Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

14 lutego 2019

MYŚLI ROZBIEGANE (15 i 8)


15)
Wielki nieporządek wkradł się do pisaniny odczynionej podczas mojej ostatniej trasy, nota bene, chyba najgorszej, najbardziej nużącej z tych, jakie dotąd odbyłem. A mimo wszystko zakupiony 60-kartkowy zeszycik został w stu procentach wypełniony (a piszę kratka pod kratką), co tylko udowadnia, że mój nałóg się pogłębia.
Tak jak przypuszczałem, nie będzie mi chyba dane w całości przetworzyć długopisowych zapisków na język elektroniczny, trochę szkoda, bo podjąłem kilka tematów, w tym jedną dłuższą opowieść, nieco eksperymentalną… ale dość o tym… spróbuję wrócić do tych numerowanych myśli
[Dobrzelin, 14.02.2019]

8)
Polityka nienawiści prowadzona przez kaczyńskiego* i jego popleczników nie pozostaje bez związku z pewnymi decyzjami, jakie podjął był piszący te słowa.
Nie uciekając się, ani też nie próbując naśladować zaproponowanej przez pis retoryki, wybrałem opcję ostracyzmu, która przejawia się w wykreśleniu z publicznej, ale i prywatnej debaty osób posługujących się plugawym językiem, bądź też aprobujących wątpliwe argumenty formułowane przez osoby przesiąknięte mową nienawiści. Doszedłem bowiem do wniosku (po licznych rozmowach), że z „pisiakami”, tudzież „sektą rydzyka” i wyznawcami „religii smoleńskiej” dyskutować nie sposób. Ostracyzm mój jest odpowiedzią na kłamstwa, hipokryzję, nienawiść słów powielanych „hejtem”; jest odpowiedzią na obsesyjną nienawiść wobec kogokolwiek, kto śmie przeciwstawić się pisowskiej ideologii.
(...)

A człowiek mimo wszystko pragnie żyć, chce być szczęśliwy, nawet jeśli to szczęście miałoby wyrażać się w tym, że po dobrze przespanej nocy rankiem, po przebudzeniu, otwieram oczy, czy to w aucie gdzieś za granicą, czy też we własnym domu. (…)

Jestem kanalią z gorszego sortu, która zamordowała twojego brata, jestem komuchem i złodziejem, elementem animalnym, tym co stoi tam, gdzie stało ZOMO, nieprawdziwym Polakiem, lewakiem, zdradziecką mordą, wiadomo jakie stoją za mną siły…

… moja duma z powyższego nie ma granic.


*osoby związane z pisem i radiem maryja pisane są z „małej litery”

[18-19.01.2019, gdzieś w Niemczech]

13 lutego 2019

MYŚLI ROZBIEGANE (1-4)


1)
Jeśli zdecyduję się na opublikowanie tego, co napisałem odręcznie, będzie to już tylko historia.
2)
Zbulwersowała mnie śmierć prezydenta Gdańska, pana Pawła Adamowicza. Nie miałem wyrobionego zdania na jego temat. Wiem, że wywodził się ze środowiska PO, że zarządzał Gdańskiem od lat dwudziestu, co, jak sądzę może świadczyć o tym, że polityka samorządowa, jaką prowadził, była akceptowana przez Gdańszczan.
Każda śmierć boli; ta zaś była szczególnie spektakularna – przyniósł ją człowiek oszalały z nienawiści. Adamowicz zginął w miejscu publicznym, na scenie, na oczach tysięcy ludzi odliczających sekundy dzielące ich od puszczenia kultowego światełka do Nieba, kulminacyjnego finał charytatywnej akcji Wielkiej Orkiestry Świątecznej Pomocy Jurka Owsiaka.
Była to zatem śmierć symboliczna, niemal na miarę antycznych tragedii. Przemyślny zbrodniarz zapragnął sławy (typowe zachowanie terrorystów). Udało mu się kilkoma ciosami bagnetem uśmiercić konkretnego człowieka, jak i też zabić symbolikę dobra czynionego przez WOŚP oraz ugodzić w serce Owsiaka.
3)
Kiedy pali się kukłę Żyda, kiedy z szubienic zwisają podobizny polityków, których się niesłusznie oskarża o zdradę, kiedy wystawia się akty zgonu ludziom, których się nienawidzi, kiedy policyjne żołdactwo chroni nade wszystko rządzących, a zmasowanymi siłami przepędza do radiowozów protestujących przeciwko bezprawiu, kiedy ciż sami lub im podobni policjanci zamiast ścigać z urzędu obłąkańców szerzących nienawiść w sali sejmowej, w mediach, na ulicy, mizdrzą się do przełożonego, to tak nierządne państwo zasługuje na rzeźnika z Gdańska.
4)
Jestem kanalią z gorszego sortu, która zamordowała twojego brata, jestem komuchem i złodziejem, elementem animalnym, tym co stoi tam, gdzie stało ZOMO, nieprawdziwym Polakiem, lewakiem, zdradziecką mordą, wiadomo jakie stoją za mną siły…
… moja duma z powyższego nie ma granic.

