Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

13 stycznia 2025

ZAPISKI (1350) CO W TEJ CHWILI JEST NAJWAŻNIEJSZE.

 

1350.

Na początek chciałbym podziękować tym, którzy (które) przekazały mi w ostatnich Zapiskach wyrazy pocieszenia. Adelka szczęśliwie żyje, chociaż dwoje weterynarzy zgłosiło chęć jej uśpienia, znaczy się eutanazji. Żyje właściwie dzięki trzem osobom: mojej córce, żonie i siostrze żony. To one po skontaktowaniu się z trzema weterynarzami kupiły lekarstwo, które dosłownie postawiły suczkę na nogi. Obecnie Adelka ponownie potrafi chodzić, nie przewraca się, je z apetytem, także witaminy, dostaje zastrzyki i bierze kroplówki ze wskazanym przez panie lekarstwem. Jest wprawdzie jeszcze trochę osowiała, ale reaguje na każde polecenie i, jak sądzę, powolutku przybiera na wadze, co jest bardzo ważne w jej chorobie. Ci trzej weterynarze nie mają gabinetów w Toruniu i udzielili porady na podstawie wywiadu i wyników badań, jakie Adelka przeszła. Mam nadzieję, że psinka wyzdrowieje i ten przeciągający się epizod pozostanie wspomnieniem.

Właściwie wszystkie pozostałe sprawy domowe i inne spadły na drugie i trzecie miejsce. W telewizorze w wersji szczątkowej oglądam siatkówkę, przypominam sobie serial „Droga”” i czytam, dużo, ale obecnie mniej.


[13.01.2025, Toruń]

12 stycznia 2025

TAK WŁAŚNIE (6)

 

6.

Odwiedziłem go, kiedy sprawa pani Żarnickiej i jej dzieci dobiegła do pomyślnego końca. Przez ostatni rok pracowałem na budowie nowego przedsiębiorstwa przetwórczego warzyw i owoców na południu kraju, więc trochę stęskniłem się za naszym miasteczkiem. Adam niewiele pisał, jeszcze mniej dzwonił, więc postanowiłem wpaść do niego w pierwszym możliwym terminie, a było to już po Wielkanocy i podczas realizacji projektu, w który mój przyjaciel się zaangażował. Przyniosłem z sobą jarzębiak; nie wypadało przychodzić bez niczego, choć obaj nie przepadaliśmy za wódką, no, chyba gdy nadarzyła się jakaś okazja. Podobno tak mówią alkoholicy, którzy zawsze znajdą sobie jakiś powód, aby się napić, ale dajmy spokój, alkoholikami nie jesteśmy.

Oczywiście początkowo rozmowa zeszła się na temat tej śmierci Kornackiego oraz tego, co postanowił Adam wedle tego domu, zwłaszcza wedle tego domu. Ponieważ jestem architektem, to moje uwagi okazały się cenne, tak uważam, dla Adama, a mianowicie, kiedy zasugerowałem wybudowanie patio od południowej strony budynku oraz, co spotkało się z kolei z pozytywnym przyjęciem ze strony pani Weroniki, aby założyć po południowej i częściowo zachodniej stronie ogród z prawdziwego zdarzenia. Muszę też powiedzieć, że zdecydowanie spodobało mi się to wyremontowane mieszkanie pani Żarnickiej.

- I powiedzieć, że nie miałeś nic wspólnego z remontami, murarką i robotami wykończającymi – powiedziałem, obserwując, jak moje słowa pogrążają Karskiego w odczuwaniu dumy.

Spędzaliśmy miło czas w pokoju Adama, niewielkim wprawdzie, ale wyposażonym w porządny stół, przy którym można i dobrze zjeść, i rozgościć się, i coś ciekawego napisać, bo jak mi się zwierzył Adam, coraz częściej pisze i lada dzień ma wyjść jego druga powieść. Zarzeka się wprawdzie, że to ostatnia jego taka próba, ale jakoś mu nie wierzę. Pani Weronika początkowo przyłączyła się do nas, ba, wypiła nawet kieliszeczek jarzębiaku, ale potem zaangażowała dzieci pani Żarnickiej w przygotowanie i pieczenie kruchych ciasteczek. No właśnie, pani Żarnicka… koniecznie przykazałem ją sprowadzić, jak tylko przyszła z pracy… chciałem ją przecież poznać.

I faktycznie przyszła – szatynka o piwnych oczach, średniego wzrostu i piersiach przekraczających średnią krajową, zgrabna i, co później zwróciło moją uwagę podczas rozmowy z Adamem, bardzo pogodnego usposobienia. Adam opowiadał mi, że nie przypominała dawnej Eweliny, zastraszonej, bojącej się o przyszłość swych dzieci, Jacka i Kariny, i nawet pozew o rozwód nie zakłócał jej pozytywnego nastawienia do życia. Miała lat dwadzieścia osiem i nie zgubiła urody pomimo wcześniejszej fatalnej sytuacji rodzinnej, a dochodziło przecież do przemocy fizycznej. Ewelina Żarnicka była żywym przykładem kobiety po przejściach, która jest w stanie się odnaleźć, jeśli tylko stworzy się jej znośne warunki do życia.

