Luis Alberto Sangroniz - Portret kobiety (1932)

Luis Alberto Sangroniz  -  Portret kobiety (1932)

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

24 stycznia 2014

Tańczę na łące

A ja jestem na łące gorącej. I słońce nade mną. Słońce i ten kawał nieba, a pod nogami bosymi traw giętkość, kwiecia drobnego rozmaitość, pszczół szum posuwisty. Tak sobie tańczę, zdzierając z ramion więzienny frak. Bóg jeden wie jak długo wytrzymam w tym gorącym powiewie słonecznego wiatru. Nic mnie nie zraża. Wokół samotność łąki, dalekiego lasu brew, soczewka jeziora ze smukłą żyłka wodną, która ledwie kropla po kropli z oczka tego wypływa. A jaka muzyka? Zaśpiew jakiś, przybyły z niepamięci, skrzypce, klarnety, brzuchate bębny, hałaśliwe czynele. W antrakcie modlitwa spływa do uszu, zagnieżdża się, przetwarza w pieśń, co z membrany płuc ucieka poprzez dysze gardła. I jeszcze raz, jeszcze.
Już nikt nie goni. Obława skończona.  Już raz mnie dopadli, lecz uszedłem żywy. Dowlokłem się do Śmierci domku. Tak mnie przytuliła, tak pogłaskała kościstą dłonią, jak matka dziecię w kołysce.
A jakże, zaprosiła do siebie; pojedliśmy, popili. Tyle, że trzeba było gadać o życiu, a bez znużenia, do samej nocy. Wtedy to przykryła mnie derką, abym nie zaznał chłodu.
- Jeszcze ty mi zatańczysz na tej łące, zatańczysz – powiedziała i zasnęła.
I tańczę tak na tej łące zielonej, a radości końca nie widać. Ona też pewnie by zatańczyła, lecz schorowana, babina jest; więc na kłodzie padłej wierzby przysiadła i oczy raduje, i suche usta rozchyla, jakby śpiewać miała zamiar ze mną, leczy tylko z nich uśmiech na świat się otwiera.
Strudzony padam na wznak. Strudzony, lecz bez bólu leżę, licząc wysoko płynące pierzaste gąski.
- Oj skończył się twój znój na ziemi – powiada nagła Śmierć – podchodzi do mnie, ociera policzki z potnych łez – tobie już będzie dobrze tutaj. Nikt tu ciebie ni znajdzie. Pomieszkasz sobie ze mną, a nie wołaj za innymi, bo nie każdemu dzisiaj dane jest z tobą tańczyć.


A wieczorem, po rumianej tęczy, zjechał do Śmierci domku sam Pan Bóg. A jakże, przywitał się serdecznie, posilił, poopowiadał, jako tam u niego się sprawują aniołowie, a przed odejściem, pobłogosławił.

23 stycznia 2014

Gęba zazdraszcza Oku

Gęba zachwycona Okiem, zazdraszcza temuż bystrych obserwacji dzieciaszków, które na oczach Oka "nawzajem się gwałcą, masturbują, nieraz cały dzień i przy posiłku". Smacznego!
Gęba zazdraszcza podróży Oka do Amsterdama, gdzie miast szynki w oknach dokonywał wyboru pomiędzy kobitkami; zazdraszcza onych lektur seksualnie zboczonych, którymi Bruzda się karmi, a podnieca.
Gęba zadaje pytanie publiczności: wiela to lat miewa chrześcijański kościół? Czyliż w dobie papieża Franciszka w Polszcze nie staje wolnych od dewiacji duchownych?
Boże, ty widzisz to, a nie grzmisz? Czemu doświadczasz nas tak boleśnie?
Haj!


Dziad i baba (fragm.)