[18.01.2019, gdzieś w Niemczech]

09 lutego 2019

OPOWIASTKI MAKABRYCZNE (JAK WYKOŃCZYŁEM...)

Piłem kakao. Piłem świetne kakao. Po trzecim kubku potrafi po nim boleć żołądek. Ale to nic.
Jadłem bułkę z dżemem. Dżem był truskawkowy. Taki jak dawniej. Słodki i z kawałkami owoców, nie taka galaretowa miazga.
Telewizor grał, a potem zaczął gadać.
- Mamo, bolał cię krzyż, dlaczego myjesz okno?
- Jeśli ci przeszkadzam, nastaw sobie głośniej.
To zupełnie nie o to chodzi. Chciałem mamie pomóc i nawet podszedłem do okna z taką smużką kakaowego wąsika nad górną wargą.
Mama stała na parapecie. Odpędziła mnie.
- To nie jest praca dla mę6żczyzn. Wiesz dobrze, że ja lubię myć okna, zawieszać firanki... . Och, tylko te firanki mi wyprasujesz, dobrze? Ty umiesz prasować.
Wróciłem do gadającego telewizora. Telewizor przemawiał w imieniu prezesa. Zdenerwowałem się, bo w pewnym momencie zaczął krzyczeć: "wy tacy owacy", "ja was wszystkich...". Po każdej inwektywie podchodziłem do ekranu i musiałem ścierac zeń chusteczką warstwę piany. Podkręciłem głos. Patrzyłem i słuchałem, i coraz bardziej bolała mnie głowa. W pokoju rozpanoszyła się lubieżna woń octu - to płyn do mycia szyb.
Telewizor rozjuszył się na dobre. Skąd on zna takie słowa? Zbulwersowało mnie to, że w pewnej chwili pokazał wypełnioną ludźmi salę i zaczął klaskać. Przeraźliwe były to oklaski. I znów zaczął gadać. Rozochocił się. Ciskał brzydkimi słowami, to znów rechotał szyderczym śmiechem. W końcu nie wytrzymałem:
- Mamo, on cię obraża, upokarza.
- Co tam mówisz? Skończyłam. Zrobię sobie herbaty. Zostawiam okno szeroko otwarte, niech wejdzie trochę świeżego powietrza. Kiedy skończysz śniadanie, powiem ci, którą firankę mi wyprasujesz.
Mama zeszla z parapetu, potem z krzesła na podłogę.
- Mamo, nie słyszałaś? On cię obraża... ciebie, mnie... nas.
Mama przeszła do kuchni.
Wykorzystałem jej nieobecność, aby pochwycić telewizor w silne, jak się okazało, ręce, a nie był lekki, bo to stary egzemplarz, nie żadna plazma czy ledowy, stary, ale na nieszczęście, odbierał świetnie.
Wywlokłem go z tego stolika, na którym stał; kable stawiały opór, ale puściły. Przeszedłem z nim do okna, kątem oka zerknąłem, czy tam na dole, cztery piętra niżej nikt nie stoi i... cisnąłem nim... . Roztrzaskał się w drobny mak. 
Po godzinie zadzwonił telefon.
- Adaś, ty wiesz, co się stało? - głos kolegi z pracy. W sobotę? Przed południem?
- Nic nie wiem, a o co chodzi?
- Włącz telewizor, to się dowiesz...
- Z tym będzie problem - przerwałem mu - bo widzisz, akurat mi się popsuł.
- Tak? To ci powiem, że prezes nie żyje!
- Jaki prezes?
- Jaki prezes... no, ten najważniejszy. Wypadł z okna czwartego piętra w biurowcu... na miejscu, rozumiesz? Niewiele z niego zostało. Teraz tylko o tym mówią na wszystkich kanałach. Wpadnij do mnie. Posłuchamy.
Przerwaliśmy połączenie.
Mama weszła do pokoju trzymając na wyciągniętych przed siebie rękach firankę.
- Wspaniale ją wyprasowałeś, skarbie.
Mama wspięła sie na krzesło, potem na parapet i sukcesywnie mocowała żabkami górną krawędź firanki do aluminiowej rurki karnisza.
- Ja dla mamy... ja dla mamy wszystko zrobię - powiedziałem.
Ech, jaka piękna wiosna. Aż chce się żyć.