Ewelina Żarnicka zeszła więc na dół, dołączyła do nas, rozmawiających o sprawach ciągnących się jeszcze w liceum, kiedy to solennie składaliśmy zapewnienia, że po studiach, a nawet jeśli ich nie podejmiemy, podejmiemy pracę w tym naszym Żylinie, nie bacząc na to, w jaką stronę pójdzie świat i czy w ogóle nasze miasteczko przetrwa złe koleje losu. Ja zacząłem pracować po studiach w miejscowej firmie budowlanej, lecz przed rokiem wysłano mnie na inną budowę, tak zadecydował szef.

Wręcz zauroczyłem się w pani Ewelinie w pełnym słowa tego znaczeniu, tak jakoś wpadła mi w oko; jej sposób poruszania się, uśmiech, coś szczególnie interesującego w jej pięknych oczach, ale wiedziałem, że póki co muszę zachowywać dystans, zwłaszcza że mogłem podejrzewać, że Adam ma względem pani Eweliny poważne zamiary, a nie ścierpiałbym, gdybym miał odbijać przyjacielowi kobietę. Natomiast podczas rozmowy wybadałem, że największym sukcesem kobiety, oprócz tego, że jej życie wydatnie się polepszyło w ostatnim miesiącu, był fakt, iż liczy na to, że dostanie szybki rozwód. Pomyślałem sobie: „ty nie myśl za wiele, staraj się o nią, bo to niezła dla ciebie partia, a że ma dwoje dzieci? Cóż, to nie jest problem tak wielki, jak mogłoby się wydawać”. Później w zdawkowej rozmowie z Adamem podczas nieobecności przy niej pani Eweliny, otrzymałem zapewnienie, że mój przyjaciel zostawia mi wolną rękę, gdy chodzi o panią Żarnicką. Widział, tak mówił, moje spojrzenie skierowane w jej stronę, a potem dodał:

- Wiesz, nie angażowałem się, nie wysyłałem sygnałów, gdyż nie chciałem, aby pomyślała, że za tę pomoc, którą jej zaoferowałem, powinna być mi wdzięczna do tego stopnia, aby nasze wzajemne stosunki mogły nabrać erotycznego kontekstu.

Tymczasem rozmawialiśmy na rozmaite tematy, nie wyłączając mojego zapytania gdzie pani Ewelina pracuje i deklaracji, że odtąd wszystkie zakupy spożywcze będę robić w jej sklepie. Wiem, że kierowała mną małostkowość, ale faktycznie zaczynałem myśleć o pani Żarnickiej coraz bardziej poważnie. W pewnej chwili wpadłem na dosyć śmiały, lecz mało oryginalny pomysł, aby zaprosić kobietę na spacer. Ta, nie od razu przystała na moją propozycję, spoglądała na Adama, tak jakby szukając u niego pozwolenia i dopiero wtedy, gdy mój przyjaciel powiedział:

- To niezły pomysł. Ja w tym czasie zajrzę do kuchni, jak się pieką kruche ciasteczka.

Wyszliśmy więc. Ewelina założyła na siebie malinowy sweterek; mnie było ciepło, więc zostałem w mocnej i grubej bawełnianej koszuli. Przeszliśmy spory kawałek miasta aż do rynku, a nasza rozmowa oscylowała wokół przeszłych tematów związanych z tym miastem oraz szkołą. Choć zwykle jestem otwarty i działam niejednokrotnie spontanicznie, to jednak nie zdecydowała się przytulić Eweliny, co wcale nie oznacza, że tego nie pragnąłem. Wróciliśmy więc do domu, lecz przed wejściem spojrzałem na oświetlony uliczną lampą fronton domu Adama. Przemyślałem coś i natychmiast po znalezieniu się w tym stołowym pokoju wypaliłem znienacka:

- Adamie, zaprojektuję dwie mansardy ponad pierwszym piętrem. Zobaczysz, jak zmieni się charakter tego miejsca.

Pani Ewelina była nieco zaskoczona moim „występem”, bo wyglądało na to, że wychodząc na spacer, to mansardy były tematem naszych rozmów, a było zupełnie inaczej – miewam takie nagłe zafiksowania, zwykle związane architekturą, czy ściślej z planami dotyczącymi tego, co by tu zmienić, zabudować, unowocześnić, aby powstały w mgnieniu oka projekt przełożył się na konkretne treści.

- Zanim tu coś pobudujesz, częstuj się ciasteczkami… i pani również… to praca pani dzieci.


[12.01.2025, Toruń]

09 stycznia 2025

ZAPISKI (1349) MYDŁO I POWIDŁO.