Podjechali pod sam dom. Niczym się nie wyróżniał od innych. Dwuspadzisty dach, czerwona dachówka, tego samego koloru ceglane ściany, nieco przysypane kurzem czasu.
- Są w środku – powiedział, wyjmując kluczyki ze stacyjki.
- Tak? Jesteś pewien? – zapytała.
Wydostawali się na zewnątrz furgonu. Delikatnie sprawdzali stopami śliskość podłoża.
- Popatrz na dym.
Rzeczywiście. Smużka szarego dymu unosiła się prostopadle nad kominem i rozpierzchała na znacznej wysokości w nieregularną chmurę, wtapiając się w mało przezroczystą mgiełkę, która z kolei dotykała niskich chmur.
- To dobry znak – potwierdziła – może ktoś jest u nich?
- Nie sądzę. Samotni ale, na szczęście, jeszcze dają sobie radę.
Powoli kierowali się w stronę wejściowych drzwi. Odemknęli furtkę i ośnieżoną ścieżką przeszli wzdłuż krótszej, szczytowej ściany domu. Drzwi wejściowe znajdowały się od podwórka. Kiedy mężczyzna zapukał do drzwi, zaszczekał pies. Nie było to agresywne powitanie, lecz na tyle głośne, aby mieć się na baczności.
Teraz posuwiste kroki i głos ze środka, sprawiający, że pies milknie. Dźwięk klucza odryglowującego zamek.
- A… to pan – stary człowiek miękkim głosem wita mężczyznę, uchylając drzwi a potem spogląda na kobietę, która jeszcze nie weszła na pierwszy stopień schodków – Dzisiaj nie jest pan sam.
Wymieniają powitania. Kobieta, jako że pierwszy raz odwiedza to miejsce, nie ukrywa zakłopotania. A może jest to po prostu ciekawość. Uśmiecha się i tym uśmiechem stara się złagodzić w sobie brak pewności. Staruszek ubrany w ciężki wełniany sweter i drelichowe spodnie, prowadzi ich za sobą, najpierw przez korytarzyk, potem w lewo, do kuchni, gdzie czuć wilgotne ciepło.
- Państwo z opieki, Weroniko – tłumaczy kobiecie siedzącej w kąciku kuchennego pomieszczenia, na niedużej kanapie. Staruszka dziergająca na drutach, odkłada je, wstaje prężnie i wykonuje parę kroków w stronę wchodzących. Rytuał powitania powtarza się, po czym kobieta z mężczyzna zajmują miejsce przy stole, na którym wala się rozrzucona bezładnie talia kart i starannie złożone gazety.
- Pani Joanna jest stażystką – mówi mężczyzna.
Przy stole są trzy krzesła i na jednym z nich siada staruszek. Składa karty i niby od niechcenia wyciera rękawem swetra obrus, jakim zaścielono stół.
- Tyle ci razy mówiłam, że nie rękawem – Weronika karci męża – uszanuj, mówię mu, moja pracę.
Joanna ze zrozumieniem patrzy w oczy staruszki.
- To ja mu zrobiłam ten sweter. Nie powinien… to może ja zrobię herbaty, co?
Wzrok Joanny zdaje się mówić „proszę się nie fatygować”, lecz mężczyzna, bez zwłoki, automatycznie odpowiada:
- Z przyjemnością się napijemy. Chłód taki dzisiaj.
- A tak – wtrąca staruszek – zawsze jest taki chłód, kiedy wilgoć w powietrzu.
Na progu pojawia się pies, mały, czarny, stary kundel. Kładzie się przy progu i wlepia zamglone ślepia w Joannę.
Staruszka zsuwa zewnętrzną fajerkę i umieszcza na palenisku czajnik z wodą. Przechodzi na drugą stronę kuchni, wydobywa z szafki szklanki, cukier, łyżeczki i metalowy pojemnik z herbatą.
- Po półtorej łyżeczki wsypę – komunikuje.
- Ja dziękuję za cukier – mówi Joanna.
Staruszka trzyma czajnik za uchwyt, dociska go.
- Cukier nie każdemu służy – stwierdza – a pani to koniecznie musi spróbować mojej wiśniowej nalewki – zwraca się do Joanny.
- Nie wiem, czy… - kobieta wciąż jest zakłopotana. Zerka na mężczyznę, który kiwa głową na znak, że ten raz może sobie pozwolić na jeden mały kieliszeczek.
- Pani Karwowska robi świetną nalewkę. Musisz spróbować.
- W tym roku zrobiłam więcej, bo myślałam, że syn przyjedzie – mówi staruszka, wciąż dociskając czajnik do blatu kuchni, jakby chciała przyspieszyć wrzenie wody.
- A przyjedzie jeszcze, przyjedzie – wtrąca staruszek – ty zawsze taka niecierpliwa, a on przecie zawalony robotą.
- Ale w zeszłym roku był na święta, a tak samo pracował – ripostuje żona.
- Z każdym rokiem trudniej jest, prawda? – oczy staruszka szukają potwierdzenia w spojrzeniu mężczyzny.
- To może ja przyniosę teraz to, z czym przyjechaliśmy – powiada mężczyzna, nie wytrzymując wzroku staruszka.
- Panie, a dyć nam niczego nie trzeba – staruszka odwraca na chwilę wzrok ku niemu.
Mężczyzna wychodzi z kuchni.

