Luis Alberto Sangroniz - Portret kobiety (1932)

Luis Alberto Sangroniz  -  Portret kobiety (1932)

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

11 stycznia 2014

Kobieta zmienną jest, czyli dla słyszących

Jak przez sen wchodzi muzyka, Adam doświadczył dwukrotnie. Za pierwszym razem wpłynął do jego snu Vivaldi i w nim pozostał; drugi przypadek miał miejsce na zielonej łące północnych Mazur, kiedy to w uśpionym, chłopięcym mózgu pojawiła się zjawiskowa Izabela Trojanowska. A brzmiało to tak:

Jakkolwiek motyw przewodni, ukazujący perfidną niedostępność niewiasty w słowach „całej nie dostaniesz mnie i tak” wielce bulwersuje także przerosłego Adama K., kosmiczna melodia  Romualda Lipki, przedziwnie współgrająca z tekstem Andrzeja Mogielnickiego i podstępną jak diabli (podówczas, o ile pamięć nie myli Adama) Panną Izabelą, w której kochał się i Działoszyn, i Lądek Zdrój, pozostała równie intrygująca w czasach podlejszych, wyrywających włosy z głowy, lubo też szroniących niecne męskie skronie.
Zaraz też odezwały się wspomnienia muzyczne innego rodzaju, których autorami są m.in. Kraftwerk, Mike Oldfield, Tangerime Dream, Klaus Schulze i Jean Michel Jarre. Kosmiczne były to czasy.


O ile Izabela Trojanowska jawi się jako mroczny a niedostępny przedmiot pożądania (zapożyczenie rzecz jasna z Luisa Buñuela), o tyle Małgorzata Pieńkowska wręcz inaczej, o czym uświadamia mnie ta oto pieśń żartobliwie miłosna:
Ech….

[Obie pieśni, w celach wyłącznie edukacyjnych oraz terapeutycznych, udostępniono dzięki uprzejmości pana You Tube.]

10 stycznia 2014

Był sobie człowiek

Pierwsze to zapomnieć a drugie i ostatnie zasnąć.
Kiedyś był sobie człowiek.
Napełniał kieszenie jabłkami, po które wspinał się na palce, przyciągał gałązka po gałązce ku ziemi. Ech, co to były za jabłka! Szare renety, papierówki i kosztele.
Wyrzuć to z pamięci! Wyrzuć!
Najadłeś się człowieku, nasyciłeś. Wystarczy. A z cudzego drzewa nie brałeś? Zakazanego owocu?
Nie brałem, Panie. Jeno tyle co w kieszeniach i dłoniach, albo w koszuli z młodego ciała zdjętej i na czas zbioru rozłożonej niczym sieć pajęcza. Rozdawałem raczej, aniżeli'm przywłaszczał dary. Wszak wiesz o tym.
Był sobie człowiek.
Po coś, człowiecze rósł? Po coś wspinał się na palce? Siedzisz sobie teraz i myślisz o bezradności i bezcelowości odpowiedzi. Po co? Dla jakiej przyczyny? Dla wspomnień?
Czasami Ty uderzasz twardą dłonią, pięścią w łeb walisz, opuszczasz gilotynę. Tak lepiej. Wtedy jednym posunięciem niweczysz w człowieku pamięć. A mnie każesz czekać, abym każdego dnia umierał coraz bardziej i w milczeniu.
A pamięć jest najgorsza. Wije się za tobą jak dym z komina walczący z mgłą podczas bladej ciszy wieczoru.
Pamięć złą chciałoby się skasować za jednym dotknięciem czarodziejskiej różdżki, aby nie zarażała umysłu.
Pamięć dobrą należy zapomnieć, aby nie doprowadzała do rozpaczy w konfrontacji z tym dzisiejszym dniem, w którym jeszcze przechadza się człowiek