 

1349.

  • Zamilkłem, a to głównie z powodu choroby Adelki. Ileż ta suczka nacierpieć się musi. Pewnie napiszę jeszcze o niej, ale wzdragam się przed tym, nie chcąc zapeszać, bo różnie może się ta choroba (odpukuję) skończyć. A co do weterynarzy w Toruniu (nie wszystkich, rzecz jasna, bo nie wolno uogólniać) to już wypowiadać się nie chcę, choć mógłbym. W tej chwili Adelka dostaje kroplówkę.
  • Czytam „Małą apokalipsę” Konwickiego i trochę denerwuje je mnie narracja w tej powieści, choć nie mam nic do zarzucenia autorowi, gdy chodzi o styl pisania. Przypomniałem sobie o pomyśle napisania komentarza dotyczącego krytyki PRL-u tak bardzo obecnej w nowej rzeczywistości. Przypominam sobie, że miałem napisać parę bardzo krytycznych teksów wbijających szpilę politykom. Bez względu na partyjną przynależność. Jakoś dotąd nie miałem na to czasu, chyba dlatego, że zbyt dużo czytam.

  • A tak przy okazji – to co dzieje się obecnie w polityce przekracza możliwości percepcyjne człowieka nienadużywającego alkoholu i niezażywającego narkotyków. Casus nadchodzących wyborów prezydenckich i cała otoczka z nimi związana utwierdza mnie w przekonaniu, że nie wolno mi iść na te i jakiekolwiek inne, kolejne wybory. Nie chcę uczestniczyć poprzez bycie pionkiem w wirtualnym państwie, którego nazwa brzmi – Polska.


[09.01.2025, Toruń]

08 stycznia 2025

07 stycznia 2025

SZTUKA - BERTHE MORISOT - IMPRESJONIZM - MALARSTWO PORTRETOWE I RODZAJOWE

 

Berthe Marie Pauline Morisot (14 stycznia 1841 – 2 marca 1895) była malarką i członkinią paryskiego kręgu malarzy, znanego jako Impresjoniści. Mówi się o niej jako jednej z „trzech wielkich dam” impresjonizmu obok Marie Bracquemond i Mary Cassatt.

    W 1864 roku wystawiła swe prace po raz pierwszy w wysoko cenionym Salonie Paryskim.

    Była żoną Eugène’a Maneta, brata jej przyjaciela i kolegi, malarza Édouarda Maneta.

    Morisot urodziła się w Bourges we Francji, w zamożnej rodzinie mieszczańskiej. Jej ojciec, Edmé Tiburce Morisot, był prefektem departamentu Cher. Studiował również architekturę w Akademii Sztuk Pięknych. Jej matka, Marie-Joséphine-Cornélie Thomas, była prawnuczką Jean-Honoré Fragonarda, jeden z najbardziej znanych malarzy stylu rokoko. . Miała dwie starsze siostry, Yves (1838–1893) i Edmę (1839–1921), a także młodszego brata, Tiburce'a, urodzonego w 1848 roku. Rodzina przeprowadziła się do Paryża w 1852 roku, kiedy Morisot była jeszcze dzieckiem.

    Córki rodzin mieszczańskich otrzymywały edukację artystyczną, więc Berthe i jej siostry Yves i Edma uczyły się prywatnie u Geoffroya-Alphonse'a Chocarne'a i Josepha Guicharda. Morisot i jej siostry początkowo zaczęły brać lekcje, aby każda z nich mogła wykonać rysunek dla ojca na urodziny.

    Jako studentki sztuki, Berthe i Edma ściśle ze sobą współpracowały do ​​1869 roku, kiedy to Edma wyszła za mąż za Adolphe'a Pontillona, ​​oficera marynarki, przeprowadziła się do Cherbourga i miała mniej czasu na malowanie. Listy między siostrami pokazują pełną miłości relację, podkreśloną żalem Berthe z powodu dzielącej je odległości i wycofaniem się Edmy z malarstwa. Edma całym sercem wspierała dalszą pracę Berthe, a ich rodziny zawsze pozostawały blisko. Edma napisała: „… Często jestem z tobą myślami, droga Berthe. Jestem w twojej pracowni i lubię się wymknąć, choćby na kwadrans, aby odetchnąć tą atmosferą, którą dzieliłyśmy przez wiele lat…”


1. Berthe Morisot - „Dziecko w ogrodzie różanym” - 1881



2. Berthe Morisot - „Eugene Manet z córką w Bougival” – 1881



3. Berthe Morisot - „Kobieta wieszająca pranie” – 1881



4. Berthe Morisot - „W willi nad morzem” – 1874



5. Berthe Morisot - „W parku” – 1874



6. Berthe Morisot - „Młoda kobieta i dziecko na wyspie” – 1883



7. Berthe Morisot - „Po lunchu” – 1881



8. Berthe Morisot - „Na jeziorze w Bois de Boulogne” – 1884




[07.01.2025, Toruń]

06 stycznia 2025

ODKURZONE - CZTERY NIBY WIERSZE

 

W dawniejszych czasach pisywałem (jeśli mogę tak się żartobliwie wyrazić) wiersze. Większość ugrzęzła w szufladzie i tam jest ich miejsce. Niektóre jednak pozostały w pamięci – niepiękne, lecz oddające klimat moich zainteresowań.