- To wlij, Kaźmirz, też się napiję. (…)

19 stycznia 2014

Gęba o truposzczakach w Soczi

Gęba podsłuchała takowe uczone przemyślenia uczonych umysłów.
„To cynizm, ale z naszego punktu widzenia straty tam zadawane przez terrorystów są o wiele mniej dotkliwe. Gdy giną ludzie, których nawet narodowości nie potrafimy wymówić, to jednak jest to dość dla nas odległe. Bomby wybuchają w Bejrucie, Bagdadzie, Islamabadzie, w Kabulu, ale nie wybuchają już w Rzymie, Londynie, Warszawie.” – powiedział swego czasu w jednym z wywiadów dr. Krzysztof Skusiewicz, specjalista ds. bezpieczeństwa ze Społecznej Akademii Nauk.
Gęba tak ucho natężyła ciekawie, że i w dzisiejszej publicznej stacji kolejny mądrala od terroryzmu piękne słowa rzekł o bojownikach degastańskich, których wrogiem jest Putin. A to wszystko w kontekście niesłusznie Rosji przyznanej olimpiady w Soczi.
Kiedy Gęba oczy swe ze zdziwienia głębokie przeciera, kiedy uszy przedrąża ręcznikiem, jako to aktor ucieszny de Funes porobił w „Manii Wielkości”, cosik się Gębie wydaje, że w Polszcze, a i być może w okolicznych zachodnich mocarstwach, fajnie by było, gdyby tak pode Soczi pierdykła bomba zadana przez wypróbowanych sojuszników Rzplitej - ludowych islamskich mudżahedinów.
Jasna rzecz, że takowa bombka winna pieprznąć we w olimpijskiej wiosce, gdzie ruskie bedom. I grzechu nie bendzie, bo co ruskie, co powszechnie wiadomo o tem, że złe jest, a już najgorszy ten Putin.  A mudżahedini, wiadoma sprawa, to bohatyry, nie to co Bin Laden Osama. Ten to ci ale ciemiężnik beł i tela żyć niewinnych stracił. A przecie mógł, głupiec jeden, na Kremla się zamachnąć. Toż byłoby to i po bożemu, i szkoda mniejsza, straty mnij dotkliwe, bo tam w Kremlinie przeca Ruskie. A gdyby nawet ułapili, to by się zaraz Helsińskie Prawa Człowieka upomniały, a żałość zachodnim świecie taka była, że podpisów za uwolnieniem bojownika ze z milijionów czterdzieści i cztery by się zebrało, a po narodach jeno płacz i zgrzytanie zembów.
- A wszystko – rzecze Gęba – przez te trupy. Taki truposzczak zachodni to jakiś taki jak w antycznej Grecyi, jako brat Antygony wielki a opłakany. Nijakiego z nim porównania do tych ruskich we w autobusie czy też na kolejowej stacyi. Tynże to dopiro sprawiedliwy a śmierdzący trup. 

