Joanna od aniołów". W pewnym klasztorze na Smoleńszczyźnie diabły opętały zakonnice. Do klasztoru przybywa egzorcysta jezuicki Józef Suryn, którego celem będzie wypędzenie szatanów, które zagnieździły się w duszy Matki Przełożonej. W końcu egzorcyście udaje się wygnać osiem demonów z Matki Joanny, ale diabły przenikają teraz do duszy księdza Suryna.

Film przez środowiska katolickie uznany został jako obraźliwy względem religii katolickiej, ale bardzo pozytywnie został przyjęty przez widzów, krytyków polskich i zagranicznych.


[02.08.2021, Toruń]

01 sierpnia 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (476 - 479) CIESZMY SIĘ. ANTYWOJENNIE. KANONICZA. U STÓP WAWELU.

 

476.

Co oferowane jest nam w czasie dyktatury. Telewizja puszczająca przegniłe stare kawałki w nowych wykonaniach, te same muzyczne kotlety powtarzane jak mantra, wydobyte z archeologicznego podziemia dawanie mi tej nocy, skaczące balety, publika po paru piwach, ci sami zapowiadacze z głupawymi uśmiechami na twarzach, z równie niemądrymi wypowiedziami za cholernie duże pieniądze, przedwojenna, umysłowo spłaszczona piosenkarka wygłaszająca pochwalny dytyramb na cześć prezesa, rozrywka dla mało wymagających, klaszczemy, klaszczemy albo inaczej: zamyka się mięśniaków w stalowych klatkach, niech się nawalają do ostatniej krwi, do przedśmiertnego odklepania albo pokazuje się na każdej długości i szerokości geograficznej fal telewizyjnych to całe zło świata, tę bezwzględną walkę o kasę, o dominację, o byle co, instruując widza przy okazji, co tu zrobić, aby oszukać drugiego, aby zmienić jego życie w pasmo udręk, i potem znów piosenka na życzenie: jak się bawić, co zrobić, aby pozbawić się nawzajem człowieczeństwa, a na koniec - modlitwa za siebie samego, za naród, i żeby jeszcze właściwie zaadresować kopertę z datkiem.

477.

Trochę a'propos 77 rocznicy wybuchu Powstania Warszawskiego, wiersz Anny Świrszczyńskiej (1909 - 1984) "Niech policzą teraz nasze trupy".


Ci co wydali pierwszy rozkaz do walki

niech policzą teraz nasze trupy.

Niech pójdą przez ulice

których nie ma

przez miasto

którego nie ma

niech liczą przez tygodnie przez miesiące

niech liczą aż do śmierci

nasze trupy.


478.

Bardzo miłe wspomnienia, tym razem jedynie okraszone starymi fotografiami Krakowa i ulicy, która szczególnie zagnieździła się w mojej pamięci - mowa o ulicy Kanoniczej.

1-2 Kanonicza w stronę Wawelu

1

2. 




3. Dziedziniec "Domu Długosza", gdzie mieszkał młody Wyspiański. Tu ojciec poety, malarza i dramaturga miał swoja pracownię.


479. 

U stóp Wawelu miał ojciec pracownię,

wielką izbę białą, wysklepioną,

żyjącą figur zmarłych wielkich tłumem;

tam, chłopiec mały, chodziłem; co czułem,

to później w kształty mej sztuki zakułem.

Uczuciem wtedy tylko, nie rozumem,

obejmowałem zarys gliną ulepioną

wyrastający przede mną w olbrzymy:

w drzewie lipowym rzezane posągi.


[01.08.2021, Toruń]





NIGDZIE

 1.