[09.02.2019, pod Magdeburgiem w Niemczech]

07 lutego 2019

OPOWIASTKI MAKABRYCZNE (NÓŻ)

- Powinieneś się częściej modlić.
- Wystarczy, że ty....
Przesunął palcami po ostrej krawędzi noża. Z wąziutkiej niteczki jaka pojawiła się na opuszku wskazującego palca prawej dłoni spłynęła wstążeczka ciemnoróżowej krwi, która, gdy uniósł dłoń do góry, rozlała się po całym palcu.
- Ja cały czas modlę się za ciebie - zapewniła go.
Wykonywała jakieś przedśniadaniowe prace, ani na chwilę nie odrywając się od tych czynności, których on nie widział, gdyż wciąż spoglądał na swój zakrwawiony palec.
- I ja modlę się za ciebie o to,  abyś ty przestała się modlić za mnie - powiedział.
Zdaje się,  że kroiła kuchennym nożem wędlinę i żółty ser. Jej nóż nie był tak ostry jak jego. Jego nóż z łatwością przeciąłby skorupę melona, zupełnie jak tasak; wbiłby się też głęboko pomiędzy żebra, a kto wie, czy nie przebiłby na wylot samego serca.
- Co ty mówisz? Jak możesz tak mówić? Jesteśmy rodziną, najbliższymi sobie ludźmi - zareagowała niemal dramatycznie.
Wciąż stała tyłem do niego. Pochylona nad blatem kredensu, na którym przygotowywała poranny posiłek, poruszała biodrami - były mięsiste i jędrne.
- Nie chcę, abyś się modliła w mojej intencji - powtórzył i podchodząc do niej otarł o spodnie nóż z plamkami krwi pochodzącymi z jego palca.
Naraz silnie ścisnął w dłoni trzonek noża, uniósł rękę do góry - ostrze noża skierowane było teraz na łopatkę, w każdym bądź razie poniżej obojczyka.
Odwróciła się.
- Tym nożem będzie ci łatwiej kroić - powiedział pozwalając się obezwładnić.
Chwyciła ten nóż i nie namyślając się wiele, sprawnym, sierpowatym ruchem prawej ręki, co w nomenklaturze tenisowej nazywane jest "backhandem", rozpłatała mu szyję nieco ponad wystającą chrząstkę grdyki. Z tak doskonale poderżniętej szyi wytrysnęło krwiste źródło gorącej cieczy.
Zatoczył się na glinianych nogach, ukląkł przed nią, jego w pół odcięta głowa zsunęła się bezwładnie na jej kolana.
- Będę się za ciebie modliła. I tak robię to każdego dnia - powiedziała do tej coraz bardziej niekształtnej cuchnącej masy zwiotczałych mięśni i rozlewającego pomiędzy kośćmi tłuszczu, i poczęła kontynuować krojenie kiełbasy i sera, przyznając, że rzeczywiście jej brat miał rację... jego nóż jest o wiele ostrzejszy.

[07.02.2019, Oise we Francji]

06 lutego 2019

BEZ TYTUŁU (fragment 22.)