Z 1984 roku wiersz Refleksja.


Będąc na tamtej półkuli

marzyłem o śnie wygodnym

o szklance herbaty

otwartym oknie za którym

radość ulicy

Teraz nie wiem

może przesadziłem z marzeniami

może ich zbyt mało

niepokoję się o poranek

w noc niewygodną.


A do tego wiersza z roku 1978 jestem przykuty kajdanami…

W tym upalnym czerwcowym dniu

Przeciskał się płonący promień

przez nasze uliczki

pod naszym domem

ptak z trudem oddychał

płakała jaskółka znajoma

ktoś rankiem strzelił z procy

smuci się bo nie wie

gdzie jej dziecko

nie zagrzebie malca w ziemi.


Przechodziłem obok naszego domu

w tym upalnym czerwcowym dniu

spotkaliśmy się tam

gdzie jezdnia wyznaczyła granicę

nad moją głową płakała jaskółka

w tym upalnym czerwcowym dniu

nie mogłem podejść blisko ciebie

jaskółka prosiła mnie

abym odnalazł jej dziecko.


Podobnie jak do tego z roku 1984.

Lubieżność ud ...

Lubieżność ud kruchość pocałunku

nadąsanie twarzy której komarzyce

wątpliwą czynią jej ozdobę

wszystko mieliśmy przeciwko sobie

zegar księżycowy stanął w półśnie

sen zamknął oczy

rankiem

obudziłem się na innej planecie


Na koniec ten z roku 1979 – szczególnie ulubiony.

Spacer po mieście


Nocna zorza miejskiego życia

już wstała

podniosła żółte oczy

snu obojętne

ponad dachy wieczoru

uliczni przechodnie

stąpają wokoło

a coraz ich mniej

mniej pieśni i słów

mniej tętnięć serc

nikt obcasów nie gubi

ani się nie przepycha

sztuczne słońca

ozdobą wieczornych przechadzek


Gdzieś rodzi się miłość

na naszych niewielu oczach

ukradkiem spod przymkniętych powiek

spoglądamy na nich

co stąpają w swoich ramionach

milczący jak księżyc


Dzień ciemny nabiera znaczenia

dzień ciemny usypia

jedynie nocne przechadzki po mieście

mają oczy otwarte



[06.01.2025, Toruń]

05 stycznia 2025

POEZJA (77) TADEUSZ BOY-ŻELEŃSKI *** A KIEDY PRZYJDZIE...

 

...A kiedy przyjdzie godzina rozstania,

Popatrzmy sobie w oczy długo, długo

I bez jednego słowa pożegnania

Idźmy - ja w jedną stronę,, a ty w drugą.

Bo taka nam już pisana jest dola,

Że nigdy dla nas Jutro się nie ziści,

Wiecznie nam w poprzek stanie tajna WOLA,

Co tkliwość mieni w podmuch nienawiści.

Najmilsza moja! Leć, kędy cię niesie

Twych piórek zwiewność i krwi młodej tętno;

Leć, kędy życia pieśń wzdyma i gnie się

W rytmów tanecznych melodię namiętną;

Leć, kędy Rozkosz wyciąga ramiona

Po smutne serce człowieka tułacze,

Co w jej śmiertelnym spazmie drży i kona,

I wyje z bólu, i ze szczęścia płacze...

Leć... ale pomnij: w pogody uśmiechu,

W marzeń haszyszu i w smutków żałobie,

I w cnót dystynkcji, i w plugastwie grzechu

To wiedz, najmilsza: ja jestem przy tobie.

Oczyma na cię patrzę skupionemi,

Jak na misterium ważne, groźne prawie,

I co bądź czynisz, biedna Córo Ziemi,

Ja, brat twój starszy, ja ci błogosławię...

...Gdy będziesz cierpieć, ja ciebie pocieszę,

A gdy się zbrukasz, wówczas wiedz, ty droga:

Ja cię wysłucham i ja cię rozgrzeszę,

Bo taką władzę mam daną od Boga.

W twe dłonie wtulę twarz od tęsknot bladą,

O twe kolana głowę oprę biedną,

A ty mi bajaj, o Szecherezado,

Twych cudnych nocy, ach, tysiąc i jedną...