    Wyruszyłem w połowie czerwca, dokładnie piętnastego, i warto zapamiętać tę datę, bo później trudno będzie odtworzyć, co się będzie działo, chociaż czy w ogóle sensowne będzie powoływanie się na ten dzień, poranek, pogodny i niemal bezwietrzny; w taki czas jedni przystępują z zapałem do konsumpcji kolejnego dnia, inni odwracają się od niewysokiego słońca plecami i wybierają się w podróż bezcelową, no może nie do końca, bo nic się nie dzieje na tym świecie bez przyczyny, a skoro jest przyczyna, to i jej skutkiem jest jakikolwiek cel, nawet jeśli sobie go nie uświadamiamy.


- Wczoraj jeszcze był, panie policjancie, ja z pełną świadomością zapukałam do niego i poprosiłam o pół szklanki octu, zabrakło mi do korniszonów, kupiłam na bazarze, włoskie, bo naszych dobrych ogórków jeszcze nie ma albo nie miałam szczęścia ich spotkać. Proszę sobie wyobrazić, że miał ocet i pożyczył mi całą butelkę; jego spiżarnia była z reguły dobrze wyposażona, i właśnie wtedy - drzwi od pokoju były otwarte - zobaczyłam...

- Miał w zwyczaju nie zamykać drzwi wejściowych? - wtrąciła się do rozmowy policjantka, towarzysząca partnerowi w mundurze.


    Kiedy zjawili się przed mieszkaniem Stefana przed południem, policjant pięciokrotnie z przerwami naciskał klawisz dzwonka i przekonawszy się, że mężczyzny nie ma w domu, odwrócił się na pięcie i zrezygnowany postanowił zejść na dół, ale przez chwilę pomyślał, że może warto by było zapukać do drzwi naprzeciwko - sąsiad mógł przecież wiedzieć coś o poszukiwanym. Wtedy policjantka, drobna, z sylwetki - wysportowana dziewczyna o kruczych, spiętych z tyłu głowy w koczek włosach ukrytych pod parawanem policyjnego nakrycia głowy, nacisnęła klamkę drzwi, które ku zdziwieniu obojga, otwarły się na oścież. Dziewczyna już miała wejść do środka, lecz partner powstrzymał ją szeroko wyciągniętym ramieniem, które zablokowało wejście do mieszkania.

- Najpierw poszukajmy świadka, niech nam towarzyszy.

    Policjantka przyznała mu rację i natychmiast skierowała się w stronę przeciwległych drzwi; zadzwoniła i odczekała chwilę, aż oboje usłyszeli krzątaninę za drzwiami. Drzwi otworzyły się. W progu stała kobieta w średnim wieku, niska, ubrana w jaskrawą, kwiecistą podomkę, trzymając w lewej ręce dopiero co ściągnięty z głowy ręcznik. Policjanci domyślili się, że kobieta była po kąpieli. Wtedy mężczyzna w mundurze wyjaśnił, co było powodem skontaktowania się z sąsiadką Stefana Wrony. Kobieta zdradzała zaskoczenie, lecz zgodziła się towarzyszyć przedstawicielom władzy w penetracji mieszkania.

- ... zobaczyłam ogromny, wypełniony po brzegi plecak, taki wysoki, z aluminiowym stelażem, mnóstwem kieszonek, uchwytami i trokami, z szerokimi, wygodnymi szelkami , zwieńczony zwiniętym w rulon kocem, ubrany w przeciwdeszczowy pokrowiec; nad nim, zdaje się, dowiązany mikroskopijny, nieprzemakalny namiot - kontynuowała szczegółowy opis plecaka; jak się później okazało, kobieta była malarką i stąd jej szczególne obserwatorskie predyspozycje, którymi zaskoczyła policjantów.

- Trudno powiedzieć, ale nie sądzę, aby kiedykolwiek nie zamykał drzwi, skoro nawet wtedy, gdy był obecny w mieszkaniu, drzwi wejściowe zamykał na klucz.

- Jak pani się wydaje, czy wszystko jest na miejscu? - dopytała policjantka.