Anna z Chinką i Joanną-Beatrycze były w kuchni, a wychodząc z pokoju profesorostwa zostawiły drzwi uchylone. Edward siedział przy stoliku, do którego pulpitu przytwierdzona była lampka dająca o tej porze przedwczasnej, granatowej nocy pokaźny strumień jaskrawo żółtego światła padający na otwartą książkę - "Człowieka zbuntowanego" Camusa.
Profesor bardzo powoli połykał wzrokiem poszczególne zdania z księgi i, swoim zwyczajem, sporządzał ołówkiem notatki do fachowo przygotowanych fiszek; tak czynił od dawna w swoich studenckich latach. Skąpy prostokąt światła dochodzącego z korytarza przez niedomknięte drzwi kładł się leniwie na mocno zdeptanym dywaniku ręcznej roboty jakim zarzucona była ciemna, olchowa podłoga.
Nagle ta wąska pręga jasności poszerzyła się, po czym rozległ się odgłos cichego stukania do drzwi. Profesor wstał i skierował się ku tym drzwiom, a będąc tuż przed nimi włączył główne światło w pokoju. Rozjaśniło się, a drzwi zostały otwarte na całą szerokość.
- Jeśli przeszkadzam, niech mnie pan wygoni - profesor usłyszał suchy, chrapliwy głos starszego człowieka, który najpierw wyłonił się ze świateł korytarza, by po chwili zostać porażonym energiczną jasnością bijącą z wnętrza pokoju.
Stojący wciąż w progu mężczyzna mógł mieć z wyglądu sporo ponad siedemdziesiąt lat, trzymał się jednak prosto, a stary, zdarty do cna garnitur luźno opływał tę wychudzoną postać mężczyzny z twarzą porysowaną zmarszczkami.
- Piasecki jestem - kontynuował gość. - Stróżuję na sąsiedniej działce. Nie wiem, czy panu coś o mnie wiadomo... - zawahał się przestępując dwa małe kroki naprzód w stronę profesora.
Zgodnie uściskali wyciągnięte ku sobie dłonie.
- Pan siada - wyrzekł Edward, wskazując jedno z krzeseł stojących przy stole, to, które zwykle zajmowała Anna. - Coś mi mówi pana nazwisko, zdaje mi się, że studenci... tak, oczywiście, oni... to pan jest z tej sąsiedniej działki, pilnuje pan dobytku... . 
- Z psem pilnuję - dodał z dumą stary człowiek. - Bo ja pana profesora znam, znam z opowieści, chociaż dwa czy trzy razy wymieniliśmy z sobą uszanowania.
- Możliwe, często spaceruję z żoną drogą pomiędzy wsią a lasem.
- Tak właśnie mogło być, na drodze. Stróżuję, panie, bo emerytura nietęga, gospodarstwo oddaliśmy z żoną synowi... niech się bogaci. My w starym domu dożywamy swych dni, a że oboje czujemy się na siłach, matka, znaczy się moja żona, pomaga synowi w jego nowym domu, a ja nająłem się do tego bogacza. O, panie profesorze, tam on postawi prawdziwy pałac. Terenu ma na trzy działki, a ile nawiózł już materiału... nie dziwota, że mnie najął... po prawdzie to mógł wynająć jakichś ochroniarzy, ale kiedy zobaczył mojego Szatana, jaki bystry, jak zaszczeka to z człowieka leje się pot, a jak do ogrodzenia dopadnie, to myśli takie nachodzą, że zaraz przeskoczy i pożre w jednym kawałku... tak i ten chlebodawca zgodził się na mnie... jasne, że i z psem.
- A coś mi się obiło o uszy, że za sąsiada będę miał biznesmena.
- A ja nie wiem, czy to dla pana profesora takie dobre - Piasecki zastanowił się - bo te bogacze to bliskiegovsasiedztwa nie lubią. Najlepiej dla nich to odgrodzić się od świata wysokim płotem i mieć taką bramę zamykaną i otwieraną kluczykiem z dalekości.