09 stycznia 2014

Anna Polony, czyli życie jest teatrem

Anna Polony powiedziała, że najbardziej ceni sobie teatr pomiędzy latami sześćdziesiątymi a dziewięćdziesiątymi ubiegłego wieku. W obecnym, awangardowym, nie znajduje dla siebie miejsca. Przekonuje, że przywykła do pracy nad wybitnymi tekstami i trudno jej przychodzi posługiwać się tekstem przypominającym bełkot. Oczywiście artyści (np. reżyserzy) mają prawo tworzyć teatr nowoczesny, lecz ona nie jest w stanie w nim uczestniczyć.
Niedoskonałe streszczenie wypowiedzi wybitnej aktorki ma na celu niedoskonale wyrażone przyznanie Jej racji i upoważnia do stwierdzenia, że Anna Polony mądrą kobietą jest, a życie jest teatrem.
Na kanwie jej wypowiedzi udzielonej w TVP Kultura należy zwrócić uwagę, że pani Anna Polony dociera do sedna poglądu wyrażanego przez Adama K. poglądu na współczesność. Adam K. unika uczestnictwa w bełkocie nowego, a jeżeli już, otwiera się na niewielką grupę przyjaciół, z którymi egzystuje na przekór rzeczywistości. Jeżeli już chce zabrać głos publicznie, to dostosowując się do klimatu epoki, musi koniecznie pastwić słuchających i czytających bełkotem.
W przedstawionym powyżej wątku fikcja miesza się z rzeczywistością. Adam K. jest postacią poczętą przez wyobraźnię. Anna Polony jest inteligentną kobietą, uwielbianą przez fikcyjnego Adama K. aktorką o tysiącu i jednej pięknych twarzach.
Adama K. i Anną łączy bardzo solidna i trwała nić porozumienia.


Z "Procesu" Kafki skradzionych zdań kilka

(...)"- Nie szukam oratorskiego sukcesu - mówił K. idąc za tokiem swych myśli - nie wmawiam sobie, jakobym go mógł zdobyć. Pan sędzia śledczy najprawdopodobniej mówi o wiele lepiej, to należy przecież do jego zawodu. Ja pragnę jedynie omówienia pewnego publicznego zła. Proszę posłuchać: przed niespełna dziesięcioma dniami zostałem aresztowany;sam śmieję się z faktu aresztowania, ale to teraz do rzeczy nie należy. Naszli mnie rano w łóżku - sądząc z tego, co powiedział pan sędzia śledczy, nie jest wykluczone, że miano rozkaz aresztować jakiegoś malarza pokojowego, który równie jak i ja jest niewinny, dość, że wybrano mnie. Dwóch ordynarnych strażników zajęło sąsiedni pokój. Nawet gdybym był niebezpiecznym bandytą, nie można było wykazać większej ostrożności. Ci strażnicy, była to zresztą zdemoralizowana hołota, uszy bolały od ich głupiej gadaniny, chcieli się dać przekupić, próbowali pod różnymi pozorami wyłudzić ode mnie ubrania i bieliznę, żądali pieniędzy, aby mi rzekomo przynieść śniadanie, gdy poprzednio na moich oczach najbezwstydniej zjedli moje własne. Nie dość na tym. Zaprowadzono mnie do trzeciego pokoju, przed nadzorcę. Był to pokój damy, którą bardzo cenię, i musiałem być świadkiem, jak ten pokój z mego powodu, ale nie z mojej winy, został niejako splugawiony obecnością strażników i nadzorcy. Niełatwo było zachować zimną krew, ale udało mi się to mimo wszystko i zapytałem nadzorcę z całkowitym spokojem - gdyby tu był, musiałby to potwierdzić - dlaczego jestem aresztowany. Ale cóż mi odpowiedział ten nadzorca, którego jeszcze teraz przed sobą widzę, jak siedzi na krześle wspomnianej pani, niby uosobienie tępej buty? Panowie, w samej rzeczy nic mi nie odpowiedział, może naprawdę nic nie wiedział, zaaresztował mnie i był zadowolony". (...)

07 stycznia 2014

Ostatni sztach

"Co dobrego możesz zrobić dla innych, witając nowy dzień. Promieniuj radością i dziel się okruchami szczęścia,  jakbyś pomnażał chleb a wodę zamieniał w wino. Nie zamykaj przed sobą serca. W ten sposób zwrócona ci będzie miłość i przyjaźń tych, którym ofiarowałeś siebie."
Mężczyzna zwinął przeczytaną karteczkę w rulonik, skrzesał ogień i podpalił ostatniego papierosa, jakiego miał w paczce. Zaciągnął się, odczuwając zniewalającą rozkosz, wywołującą pulsację żył w skroni. Jeszcze jeden taki haust i poczuł ciepło całego ciała, zwłaszcza nóg i ramion. Po ostatnim zaciągnięciu, wsunął się głębiej pod ławkę, nasuwając na siebie spłowiałą derkę, a na głowę kartonowe pudło.
- Że też chce im się drukować takie głupstwa - pomyślał i momentalnie zasnął.