    Kiedy w połowie maja stracił pracę, widywała się z nim częściej. Rzadko zapraszali się nawzajem do swoich pustych w gruncie rzeczy mieszkań. Wystarczały im rozmowy na świeżym powietrzu, gdyż ich balkony przylegały do siebie. O ile tylko na zewnątrz było ciepło, potrafili spędzać na rozmowie po dwie - trzy godziny dziennie, początkowo zwykle wieczorami, bo kiedy jeszcze pracował, wracał do domu przed osiemnastą. Ona z kolei miała lekcje w szkole, a potem też do szóstej po południu prowadziła zajęcia plastyczne w domu kultury, więc umawiali się na siódmą; ona przygotowywała coś do jedzenia, on wystawiał na balkonowy stolik butelkę półsłodkiego wina, i tak podając między sobą kieliszki i talerzyki z jakąś strawą, umilali sobie życie, tocząc przy okazji rozmowy na najrozmaitsze tematy. Jak już nie pracował, nie zmienili swoich przyzwyczajeń, jednakowoż pojawiały się wczesne tego roku, gwałtowne burze, zachodziła do niego z jakimiś pierogami, kotletami z kapustą lub ciastem. Znała dokładnie rozkład jego dwupokojowego mieszkania, zawsze wysprzątanego, co rzucało się wręcz w oczy i jakby nie pasowało do porządku, jaki przynależy mężczyźnie.

(...)


[01.08.2021, Toruń]

RAZ JESZCZE DÜRER

 Zgodnie z wyrażoną przez Schopenhauera myślą, że chwilową ulgę w cierpieniu może przynieść kontemplacja dzieł sztuki, przedstawiam w kawiarence niektóre prace Albrechta Dürera, (1471 - 1528) – niemieckiego malarza, grafika, rysownika  uważanego, i słusznie,  za najwybitniejszego artystę niemieckiego renesansu.


1. Autoportret. W licznych autoportretach widać nie tylko dbałość o szczegóły, ale wręcz niezwykłą, fotograficzną nowoczesność rysów twarzy.



2. "Pokłon Trzech Króli". Idealna kompozycja, perspektywa; obraz, którego treść zaciekawia obserwatora.



3. "Święto Różańca". Zwracam uwagę na włoski błękit nieba, tudzież błękitne stroje - kolorystyka typowa dla italskich mistrzów renesansu, a Dürer był wszak Niemcem.




4."Męczeństwo Dziesięciu Tysięcy". Obraz nawiązujący do  historycznego faktu o męce wypędzonych dziesięciu tysięcy chrześcijan z Kaukazu. 




5. "Głowa starego mężczyzny". Niewątpliwie Albrecht Dürer był wyśmienitym rysownikiem - włosy, kształt nosa i ust, broda, zmarszczki - oddane wiernie - można się wzorować na tym portrecie.




6. "Dwa Siedzące Lwy". Wśród całego mnóstwa rysunków artysta portretował także zwierzęta. Zastanawiające jest to, że twarz tego lwa z prawej ma pewne cechy przynależne człowiekowi... może jest to spojrzenie? 




7."Studium lewej ręki apostoła". Wśród wielu rysunków mistrza z Norymbergii są liczne studia rąk, dłoni, palców, głów ludzkich i zwierzęcych, które następnie artysta umieszcza w olejnych lub akwarelowych obrazach.





8. "Mąż Boleści". Szczególnie piękny drzeworyt przedstawiający, cierpienie, żal i boleść.



9. "Dwunastoletni Jezus w Świątyni". Dürer w swoich pracach odwoływał się do tematyki biblijnej, jednakowoż w jego obrazach nie ma dewocji i pouczania. Przedstawia nich pewien problem. Tu: każda z postaci różnie reaguje na nauki Jezusa.





10. "Dziedziniec dawnego zamku w Innsbrucku - bez chmur". Znakomita technika, precyzja, wierność odtwarzania rzeczywistości dotyczy również obrazów przedstawiających renesansowe miasta, a że nie jest ich zbyt wiele w twórczości Dürera, tym bardziej warto docenić tę akwarelę. 



[01.08.2021, Toruń]