- No już tam ja nie będę dla niego uciążliwym sąsiadem - zawyrokował profesor - nieczęstym tu jestem gościem, nieproszony nie odwiedzam nikogo, a i mało mnie obchodzi to co się dzieje w okolicy. 
- Tak... pan profesor się nie interesuje, ale panem... - tu zamilkł na dłuższą chwilę.
Edward pomyślał sobie, że może nadeszła pora na to,  aby w inny sposób zachęcić gościa do rozmowy, wydawało mu się bowiem, że Piasecki przerwał opowieść w najmniej nieoczekiwanym przez niego momencie. Z wysokiej sosnowej szafki wyjął napoczętą już, smukłą butelkę koniaku i dwa kieliszki. Wlal do każdego z nich po pięćdziesiątce.
- No to co, panie Piasecki, po jednym za spotkanie?
- Można by. Pan profesor, widzę, drogie trunki preferuje.
- Podarunkowy koniak. Czy drogi? Nie bardz, bo ten akurat jest węgierski. Oryginalny francuski droższy.
Wypili. Starzec lekko się otrząsnął.
- Jak dobry bimber. Całkiem znośny - skomentował smak alkoholu.
- Sugeruje pan, że ktoś interesuje się moją osobą?
- A i owszem, choć z jednej strony samo to, że jest pan profesorem, wzbudza ludzką ciekawość, ale zainteresowanie panem to jedno, a obserwacja tych młodych ludzi, którzy u pana mieszkają to drugie.
- A kogóż to tak bardzo ciekawi?
- A choćby i policjantów - skwitował stary człowiek. - Nie wiem, czy oni tak od siebie, czy może z nasłania, fakt faktem, że się interesują.
- Czyżby moi studenci tak bardzo rzucali się w oczy? Dokazują podczas mojej nieobecności?
- A uchowaj Boże. Sympatyczniejszych ludzi daremnie ze świecą szukać o wcale nie mówię tak dlatego, że czasami mnie do siebie zapraszają,  a to na piwo, a to na kolację, której, aby nie sprawiać im przykrości, nie odmawiam.
- Jeśli więc nie naprzykrzają się swoją obecnością ludziom ze wsi, czy temu nowobogackiemu, to w czym rzecz?
- A czymże nieliby się naprzykrzać? Że ognisko, tak jak dzisiaj, rozpalą, na gitarze ktoś zagra, pośpiewają sobie, a jeśli nawet przekroczą północ w tej zabawie, to i cóż z tego? Wsi nie obudzą, bo daleko, a ten m ó j z rzadka tu przyjeżdża, bo prawdziwa budowa ma się rozpocząć w lecie.
Wypili po jeszcze jednym kieliszku.
- Panie profesorze, ci policjanci to się mnie wypytywali o to, co za komunę ci młodzi tu uprawiają i kto za nimi stoi, a dobrze wiedzą, że to pańska posiadłość,  a studenci też pańscy, oj, panie profesorze, oni wszyscy o panu wiedzą -Piasecki rozgadał się serdecznie - ale kto przed bramą kukłę podobną do pana spalił, kto wyzywa pana od komuchów i bluźnierstwa pisze farbą na asfalcie, kto wreszcie śmierci panu życzy, tego nie wiedzą, bo ja, panie profesorze, ledwo mnie o pana zapytali, że  niby jak się pan sprawuje, to ja zaraz się ich pytam, czy złapali tych łobuzów, którzy na pana tak nastają, a oni zaraz morda w kubeł, że śledztwo w toku i powiedzieć nic nie mogą i... i sobie zaraz poszli, a tych młodziaków to legitymować raz chcieli, tylko taka jedna młoda wyszła do nich na ulicę, coś tam mocno im powiedziała... i też poszli jak zmyci, ale przychodzą i patrzą się na pana posiadłość tak, jakby szykowali jakiś podstęp na wtargnięcie tu siłą. 
Profesor wcale nie był zaskoczony.
(...)