06 stycznia 2014

Lęk

Teraz na niego kolej. Rozejrzał się wokół. Wyobrażał sobie, że otoczony będzie kręgiem osób, których cała uwaga skupi się na nim. Było nieco inaczej. Krąg wprawdzie był, lecz nierównomiernie rozpostarty, rozrzucony jak suche siano na gładkiej płaszczyźnie klepiska. Stoliki, krzesła, ludzie.  Pierwszym odruchem jest odrzucenie sytuacji i sprzeciw wobec nakazu mówienia o sobie, o byle czym. Jest też brak zaufania z nutka ironii wobec tego, co pragnie się uzyskać i wykorzystać jako cząstka pomocy dla niego i nie tylko dla niego. Kolejny odruch ma już podłoże realistyczne, wynikające z danego wcześniej słowa. Przecież zgodził się na tę terapię i oto wynikające z tej zgody konsekwencje. Z drugiej strony paraliżująca jest myśl, że za chwilę obnaży się na oczach słuchających go współnieszczęśników projektu. Powoli pokonuje ten problem, znajdując uzasadnienie w nieuchronności czasu przeznaczonego na terapię, czasu, który przeminie.
- W moim przypadku - zaczyna nieskładnie, czując ciężkość każdego słowa, jakie niechętnie opuszcza jego usta - największym problemem stało się przemijanie. Liczysz każdą godzinę, minutę, chwilę. Z przerażeniem patrzysz na wskazówki zegara, które zbliżają cię do wielkiego, potęgującego się bólu, jaki czeka na ciebie w dniu jutrzejszym. To fizyczny ból, któremu towarzyszy lęk nie tylko przed zaśnięciem, ale też przed zbudzeniem się ....
...to wyszło fatalnie, kompletnie źle, może innym razem. 

05 stycznia 2014

Byle gdzie

Najpierw trzeba mieć, aby coś zjeść, nie mieć ochotę na jedzenie. Ochota przychodzi i odchodzi - mówiłem, chwytałem się każdego wątku, aby nie milczeć, nie ukazywać się jako gbur, nieokrzesaniec, słowem, nieciekawy typ, jakich wiele wałęsa się po ulicach miasteczek i miast. Pierwsze wrażenie, choć bywa mylne, zostaje w pamięci.
- To może jednak coś zjemy - powiedziałem bez jakiegoś szczególnego wewnętrznego aplauzu dla tej sugestii.
Uśmiechnęła się i dałbym sobie podłożyć głowę pod topór, że jej myśli dalekie były od konsumpcji późnego obiadu w restauracji, przed którą przechodziliśmy.
- Jeśli już, to tylko kawa albo lepiej dobra herbata. Za późno na kawę.
Wiedziałem, że nie przepada za kawą. Ja też specjalnie nie przepadam, więc weszliśmy herbacianymi schodkami do wnętrza lokalu. Stoliczek w samym rogu sali wydawał się w sam raz dla szaleńców takich jak my. A, swoją drogą, dlaczego szaleńcy wybierają stoliki w rogu sali?
Pijemy więc, ach jak pijemy. Szczerzymy do siebie kły, szczerzymy. Padam z nóg. Nawet nie wiem, jak to się stało. Cholera, a tak chciałem o tym napisać. Pogotowie. Dalibóg, budzę się przytroczony do kroplówki. Ale niefart. Otwieram oczy. Znowu jestem w tej knajpie przy herbacie. Jakże my potężnie milczymy. Nagle dostaję wstrząsu. Z wnętrza sali stonowanym krokiem podąża ku nam to coś. Raptownie budzę się. Szepczę jej do ucha. Ale ma piękne ucho. To najpiękniejsze ucho na świecie.
- Zobacz, co się teraz stanie...
To żeńskie coś zbliża się i zdaje się ze już w połowie drogi ma otwarte usta. A paszoł won z tymi ustami, myślę sobie, albo nie, niech podejdzie.
- Dzień dobry Adamie - wita się, czy jak - i teraz trzeba patrzeć. Wlepiam w nią ślepia, drążę, przeszywam, a przecież wygląda na to, jakbym bielmo miał na obu, albo mgłę.
- Kim pani jest? - pytam.
Konsternacja.
- Jak to kim? Pracowaliśmy... zgrywasz się.
- Czy ty ją znasz? - zwracam się do herbaciarki. 
Opuszcza okulary, unosi głowę. Wspaniale zagrała. No dalej, dalej.
- Nie znam tej pani.
- Tak, teraz tu pełno takich. Po knajpach łażą. Zaraz szlag mnie trafi.
Tamta obrażona. Rzuciła mięsem.
Roześmiałem się, a w duchu: spadaj babo. 
- Jeszcze po jednej herbatce - całkiem głośno do kelnerki tym razem, a do niej - wypijemy i pójdziemy stąd, byle gdzie.
- Boże, jak mi czasami trudno ciebie zrozumieć - odpowiada.
Przesunąłem dłoń po udach, zatrzymując ją na kieszeni. Odetchnąłem.
- Klucz do byle gdzie ...
- Co mówisz? - pyta. Dopiero po czasie zorientowałem się, że musiała słyszeć moją myśl. Jak ona to robi?
- Nic, nic. Zobacz, to nasze herbatki - powiedziałem, wskazując wzrokiem na kelnerkę niosącą na tacy szklaneczki z wrzątkiem.