...A kiedy przyjdzie godzina spotkania,

Może w nas pamięć dawnych chwil poruszy

I bez jednego słowa powitania

Popatrzym sobie aż w samo dno duszy…



[05.01.2025, Toruń]

04 stycznia 2025

RZYM (3) TARKWINIUSZ PYSZNY [VI WIEK – 496 p.n. e]

 


Tarkwiniusz Pyszny (Lucius Tarquinius Superbus) urodził się w VI wieku p.n.e. Według przyjętej tradycji był siódmym i ostatnim królem rzymskim, pochodzenia etruskiego. Panował w latach 535-509 p.n.e.

Tarquinius Superbus ogłasza się królem. Rysunek pochodzi z The Comic History of Rome, autorstwa Gilberta Abbotta à Becketta.


Dojście do władzy

    Tarkwiniusze byli etruskim rodem wywodzącym się z miasta Tarkwinia. Być może w ich żyłach płynęła też grecka krew – Liwiusz pisze, że dziadek Tarkwiniusza Pysznego pochodził z Koryntu. Pierwszym władcą z tej rodziny był Tarkwiniusz Stary, piąty z kolei król rzymski. Po nim tron objął Serwiusz Tuliusz, którego córka Tulia poślubiła Lucjusza Tarkwiniusza, syna (lub wnuka) Tarkwiniusza Starego. Lucjusz uważał, że to jemu z racji pochodzenia należy się tron i nienawidził teścia. Według przekazów żądna władzy Tulia wprost namawiała męża do obalenia, a nawet zabójstwa swego ojca. Lucjusz, opierając się na senatorach zawdzięczających swoją pozycję Tarkwiniuszowi Staremu zaczął podburzać Rzymian przeciw władcy. Pewnego dnia zasiadł na tronie królewskim i nakazał zwołać Senat. Próbujący przeciwstawić się uzurpatorowi Serwiusz Tuliusz został zabity przez jego ludzi. Zdarzenia te miały miejsce około 535 roku p.n.e. W przeciwieństwie do poprzedniego króla, łagodnego i sprawiedliwego, Lucjusz był bezwzględnym tyranem. Wkrótce nazwano go Superbus – Pyszny.

    Tych, którzy mogli zagrażać jego władzy uwięził, wypędził lub zamordował. Tarkwiniusz nie zgodził się na pochówek Serwiusza i bez konsultacji z senatem ukrócił jego kompetencje. Tarkwiniusz sądził najważniejsze sprawy sądowe bez doradców. Ostatnie decyzje dowiodły, że nowy król zerwał z tradycją i dobrym zwyczajem. Na początku swoich rządów Tarkwiniusz zawiązał sojusz z Oktawiuszem Mamiliusem, dyktatorem w Tusculum, któremu oddał rękę swojej córki.

    Sposób zdobycia władzy i charakter Tarkwiniusza sprawiały, że był nielubiany przez wszystkie klasy społeczne. Uznał, że zwycięskie wojny poprawią sytuację, więc zaatakował Wolsków. Rzymianie zdobyli miasto Swessa Pomecja, a zdobyte tam łupy miały mieć wartość 40 talentów srebra (ponad tona kruszcu). Tarkwiniusz postanowił przeznaczyć je na budowę wielkiej świątyni Jowisza. Kolejnym celem rzymskiej armii były Gabie w Lacjum. Kiedy miasta nie udało się zdobyć, użyto podstępu, który opisał Liwiusz. Najstarszy syn Tarkwiniusza Pysznego – Sekstus – został wysłany do miasta, gdzie opowiadał, że uciekł przed tyranią ojca. Szybko zyskał zaufanie i wpływy, po pewnym czasie został dowódcą wojsk Gabiów. Wtedy rozpoczął eliminację rządzącej elity, tak przez fałszywe oskarżenia, jak i skrytobójstwa. Pozbawione władzy miasto wkrótce wpadło w ręce Rzymian.

    Po zakończeniu walk Tarkwiniusz skupił się na rozbudowie Rzymu. Wybudował na wzgórzu Kapitolu wielką świątynię w stylu etruskim, która stała się wzorem dla wszystkich późniejszych świątyń rzymskich; ustawiona była na podwyższeniu i zdobiona malowanymi dekoracjami z terakoty; czczona w niej była triada bóstw: Jupiter (posąg wykonał słynny etruski rzeźbiarz Wulka), Minerwa i Junona. Do pracy na budowach zmuszano obywateli Rzymu, co budziło wielki sprzeciw, gdyż uważali to za zajęcie poniżej swej godności. W dodatku nie płacono im za tę pracę.

    Tarkwiniusz nabył od Sybilli z Kume tzw. Księgi sybillińskie. Legenda mówi, że sama Sybilla zaoferowała królowi dziewięć ksiąg, mówiąc, że ten, kto prawidłowo zinterpretuje ich tekst, pozna przyszłość. Tarkwiniusz odpowiedział, że cena za księgi jest zbyt wysoka, wtedy Sybilla zniszczyła trzy z nich i zażądała za resztę tej samej ceny. Tarkwiniusz znowu odmówił zakupu, a Sybilla zniszczyła kolejne trzy i powtórzyła tę samą cenę. Król kupił wreszcie trzy księgi za cenę, za którą ofiarowano mu dziewięć ksiąg. Księgi te przechowywano w specjalnie wybudowanej świątyni i można było z nich korzystać jedynie w chwilach największego zagrożenia dla Rzymu.