[06.02.2019, Lamorlaye, Oise we Francji!]

01 lutego 2019

BEZ TYTUŁU (jeszcze... fragmenty 19. i 20.)

19.
A kiedy ma się na paterze podany możliwie szeroki zestaw specjałów, ową rodzinę składającą się z osobników o zbliżonym zestawie poglądów, lecz i niezależnych od siebie, kiedy sięgamy ręką po jeden z tych szlachetnych owoców, konsumujemy go, to urasta on w naszych ustach, gardle, żołądku do symbolu najsubtelniejszego ze smaków, z jakimi mieliśmy kiedykolwiek do czynienia.
Niewątpliwie Zatopek jest takim smacznym kąskiem.
Cały czas zastanawiam się, ile jest w nim mojego własnego smaku, a ile kreacji wymaganej każdorazowo przy pisaniu opowieści.

20.
Podczas gdy profesor prowadził jakąś szczególnie zażartą debatę z Majakiem, Wieszczem i Ateną, Anna otoczona była przez Zatopka, któremu towarzyszyli Renia, Lena i Pastore. 
Renia z Leną jako załącznik do rozmowy przygotowały usmażone na głębokim tłuszczu wczorajszego wieczoru faworki, które przecudnie wkomponowały się w degustowaną przez całą piątkę wiśniową nalewkę (prezent od ojca Pastore).
Rozmowa ta, jak relacjonowałby ją dziennikarz sobotnio-niedzielnego wydania popularnego dziennika, miała charakter wybitnie społeczny, zahaczający niestety o politykę, której w cyganerii nie lubiono.
Zatopek odzywał się sporadycznie, lecz zwykle celnym argumentem podsumowywał omawiany akurat wątek - był mistrzem w formułowaniu wniosków.
Ale też Zatopek zatopiony był w myślach wychodzących poza teren prowadzonej dyskusji. Czasami jego zamyślenie natykało się na spojrzenia Reni, Renia, na którą zawsze mógł liczyć.
Zatopek wśród tych młodych "cyganów" letniska był osobą najstarszą. Parę lat temu dostał się na polonistykę,  lecz tuż przed zaliczeniem drugiego semestru stało się coś, co niemal zrujnowało jego życie. 
Zatopek był studentem i zdolnym, i pilnym, któremu sami profesorowie wróżyli znakomitą przyszłość, także w dziedzinie literackiej (krążące po uczelni jego wiersze i opowiadania dawały asumpt ku temu, aby wyrażać takie opinie). 
Przed samymi egzaminami Zatopek poczuł, że coś niedobrego dzieje się w jego głowie - zaczął tracić koncentrację, pisanie wychodziło mu szkaradnie, pojawiły się trudne do wytłumaczenia i opanowania lęki, którym towarzyszyło niespotykane u niego wycofywanie się i ogólna apatia. 
Nie będąc w stanie przystąpić do egzaminów, nie żegnając się z koleżeństwem, opuścił uczelnię po angielsku i powrócił do rodzinnego domu, wzbudzając w nim uczucia najprzykrzejsze z możliwych, lecz mimo wszystko dodawające mu w końcu otuchy.
Z serc płynąca pomoc nie wystarczała. Jedyna na co się zgodził po licznych perswazjach, to zwrócenie się do lekarza psychiatry z prośbą o pomoc. Ta została mu udzielona. Organizm Zatopka raczony był psychotropami, ale też seansami terapeutycznymi. Następowała bardzo powolna poprawa. Po niemal dwudziestomiesięcznej kuracji stan zdrowia Zatopka na tyle się poprawił, że mógł odstawić niektóre leki  (miał je schowane na wszelki wypadek w szufladzie); lęki zdawały się  ustępować, lecz Zatopek podświadomie wyczuwał, że na całkowite wyleczenie potrzeba czasu, chociażby po to, aby dokończyć przerwane studia.
Skupił się teraz na sporcie, powracając do trybu życia, jaki prowadził jeszcze w szkole podstawowej: grał w siatkówkę, tenisa i dużo, jak dawniej, biegał.
Pewnego dnia dowiedział się  o chorobie Eli, dziewięcioletniej córce sąsiadki. Lekarze stwierdzili u niej jakąś poważną wadę serca i jak to bywa w podobnych sytuacjach, konieczna była droga operacja za granicą. Postanowił pomóc.
Zupełnie przypadkowo natknął się na dziennikarza lokalnej prasy, który akurat pisał reportaż o nowej siłowni w mieście, w której ćwiczył Zatopek.
Okazało się,  że  miasto przy zaangażowaniu licznych sponsorów postanowiło uczcić okrągłą rocznicę nadania mu praw miejskich zorganizowaniem maratonu.
- Za zwycięstwo i zajęcie kolejnych pięciu miejsc w dwu kategoriach (oddzielnie kobiety i mężczyźni) przewidujemy pokaźne nagrody finansowe - dowiedział się od dziennikarza.
- Wystartuję w tym maratonie  i go wygram - odpowiedział wtedy Zatopek i w kilku zdaniach wyjaśnił, dlaczego tak bardzo zależy mu na starcie.
- Jeżeli cel jest tak szlachetny, zagwarantuję panu ja oraz moi znajomi przedsiębiorcy, których wtajemniczę w tę sprawę, aby za miejce "na pudle" sypnęli kasą, za zwycięstwo, ma się rozumieć, będzie dodatkowa premia.
Zatopek przystał na te warunki. Wystartował i... wygrał. Nic to, że po przekroczeniu linii mety został przeniesiony na noszach do ambulansu, a stamtąd przewieziony do szpitala - sukces został osiągnięty. 
 Z relacji dziennikarza lokalnej telewizji, która transmitowała te zawody:
- "Proszę państwa, już za chwilę zza rogu Lipowej pojawi się prowadząca dwójka: biegacz z Ostrzeszowa i nasz Grzegorz, Grzegorz Wiślicki. Pozostali nie mają już szans. Ale kto zwycięży? Zaczekajmy! ... już są! Prowadzi nasz Grzegorz. Ma kilkanaście metrów przewagi. Widzicie państwo jego wyprostowaną, niemal przekrzywioną w tył sylwetkę. Nie biegnie ładnie, o nie, wydaje się, jakby miał za chwilę paść tuż przed osiągnieciem mety. Jest potwornie zmęczony... z trudem łapie powietrze... a ta odchylona głowa! Jako żywo przypomina nasz biegacz słynnego Zatopka. Ale czy zwycięży. Jeszcze sto... osiemdziesiąt metrów, tamten go dogania, jest tuż  tuż z nim, na wyciągnięcie ręki, ale ten nasz Zatopek się nie daje. Jeszcze dwadzieścia... dziesięć metrów... resztka sił mu została...przyspiesza... moi państwo... wygrywa przecinając zbolałą piersią taśmę".
Od tego czasu Grzegorz stał się Zatopkiem. Po trzech latach przerwy Zatopek ponownie dostał się na polonistykę.
Renia, jedyna której opowiedział w detalach historię swego życia, wie doskonale, o czym Zatopek myśli, kiedy nia angażuje się na chwilę w społeczną rozmowę przy faworkach i wiśniowej nalewce ojca Pastore.

[01.02.2019, Baupreau-en-Mauges, Maine-et-Loire we Francji]

28 stycznia 2019

BEZ TYTUŁU (fragment dwunasty)

(12)
Dlaczego ta dziewczyna tak się rumieni?
Kobiecość w niej kwitnie, setką barw się mieni.
Czyżby nie dla wielkiego świata chowana
Miała przed ołtarzem pełzać na kolanach?

Nie chcę ciebie takiej, moja śliczna pani.
Pokornym spojrzeniem ty mnie nie omamisz.
Wstąp do nas, rozwesel mętne swe oblicze,
Kochanką mą zostań, piękna Beatrycze!