04 stycznia 2014

Gęba bitna

Gęba jeszcze przede zmianą rocznej daty odkryła, że wśród słusznie a politycznie myślących Polaków moda nastała na "gwałtowne pusie" - trak bowiem przewrotne Gębisko przechrzciło dziewice z Pussy Riot.
Piękny czas temu srogi reżim pognał do roboty w tiurmie zacne panie, całkowicie niesłusznie, jak na reżimy przystało. Śliczne te a inteligentne matrony odprawiły przed cerkwi świętym ołtarzem urokliwy taniec cyców, pup i kończyn, a psalmów śpiewne pląsy radosne oznajmiły światu, że pan Putin to nic a nic się damom nie podobuje.
W tymże miejscu opowieści Gęba obleśna a paskudna spoważniała i jakowaś piana poczęła ulatywać jej z pyska. Ze z tą śliną szatańską jak naraz ciętym swym ozorem Gęba nie chlaśnie..., a z wywodu jej wyłażą jak karaluchy z pościeli takie wnioski, iż gdyby ta nasza pospolita Gęba tam w miejscu świętym cerkwi stała i te ewolucje panien z dobrych domów obaczyła, to chocia grzeszna okrutnie jak mało kto (a ten tylko wi, co z nia grzeszy) najpierwej onym białogłowom - gwałtownym pisiaczkom, czy jak je tam durnowato zowią, nakazałby blade zadki wypiąć; z nich majtochy wyszarpnąć. Natępnie - rzecze Gęba - one pupska apunkturować szczotą ryżaną albo innszym jeżogrzbietem, nanieść na tak doprawione poślady warstwę sarepskiej musztardy, wklepać porządnie i solą z poieprzem przypudrować. Odczekać deczko.
Po onym odczekaniu wetrzeć we w pupska chilijskie papryczki, gorącym octem zalać i spirytusem salicyla odkazić. Dalej przetrzepać odkażone ręcznikiem zanurzonym w terpentynie i pokrzywą schłostać do bąblów nastania. Tak przygotowane schaby pociągnąć butaprenem, kropelką we w niektórych miejscach ochlapić i bez zwłoki dokleić do zadów owych wiechcie szklannej waty. Takim to przystrojonym tyłkom zdzielić wtedy takiego kopa, co by nie tylko tiurmowe polarne niedźwiedzie ujrzały ich kształtne walory, ale aby wokół planety naszej, jakoby te satelity krążyły ku uciesze ócz melomanów.
Gęba w religiach biegła nie jest, lecz twierdzi uparcie, że gdzieś we w naszym żywocie marnym jakoweś przyzwoitości granice być muszą. Tam gdzie sacrum rządzi a profanum tyłek pokazuje, tenże profanum winien w dupę dostać tyle razy, ile się komu należy od mafii.