"Odwrotny stan"

I.
Fotel, w którym zanurzył swoje ciało, przykryty był materiałem przypominającym atłas. Pierwsze z nim zetknięcie było doświadczeniem chłodu dla nagich ramion      i ud, jednak po kilku minutach ciało oddawało materiałowi ciepło i mógł  wtedy poczuć swobodę, wtulając się w głębię siedliska ofiarującego mu wygodę. Tym razem pokój był niedogrzany i pozwolił sobie narzucić na siebie ciepły szlafrok, a siedząc w fotelu dodatkowo przykrył nogi kocem. W najbliższym sąsiedztwie Adama, w zasięgu jego rąk stał stolik z nieodłącznymi atrybutami na jego lśniącym, ciemnoorzechowym blacie – książką rozpołowioną i porzuconą wierzchem do góry oraz szklanką ciemnej gorącej herbaty. Leżał też na nim pilot od telewizora. Telewizor ustawiony był na jakiś kanał sportowy. Ściszony do niemal szeptu komentarz meczu siatkówki nie przeszkadzał Adamowi w półśnie, w jakim lubił przebywać właśnie wtedy, gdy na świecie toczyły się sportowe igrzyska. Przysypiając wydawało mu się, że jest najszczęśliwszym człowiekiem, któremu podarowano samotność. Szczególnie upodobał sobie ten stan łagodnego pogrążania się w nieświadomości, kiedy całe ciało po chwili postępującego przeciążenia zaczyna nagle łagodnie niby unosić się, kołysać i pozbywać napięcia mięśni. Będąc w takim stanie nie myślał o tym, że ta wolność, której doświadczał, była przyzwoleniem na poddanie się losowi, na brak alternatywy w odczuwaniu przyjemności trwania w letargu.
Szczęśliwe życie Adama K. nie składało się jedynie z owych chwil uspokojenia jakich zażywał w samotnej egzystencji w swoim mieszkaniu na drugim piętrze standardowego, osiedlowego bloku. Odczuwał też spokój ilekroć przekraczał progi archiwum, a więc miejsca gdzie pracował w odosobnieniu, w izolacji od bieżących spraw, od rozmów z koleżankami, od rzadko organizowanych przez kierownictwo zebrań i narad. Jeżeli już wyznaczono mu pracę poza budynkiem archiwum, zawsze przemieszczał się pomiędzy czterema ścianami piwnicy lub strychu, gdzie czekały na niego sterty papierzysk, ksiąg i wszelkiego rodzaju papierowego rupiecia, które musiał przejrzeć, uporządkować i opisać. Jego świat otoczony był powłoką kurzu i stęchlizny. Z rzadka wydobywał się na powierzchnię rzeczywistości, gdzie spożywał drugie śniadanie, zawsze pomiędzy dziesiątą a dziesiątą piętnaście. Przechodził wtedy do pokoju biurowego, w którym przebywały dwie archiwistki, przygotowujące mu systematycznie herbatę. Siadał w zacisznym kątku pomiędzy szafą a oknem z łokciami wspartymi na parapecie, sącząc gorącą herbatę i konsumując przygotowane w domu kanapki. Zdawkowo odpowiadał na pytania zadawane przez kobiety, właśnie wtedy, podczas posiłku. Możliwe, że Adam był zbyt nieśmiały na prowadzenie swobodnych, by nie powiedzieć, czasem swawolnych pogaduszek, lecz w rzeczy samej pozostając fizycznie w teatrze toczącej się rozmowy, jego myśli drążyły już kolejną teczkę z aktami, które miał po śniadaniu przejrzeć i uporządkować.  Czasami jednak współpracownicom udawało się namówić go do czegoś szalonego, jak na przykład na wspólną wyprawę do teatru lub kolację w sympatycznym lokalu w centrum miasta. Koleżanki Adama musiały wtedy przyznać, że w takich sytuacjach ich partner chował do niepamięci wszystkie dokumenty świata i na ich oczach zmieniał swoją osobowość tak znacząco, że gotowe były pomyśleć, że jest całkiem do rzeczy jako mężczyzna, mężczyzna nie pozbawiony uroku, a w dodatku, tryskający humorem, o co go nigdy nie podejrzewały.  