Jej przymrużone oczy gdzieś się zapodziały, skuliły się jak piesek szukający ratunku przed styczniowycm chłodem pod kocykiem swej pani. Ale też za momencik jej zaszklone spojrzenie wydało z siebie blask próbujący się uporać z jego na niej skupionym wzrokiem.
Nazwał ją Beatrycze - bez trudu skojarzyła ten literacki pierwowzór, do którego nawiązał. - I kto to zrobił? - zapytała siebie. - Ten, który gardził rymem, malując świat surrealistycznymi obrazami słów niepojętych dla prostego czytelnika, ten awangardowy rewolucjonista, zbuntowany arystokrata, dla którego wyznanie miłości było fraszką niewartą maczania pióra w atramencie. Nie bez przyczyny nazwano go Majak - przypomniała sobie.
- Czy podjąć walkę na słowa? - buszowała w swoich myślach. - Na słowa nie, jeszcze nie teraz, jeszcze nie jestem gotowa, ale...
Momentalnie wyjęła z teczki twardy, biały jak dziewczęca niewinność brystol. Miękki ołówek czekał już na stole na pierwsze zamaszyste pociągnięcie owalu jego twarzy, na potarganie jego gęstych i szorstkich, ciemnych brwi, na prosty, lekko zadarty u wierzchołka nos, na jego oczy - bałamutne i grożące czymś, co jeszcze nie teraz, nie teraz powinno się wydarzyć.
(...)

20 stycznia 2019

TAK LUBIĘ CIEPŁO TWOICH WARG...

Tak lubię ciepło twoich warg
na policzkach
rzęs rysujących powieki przymknięte
z powodu blasku płomiennego żaru
twoich oczu.
Nic to
zanurzam się pocałunkiem
w głębię oddechu
szorstkim językiem
wciskając się w perłową zapadnię zębów
kąsam i jestem kąsany
targam włosy a twoje piersi
tatuują bezboleśnie pierś moją
dyszącą kowalskim miechem.
Zaprawdę wszędzie dotyk
i to splątanie ciał niebieskich
mleczna droga szczęśliwości
rozlewa się jakby ktoś
odrąbał głowę tamie
i spływa nasze pożądanie
a z tego pożądania
elektryczność spełnienia
iskry zmysłowości
wzniecają pożar
którego żadne z nas nie chce ugasić.

Dopiero rozklekotany dźwięk budzika
brutalnie położył łapę na moim śnie
jeszcze ciemno wszędzie 
drżąca dłoń
poszukuje klawisza włącznika
jest...
światło!!!

- Ubrałaś się? Znikłaś?
- Mnie tam nigdy nie było - odpowiadasz

A ja tak bardzo lubię 
ciepło twoich warg
na policzkach
rzęs rysujących......

[20.01.2019, Lahne w Niemczech]

02 stycznia 2019

POSITIVUM

Słyszana już w kawiarence, a skoro słyszana to nieomylny znak, że lubiana... i muzyka, i głos, i nastrój szczególny, a niepowtarzany.
W tym miejscu czasoprzestrzeni wyznaczonej cyframi nowej daty, wydaje się niezbędnym antidotum na troski i zniechęcenia, obawy i pesymizm. 
Pieśni "Cesarzowej" przynajmniej na chwilę pozwalają zapomnieć o strasznym czasie niekompetencji, kłamstw, obłudy i nienawiści, który nie zmieni się ze zmianą daty.
Kiedy słucham Evory nie istnieje pis, a rydzykowe radyjko i telewizja nadaje na nierozpoznawalnej częstotliwości, i jeśli nawet klimat utworów tej niesłusznie i przedwcześnie wysłanej do raju pieśniarki działa na zasadzie placeba, to lepsze takie lekarstwo niż trucizna podawana systematycznie i w takich dawkach, że niektórym zanikły już chyba bezpowrotnie podstawowe funkcje mózgu.
Piosenki Cesarii Evory (chociaż nie są one jedynymi pigułkami po jakie sięgam) pozwalają kawiarennikowi przeżyć, a nie jest to zadanie łatwe w czasach tak bardzo umykających kontroli rozumu i przyzwoitości, w czasach, gdy mówienie o planach i marzeniach na przyszłość są tak egzotyczne jak podróż koleją na Marsa.
A że zbliża się nieuchronnie kolejna podróż, podczas której tym razem na cały miesiąc kawiarenka na klucz zamknięta będzie, tedy niech na tablicy ogłaszającej przeprosiny za usterki, pozostanie cokolwiek miłego na czas nadchodzącej zimy.