03 stycznia 2014

Równia pochyła

- Doktorze, chyba się zdecyduję - radca Krach, chociaż starał się  zachować  powściągliwość w trakcie rozmowy, nie zdołał ukryć powagi na swojej twarzy - widzi pan, jak kompletnie rozstrojony jest nasz gospodarz.
- Dokładnie - westchnął doktor Koteńko - te leki są mu potrzebne. 
- Ożywił się wprawdzie, dowiadując się o tym, ze Maria jest w ciąży, ale ten smutek, przygnębienie, wciąż trwają.
- Muszę panu powiedzieć, że depresja jest paskudna chorobą - zauważył Koteńko.
- Dlatego też i moja decyzja, a mieszkania nie sprzedam - synowi zostawię. 
- A cóż na to małżonka? - zapytał doktor.
- Powiem szczerze. To ona naciska od tego zawału. Powiada, że powietrze znakomite, a że na wcześniejsza emeryturę się wybiera, to jej odpowiada, że weźmie we władanie moje życie. A ja, przyjacielu, i tak będę dorabiał. Pomogę mu samym tym, że kosztami się podzielimy.
- To ważne, przyjacielu.
- Tak, doktorze.
- Zastanawiam się, czy każdego z nas to czeka.
- A mianowicie?
- Ta równia pochyła. Powolne staczanie się w niebyt.
- Jakbym słyszał pańską małżonkę. Co też znowu. Pan się żeni, a tu takie słowa - a po chwili - kto by pomyślał, że koniec będzie taki - i ściszonym głosem - ciszej, właśnie wchodzą.

01 stycznia 2014

Kobieta na dworcu

Nad taflą dworcowego stołu, z notatnikiem otwartym na wczorajszej dacie. Jedynie parę słów wyskrobanych zatemperowanym rysikiem ołówka. Jeszcze jedna setka. Śledzik. Dawne czasy. Płonący alkohol w szklankach na ekranie przyjezdnego kina. Teraz zerka na kobietę za ladą. Senność pięknych oczu sarny. Dojrzałych, pięknych oczu. Trzyma w ręce kieliszek, który szlifuje ściereczką z mikrofibry.
Może jej nie uwierzy ale ten śledź to jej przepis i jej kulinarne staranie. Ona dziękuje za uznanie, podając dwie kromki chleba o przedziwnej jak na dworcowe knajpy świeżości.
Pisze. Jak zwykle ołówkiem.
Człowieku, przecież tak obiektywnie sprawy oceniając, nie jesteś gorszy od innych. Masz więcej w głowie prócz tego alkoholu, który skraca ci męki oczekiwania. Nie jesteś wprawdzie biegłym księgowym, audytorem, specem od marketingu potrafiącym wcisnąć każdemu byle chłam, politykiem prostytuującym się za postawienie iksa przy jego nazwisku, czy innym specem od wszystkiego, który w swoim wieku zdołał dotrzymać kroku biorącym udział w wyścigu popielatych szczurów. To mniej więcej tak, jak z tą kobietą z tamtej strony lady, która nigdy już nie stanie się bohaterką tygodnia na okładce kolorowego czasopisma, choć dojrzałość jej ciała zamkniętego w koronkach fartuszka ze skromnym (niesłusznie) dekoltem, zachwyca bardziej niż wysuszona smukłość nastolatki.
Przerwał pisanie i poprosił o kolejną setkę.

Kobieta podeszła do niego w chwili, gdy senność przysłoniła mu oczy. Delikatnie postawiła stumililitrową lufkę pośrodku stołu. Zerknęła na otwartą stronę notatnika, którego przed zamknięciem, chronił porzucony bezwładnie ołówek. Przeczytawszy ostatnie zdanie, położyła otwartą dłoń  na skroni mężczyzny i lekkim muśnięciem palców prawej dłoni przesunęła po jego włosach. Odeszła, nie chcą płoszyć jego snu.