Zawsze jednak powrót do domu po takich wieczorno-nocnych eskapadach przywracał go do stanu, w jakim chciał się znajdować. Szybka kąpiel zmywała z niego resztki niedawnej ekscytacji, mocna herbata poprawiała nastrój, a książka którą brał do czytania pozwalała mu zakończyć dzień tak, jak to sobie zamarzył. Nigdy nie związał się z żadną kobietą na stałe, choć miewał romanse, wynikające bardziej z nagłego zauroczenia albo zbyt mocnego trunku użytego w nieodpowiednim czasie (a może właśnie w odpowiednim, trudno to orzec), lecz nigdy, co poczytywał sobie za osiągnięcie, następujące po tych romansach rozstania nie niszczyły życia ani jego, ani też jego partnerki. Więcej, gdy zachodziła taka możliwość, ów romans mógł być kontynuowany bez stawiania względem siebie warunków, co do dalszego ciągu tej bliższej znajomości. Z pewnością bardziej niż tę bliską znajomość z kobietami Adam cenił sobie przyjaźń. Swoim zachowaniem zaprzeczał teorii głoszącej, że pomiędzy kobieta a mężczyzną tak naprawdę istnieć mogą dwa silne uczucia: miłość i nienawiść. Być może bezwiednie, ale doszedł do wniosku, że w przyjaźni liczy się dobry słuch, a konkretniej – umiejętność wsłuchiwania się w to, o czym mówi kobieta. Ponieważ był z reguły małomówny i mniej skory do osobistych wynurzeń, prowadząca swój monolog kobieta mogła być pewna, że to, co ma do przekazania Adamowi podczas rozmowy nie wyjdzie poza cztery ściany pomieszczenia, w jakim ją prowadzono. Ktoś powiedział mu, że mając tak świetne przyjacielskie relacje z kobietami, będzie miał kłopot w wybraniu tej jednej, z którą chciałby spędzić resztę swego życia. Chyba miał rację.
Powracając ze stanu uśpienia, z którego wyrwał go dźwięk reklamy sączący się z telewizyjnego głośnika, wyciągnął prawą rękę w stronę szklanki z herbatą. Chwycił ją dłonią i uniósł do ust. Pijąc powoli ciemną cierpką herbatę, do której nigdy nie używał cukru, pomyślał, że jednak musiał spać długie minuty, gdyż herbata była już zimna. Był zdziwiony, bo wydawało mu się, że kontrolował to, co się z nim działo od chwili, gdy ułożył swoje ciało wygodnie w fotelu. Gotów był się założyć, że słyszał głos komentatora i odgłosy z hali sportowej podczas toczącego się meczu. A może, pomyślał sobie, można jednocześnie być w dwóch miejscach naraz, można współistnieć na dwóch płaszczyznach rzeczywistości, lecz nie pamiętać obu stanów,  w jakich się znajdujemy w identyczny sposób. Przypomniał sobie, że do pewnego stopnia czuł się podobnie wertując stare szpargały dokumentów, odczytując ich zakamuflowaną nierzadko treść, próbując ogarnąć zmysłami czas, w którym powstały. W zależności od rodzaju dokumentu widział wtedy oczami wyobraźni a to kreślącego zamaszyste kształty liter pisarza miejskiego, notariusza, bądź podrzędnego urzędnika wypełniającego służbowe obowiązki polegające na spisywaniu rzeczy z natury, to znów obserwował kobietę pochyloną nad blatem kuchennego stołu piszącą niezgrabnie list do urzędu z prośbą o anulowanie kary. Innym razem uczestniczył w sakramencie chrztu świętego, patrząc jak wybrani zastępczy rodzice składają najpiękniej jak umieją swoje podpisy. W takich przypadkach bywał nieobecny w rzeczywistości, która sprowadziła go w miejsce odkrywanej po latach, zakurzonej historii.