    Tarkwiniusz Pyszny był władcą despotycznym. Miał dwóch okrutnych synów, a jednego z nich podobno szykował na swojego następcę – tym samym zrywając z tradycją, że kolejnych królów wybierają sami Rzymianie.

    W pałacu Tarkwiniusza Pysznego podobno pojawił się kiedyś wielki wąż. Przestraszony król wysłał poselstwo do wyroczni delfickiej, aby dowiedzieć się, co to znaczy. Do Grecji pojechali jego synowie Tytus i Arruns oraz siostrzeniec Lucjusz Juniusz. Tego ostatniego zwano Brutusem, czyli „Głupkiem”. W rzeczywistości udawał on głupiego, aby uchronić życie przed okrutnym wujem, który nie miał litości dla przeciwników, nawet krewnych. Pytia powiedziała wysłannikom Tarkwiniusza, że ten z nich, który pierwszy pocałuje matkę zostanie władcą Rzymu. Właściwie zrozumiał to tylko Brutus – pocałował ziemię, matkę wszystkich. Już wkrótce przepowiednia miała się spełnić.


Obalenie monarchii

    Znienawidzony król Tarkwiniusz rozpoczął kolejną wojnę. Zaatakował lud Rutulów, ale ich najważniejsze miasto – Ardea – było potężnie umocnione. Monarcha chciał je zdobyć, licząc, że uspokoi to coraz bardziej wzburzonych Rzymian. Rozpoczęło się długie oblężenie, podczas którego rzymscy dowódcy niewiele mieli do zrobienia. Raz kilku z nich, w tym Sekstus Tarkwiniusz, syn króla, i Lucjusz Tarkwinusz Kollatynus, jego daleki krewny, pojechali zobaczyć, co robią ich żony. Wszystkie bawiły się na ucztach z wyjątkiem małżonki Kollatynusa, Lukrecji, która przędła wełnę. Sekstus zakochał się w niej. Pewnej nocy przybył do jej domu i zaczął namawiać, żeby porzuciła męża. Sekstus Tarkwiniusz, po odmowie, zgwałcił żonę Kollatynusa. Lukrecja, powszechnie uważana za cnotliwą, nie mogąc znieść hańby popełniła samobójstwo – przeszywając swoją pierś sztyletem. Śmierć Lukrecji była bezpośrednią przyczyną wybuchu powstania pod wodzą Lucjusza Juniusza Brutusa.

    Wieści o tej tragedii wywołały oburzenie w Rzymie. Wybuchł bunt przeciw Tarkwiniuszom. Na jego czele stanął Brutus, wygłaszając mowę, przypominającą wszystkie niegodziwości Tarkwiniusza Pysznego i jego synów. Zebrani na Forum uchwalili odebranie władzy królowi i wygnanie go wraz z rodziną. Także wojska pod Ardeą zbuntowały się. Tarkwiniusz Pyszny wraz z żoną i młodszymi synami został wypędzony z Rzymu, a monarchia obalona – Rzym stał się republiką. Tarkwiniusz chcąc powrócić do Rzymu, zastał bramy miasta przed sobą zamknięte. Comitia centuriata z prefektem miasta Lukrecjuszem na czele, wybrało Brutusa i Kollatyna na pierwszych konsulów.

    Obalenie monarchii miało miejsce w roku 510 p.n.e. Rok następny, 509 p.n.e. to początek republiki rzymskiej. Obalenie Tarkwiniusza opisuje Tytus Liwiusz w zakończeniu I księgi Ab Urbe condita łącząc fakty historyczne z legendami.

    Tarkwiniusz schronił się u króla etruskiego Larsa Porsenny w mieście Caere i snuł plany powrotu na tron. Sekstus w tym czasie uciekł do Gabiów, gdzie niebawem go zamordowano. W Rzymie Tarkwiniusz wciąż miał zwolenników, którzy przygotowywali jego powrót. Między nimi byli podobno nawet dwaj synowie Brutusa – Tytus i Tyberiusz. Spisek jednak odkryto, a wszystkich spiskowców bez wyjątku ubiczowano na śmierć. Cały majątek byłego władcy, tzn. pola podmiejskie, zostały poświęcone bogu Marsowi i przeszły we władanie państwa – odtąd nazwane Polami Marsowymi. Tarkwiniusz, nie dając za wygraną, sprowadził na Rzym oddziały Etrusków. Miasto zdołało odeprzeć wroga, ale w jednej z bitew zginął konsul Brutus.