Cesaria Evora - "Lua Nha Testemunha"



Cesaria Evora - "Petit pays"


Cesaria Evora - "Partida"


Cesaria Evora - "Mar Azul"


Cesaria Evora - "Jardim Prometido"


Cesária Évora - "Sentimento"


Cesaria Evora - "Tiempo y Silencio"


Cesaria Evora - "Sangue de Beirona"



[02.01.2019, Dobrzelin]

31 grudnia 2018

GIEWONT (ze zbioru "ZŁY")


Maurycy rozpoznał go, gdy ten wspiąwszy się na podstawione mu krzesełko ukazał na mównicy swój tors. To ten sam, którego wypychano z kolejki po papierosy – była właśnie dostawa „Giewontów”. Nie tyle nawet wypychano go, co sam dawał się wyprzedzić. Plątał się między nogami, a każdy wsłuchując się w jego piskliwe zawodzenie brał go za niemężczyznę, dziecko, któremu kioskarka nie powinna była sprzedać ani jednej paczki, choćby skrzeczał, że to dla tatusia. Kioskarka w pewnością wymagałaby upoważnienia na piśmie, że rzeczywiście wysłano go tu po prośbie.
Może właśnie wtedy urodził się jego bunt, wyrosła w nim nienawiść przewyższająca go o głowę. Niedoceniony, zagubiony w swoim nieistotnym życiu, zapragnął zemsty, a kiedy nauczył się na pamięć kilkunastu słów – wytrychów, przykleił się do co ważniejszych krzykaczy, służąc im najczęściej jako podnóżek, gdy ci, rozsiadłszy się na kanapach dyskutowali o życiu, polityce i o forsie, której wciąż było im mało i mało.
Kiedy Maurycy go rozpoznał, próbując przedostać się na drugą stronę ludnego placu, karzełek był już znany, a jego cięty język chłostał tych, których nie mogła dosięgnąć jego dziecięca piąstka. Nienawiści nauczył się prędko – każdy kretyn dostaje od Boga pewien dar, a że nienawistne słowa zawsze były i są w cenie, tedy oklaskom na wiecu nie było końca.
Maurycy przecisnął się bliżej, tak blisko, że od karzełka przytupującego nóżkami na krzesełku, oddzielał go tylko szwadron policjantów. Nie próbował przedostać się przez ten kordon – zbyt muskularni byli ci panowie w stalowych hełmach, dzierżący w łapach pałki z twardej gumy.
Jednakowoż samo pojawienie się Maurycego tuż przed granatowym ogrodzeniem umięśnionych facetów nie mogło ujść uwadze rechoczącego do mikrofonu pryncypała i jego dwu goryli w uniesionych ponad kark kołnierzach lekkich wełnianych kurtek. Wystarczyło jedno obrzydliwe spojrzenie rzucone mimochodem przez karzełka, spojrzenie, które pokierowało wzrokiem goryli, aby zwarty szpaler granatowych piesków rozpękł się i wskutek tego pęknięcia wyłoniła się pięcioskładnikowa awangarda, która po otoczeniu Maurycego ze wszystkich możliwych stron zafajdanego świata powaliła go na kolana, a razy zadane pałkami ustawiły jego ciało w pozycji pokutniczo-horyzontalnej.
Pryncypał przerywając na chwilę chwalbę własnych dokonań i odkrywanie przed tłumem swoich zamiarów co do uszczęśliwienia ludzkości wykonał wymowny gest twarzoczaszką, po którym dwóch awangardowców zaciągnęło za rzadkie włosy przed mównicę spłoszone i bezwładne ciało Maurycego.
- Tak właśnie wygląda zdrajca – zaskrzeczał karzełek, a dwaj awangardowcy zepchnęli wiotkiego Maurycego z proscenium.
Pierwsze trzy rzędy słuchaczy kierując się zapewne patriotycznymi pobudkami rozdeptały nadwątlone truchło Maurycego, który już po przejściu pierwszorzędowych staruszek i starców uzbrojonych w laski i parasole pokornie oddawał duszę jeśli nie Bogu to Diabłu.
Wiwatom nie byłoby końca, gdyby na kwadratowym licu karzełka nie pojawił się nagły skurcz, uświadamiający gawiedzi, że oto słowo stało się przed chwilą ciałem.
Tłum skłoniwszy się przed majestatem zbawcy padł na kolana i pogrążył się w modlitwie za ojczyznę, do której bezsłownie przyłączył się karzełek.
Nagle na mównicę wstąpił jeden z goryli z uniesionym ponad kark kołnierzem.
- Jaśnie pan raczy zauważyć, co znaleźliśmy w kieszeni spodni tego zdrajcy – szepnął karzełkowi do ucha goryl.
Mówcy zaświeciły się oczy. Zaświeciły się ponownie, kiedy wysunął z papierowej paczuszki nieco nadwyrężonego w formie papierosa.
- Chociaż nigdy nie paliłem – tłumaczył karzeł – chociaż nigdy wcześniej nie paliłem, tym razem spróbuję.
Zbawca zaciągnął się dymem archaicznego „Giewonta”. Poczuł się szczęśliwy.

[31.12.2018, Dobrzelin]