    W latach 508-507 p.n.e. odparto najazd etruskiego króla Porsenny – władcę Clusium – który próbował przywrócić władzę Tarkwiniuszowi Pysznemu. Jego armia zepchnęła Rzymian za Tyber, zająwszy wzgórze na prawym brzegu rzeki, późniejsze przedmieście Janikulum (miejsce, gdzie według tradycji ukrzyżowany został święty Piotr). Dzięki odwadze Horacjusza Koklesa i Mucjusza Scewoli Rzym obroniono.

    Ostatnią próbą odzyskania tronu rzymskiego były plany z 498 lub 496 p.n.e. Wówczas to Tarkwiniusz przekonał swojego zięcia Octaviusa Mamiliusa, dyktatora z Tusculum, aby ten pomaszerował na Rzym na czele armii latyńskiej. Towarzyszył mu były król oraz jedyny pozostał przy życiu syn Tytus Tarkwiniusz. Rzymskie wojsko dowodzone było przez dyktatora Albusa Postumiusa Albusa oraz magister equitum Titusa Aebutiusa Elva’ę. Do starcia doszło nad jeziorem Regillus. W starciu zwycięstwo odniosły oddziały Rzymian (27.000 ludzi) pod wodzą Postumiusa nad wojskami Związku Latyńskiego (43.000 ludzi). Mamilius dostał się do niewoli, magister equitum został ciężko ranny, a syn byłego monarchy uciekł z pola bitwy.

    Tarkwiniusz nie widząc szansy na przywrócenie królestwa udał się do Kume (Cumae).

Śmierć

    Ostatni król Rzymu umarł na wygnaniu po 25 latach panowania, w Kume w Kampanii w 496 roku p.n.e. Od jego rządów wywodziła się wielka niechęć Rzymian do władzy królewskiej. Nawet mający nieograniczoną władzę cesarze nie ośmielali się używać tytułu „rex”.

    Powszechnie historycy twierdzą, że ostatni król Rzymu był postacią autentyczną, która w wyniku tyrańskich rządów została obalona. Na przestrzeni wieków narosło sporo legend odnośnie panowania Tarkwiniusza Pysznego. Nie rodzi to jednak żądnych wątpliwości, co do historii obalenia monarchii i utworzenia republiki rzymskiej.


[04.01.2025, Toruń]

ODKURZONE - O STAREJ KOBIECIE. O UPADŁYM DRZEWIE

[z roku 2013.] 

* * *

kobieta człapie

nogę za nogą przesuwa boleśnie

pochylona garbem życia

sunie powoli majestatycznie

na ustach zamiast pomadki modlitwa

każdy krok znaczy prośbą do boga

o więcej troski

nad rozlanym mlekiem ludzkich spraw



Onegdaj, kiedy przeszłość moja nie zapowiadała przyszłości, tego kim jestem i kim się stanę (proszę z dystansem odnieść się do słowa „kim”), przed domem moim rodzinnym, kamienicą solidną wciśniętą pomiędzy ogrody a płot fabryczny, a za nim kolejowe tory, fabrykę cukru i magazyny, przed owym domem rósł jesion prastary, oparty pniem o drewniany, przylegający do budynku ganek. Korzenie drzewa wdarły się zapewne głęboko pod fundament; jego pień, chcąc ominąć zewnętrzną, zachodnią krawędź ganku, z konieczności złamał pion, aby wychynąć poza dach i móc dalej bez przeszkód piąć się w górę. A jaki cień uroczy dawał ów jesion, tego nie sposób nie docenić. nie sposób tez nie docenić tego, że wskutek pochyłości pnia, młodzież mogła bez trudu doznawać rozkoszy pokonywania wysokości drzewa i, tym samym, poszerzenia perspektywy spoglądania w kierunku południowo-wschodnim.

Razu pewnego nadciągnęła burza ze srogim wichrem i bezczelnym opadem gradu. Dzień w okamgnieniu stał się nocą; jesionem licho zakręciło, ścisnęło i targnęło nieludzką siłą. Kto wówczas ogarnąłby wzrokiem tę wściekłość natury, wiedziałby, że dni jesionu są policzone, ba, nie dni, nie godziny i nie minuty nawet. W jednej chwili lub jednej chwili ułamku silnie związane z kamienicą drzewo wydało ostatni dech, okrutnie rozdzielając na pół swoją, wydawałoby się, niezniszczalną konsystencję.

Padający jesion ranił dach, ściany i ławki ganku. Bezwładne pazury konarów zadrapały otynkowaną płaszczyznę budynku. Umarłe drzewo zatarasowało wejście do kamienicy, które, po przejściu nawałnicy, mieszkańcy nie bez trudu, przywrócili do używalności.

Koniec żywota drzewa był początkiem sklecenia z kilkudziesięciu zdań opowieści. Prawdopodobnie odczuwałem smutek z powodu rozstania się z jesionem, skoro już dnia następnego wziąłem do ręki ołówek co było moim zwyczajem), aby przynajmniej dla mnie, drzewo zmartwychwstało.

Wymyśliłem więc historię taką:

dom na skraju wsi, przed nim, jak w „rzeczywistości mojej” rosnące drzewo. W domu samotny starzec, na podwórzu pies najwierniejszy biega, niespokojny, przeczuwający nadciągającą nawałnicę. Starzec spostrzega wreszcie ten nagły pomrok, jaki wdziera się od zachodu wraz z brunatną, koszmarnie niską a nażartą wilgocią chmurą. Woła do siebie psa, zaprasza do sieni. Drzwi wejściowe zamyka na klucz, a sam podąża do sypialni, gdzie, choć niepraktykujący katolik, modli się do świętego obrazka.

Za późno. Złowieszcza trąba powietrzna nadeszła prędzej, niż się tego spodziewał. Zapada ciemność, potem słychać potężny grom, a niebo stanęło w ogniu błyskawicy. Rozlała się powódź, wciąż mrok i czuć swąd palonego drzewa. Później cisza, niemy spokój i nieśmiałe światło dnia rozprasza ciemność.

Starzec przedostaje się do sieni – zburzona. Kloc drzewa ugodził front budynku, wdarł się do jego wnętrza, czyniąc spustoszenie odseparowanymi od korpusu pnia gałęziami. Jedna z nich, konar ciężki, solidny, nieprzytomnie zmoczony ugodził w czaszkę jego wiernego przyjaciela.

Mężczyzna, który przeżył w swoim życiu wiele, dwie wojny, oflag, powojenną poniewierkę, utratę najbliższych dodaje do swoich nieszczęść śmierć psa. Okrutny paradoks tej sytuacji wynika stąd, że ulitował się nad losem puszczonego samopas zwierzęcia i przygarnął do swego domu, ulitował się, a los i tak wziął swoje. „Gdybym go nie zawołał, gdybym nie zaprosił go do siebie, może by przetrwał” – myśli stary człowiek, który nigdy wcześniej nie płakał.

Ta opowieść zrodzona w bólach nad unicestwionym jesionem, przetworzona, sfabularyzowana, ujęta w formę fikcją rządzącego się opowiadania, nie przetrwała. Zaginęła bezpowrotnie, dzieląc los niepotrzebnych nikomu papierzysk. Pozostała jedynie w mojej ulotnej, niedoskonałej pamięci jako szkic, pewna myśl niedokończona lub do końca nie rozpoznana.

Można wprawdzie podążyć jej szlakiem i spróbować zapisać ją od nowa, lecz chyba to się nie uda, a i pewności nie ma, czy warto.



[04.01.2025, Toruń]

03 stycznia 2025

ZAPISKI (1348) KSIĄŻKI I SERIAL.

 

1348.

„Z prostego toru w naszych dni połowie

Wszedłem w las ciemny; jaka gęstwa dzika,

Jakie w tym lesie okropne pustkowie,

Żyjący język tego nie wypowie;

Wspomnienie gorzkie i zgrozą przenika,

Śmierć odeń gorzką nie więcej być może.

Lecz o pomocach mówiąc dobroczynnych,

Jakie spotkałem, zszedłszy w to rozdroże,

Powiem, com widział, wiele rzeczy innych.

Jak w ten las wszedłem, przypomnieć nie mogę.

Senny, prawdziwą opuściłem drogę.

Ledwo mnie dzika przywiodła drożyna

Pod górę, gdzie się kończyła dolina,

W której mi serce zakrzepło od trwogi.

Podniosłem oczy, wierzch góry wschodzące

W promienie złote ubierało słońce:” […]

To jeden z najpiękniejszych początków utworów jaki znam wprowadzenie do „Piekła” czyli pierwszej części „Boskiej komedii” Dantego. Pochylam się nad Dantem, może niedługo po raz kolejny przeczytam tę księgę.

Tymczasem czytam „Antygonę w Nowym Jorku” – tragifarsę Głowackiego, a w dalszej kolejności „Nowe miasteczko” wenezuelskiego pisarza Otero Silvy.

Podobno w Toruniu był jakiś Sylwester – prawda to? Kompletnie nie mam nic do powiedzenia w tej materii, natomiast na kanale Seriale obejrzałem parę odcinków „07, zgłoś się”. Oczywiście oglądałem już wszystkie odcinki tego serialu wcześniej, ale wciąż do nich powracam. Tym razem szczególna uwagę zwróciłem na grę Bronisława Cieślaka i przekonany jestem co do doskonałość jego gry aktorskiej, która ulegała właśnie doskonałości w każdym kolejnym odcinku… a przecież zmarły nie tak dawno pan Cieślak nie był aktorem zawodowy. Sam serial jest świetny, obfitujący w znakomite dialogi.


[03.01.2025, Toruń]