Z odrętwienia i tych podprogowych myśli o czasie przeszłym wyrwało go donośne stukanie do drzwi. Policzył, że były to cztery stuknięcia, może pięć, równo odmierzone, niezbyt silne, lecz dostatecznie głośne, aby mógł je usłyszeć z miejsca, w jakim się znajdował. Odruchowo spojrzał na ścienny zegar i jednocześnie starał się odszukać w pamięci przyczynę, dla której ktoś mógł zastukać w jego drzwi. Dochodziła dziewiąta wieczór. Adam nie zwykł o tej porze przyjmować gości, nie potrafił też racjonalnie wytłumaczyć sobie tego, kto o tej porze chciałby się z nim widzieć. Owszem, mógł to być ktoś z jego sąsiadów znajdujący się w nagłej potrzebie niezapowiedzianego z nim kontaktu. Mogła też to być zwyczajna pomyłka, ot przypadkowy przechodzień wkracza do budynku w poszukiwaniu osoby, której szuka, lecz zapomniał numeru mieszkania i chce się zapytać o kogoś, do kogo ma jakiś interes. Adam przypuszczał, że te dwie możliwości są bardzo prawdopodobne. Kiedy leniwie podnosił się z fotela usłyszał kolejne stuknięcia do wejściowych drzwi, równie donośne jak uprzednio i tak samo brzmiące w regularnych odstępach czasu. Nie miał jednak ochoty przyspieszać biegu wydarzeń, to jest opuszczenia pokoju i przejścia do wąskiego przedpokoju, którym mógłby przejść aż do drzwi wejściowych, aby je otworzyć, przekonując się, kto niepokoi go o tej porze. Wdział więc domowe pantofle i ciasno związał na biodrach szlafrok. Postąpił kilka kroków w stronę przedpokoju, lecz jednocześnie zawahał się na myśl, że może w tym nie wyjściowym stroju ujrzeć za drzwiami, jeśli je otworzy, kobietę. Jeżeli jeszcze byłaby nią sąsiadka z góry, zawsze roztargniona i ustawicznie mająca problemy z wyposażeniem kuchennej szafy w cukier, pieprz czy też zapach do pieczenia, z bogiem sprawa. Jeżeli jednak osobą stojącą za drzwiami będzie nieznajoma, atrakcyjna kobieta, która nie dość, że zapukała, to jeszcze gotowa jest wejść do środka, domowy strój Adama w jakim by go ujrzała, mógłby się stać pretekstem do przyszłych drwin i anegdot. A jednak nie zdecydował się na zmianę ubrania, myśląc że w sumie nie musi odczuwać we własnym mieszkaniu dyskomfortu wobec kogoś, kto zjawia się z wizytą bez zapowiedzi o tak późnej porze. Zastukano po raz trzeci.   
Wszedł w końcu do przedpokoju i energiczniejszym już krokiem przemierzył dystans dzielący go od drzwi wejściowych. Będąc już przy klamce, nacisnął włącznik światła, gdyż wąski przedpokój ginął w półmroku, co sprawiało przygnębiające wrażenie. Zamiast klamki ujął w palce krótki łańcuch, który dodatkowo zabezpieczał drzwi przed otwarciem i jako tako chronił go przed wścibskimi domokrążcami. Pochylił też głowę i przystawił oko do wmontowanego w drzwi „judasza”, ów cudowny wynalazek dający możliwość obserwacji części klatki schodowej, jeśli, rzecz jasna, była wystarczająco oświetlona.
Zobaczył za drzwiami stojącego naprzeciwko wziernika jegomościa słusznego wzrostu, w czarnym płaszczu z rozchylonymi połami, z kapeluszem wciśniętym na owalny i zdeformowany kontur głowy. Mężczyzna spoglądał przed siebie, to jest kierował swój wzrok ku drzwiom na wysokości ich szczytu. Nie wykonywał żadnych zbędnych ruchów ciała, tkwiąc w oczekującej pozycji niemal na baczność, jak gdyby będąc pewnym, że w mieszkaniu, do którego drzwi stukał jest osoba, z jaką chce się spotkać. Pomimo tego, że Adam zachowywał się niezwykle cicho podchodząc do drzwi, pomimo tego, że odgłosy dobywające się z telewizora nie mogły być na zewnątrz słyszalne, ten gość od samego początku wiedział, że Adam jest obecny w domu. Prawdopodobnie po zastukaniu po raz trzeci zauważył też, że „judasz” nagle rozjaśnił się, gdy zostało zapalone światło. Adam pomyślał więc, że nie na sensu udawać, że nie ma go w mieszkaniu i cicho, nie czekając na kolejne stuknięcia zapytał przez drzwi:
- Słucham, kto tam?
- Myślę, że trafiłem pod właściwy adres – usłyszał po chwili – czy pan Adam Karski?
- Nie myli się pan, ale obawiam się, że nie skorzystam z pana usług – uprzedził szczerze jegomościa zza drzwi.
- Ależ panie Adamie. Zapewne myli się pan sądząc, że mam coś panu do sprzedania. Nic podobnego. Niczym nie handluję.
- W takim razie byłby pan łaskaw powiedzieć mi, co pana do mnie sprowadza o tak późnej porze?
- O, tak, jak najchętniej. Przynoszę panu dobre wieści.
- Lubię dobre wiadomości – Adam uśmiechnął się
- A kto ich nie lubi, prawda? Ale chyba nie będziemy o tym rozmawiali z sobą przez drzwi?
- Cóż, to byłby dyskomfort dla nas obu.
Nie było innego wyjścia, jak otworzyć drzwi. Adam uwolnił je najpierw od pęt łańcucha, później przekręcił zamek i otworzył drzwi na całą szerokość.
- Proszę, niech pan wejdzie – poinformował gościa i odruchowo sięgnął wzrokiem poza sylwetkę nieznajomego. W pewnym oddaleniu, na drugim czy trzecim schodku prowadzącym w dół klatki schodowej stał drugi jegomość z wieku, wyglądu i ubrania przypominający tego pierwszego. – Och, to panowie są razem … razem panowie przyszli.
Pierwszy, nie przekraczając jeszcze progu, zareagował uprzejmym wyjaśnieniem.
- Tak, jesteśmy razem, ale niech pan się nie kłopocze o mojego przyjaciela. On zostanie na zewnątrz.
- Ależ gdzieżbym tam śmiał pozostawić go na korytarzu, kiedy panowie są razem. Proszę niech i ten pan skorzysta z mojego zaproszenia.
- Widzi pan, on  nie może wejść do środka. Jego zadanie to towarzyszenie mi w sprawie, którą mam do załatwienia. Jego obowiązki wykluczają rozmowę z panem wewnątrz pomieszczenia.
- Rozumiem, ale gdyby nasza rozmowa przeciągnęła się nieco, to przecież nie wypada, aby ten pan czekał tak długo przed drzwiami.
Adam spojrzał w stronę drugiego jegomościa, chcąc jakby zyskać jego przychylność dla swoich sądów. Ten jednak trwał nieruchomo opierając głowę na ręce, której łokieć wspierał się o metalową listwę balustrady.
- Proszę pana, mój przyjaciel jest przygotowany i na to. Gdybym nawet miał przepędzić z panem i całą noc, mój przyjaciel pozostanie na korytarzu. To jego obowiązek.
- Cóż, trudno z tym dyskutować, skoro to obowiązek – Adam zdał sobie sprawę z tego, że jego negocjacje w sprawie zaproszenia do mieszkania drugiego gościa spełzły na niczym.
- O tak, drogi panie Karski. Tam gdzie obowiązek, dyskusja nie ma sensu. Dobrze, że podziela pan moje zdanie.
I nastąpił moment wkroczenia gościa do mieszkania. Adam pomógł mężczyźnie zdjąć płaszcz, i powiesił go na wieszaku w przedpokoju usytuowanym po prawej stronie obok lustra. Mężczyzna trzymał już w ręce kapelusz, zerknął jeszcze w lustro, sprawdzając czy nienagannie skrojony czarny garnitur ze stuprocentowej wełny spoczywa należycie na jego figurze, i czy przypadkiem lśniący żywą bielą kołnierzyk koszuli nie przesunął się w prawo bądź też w lewo, zakłócając centralne położenie stonowanego w szarości krawata. Zawiesił więc swój kapelusz nad płaszczem i, kierowany wyciągniętą przed siebie dłonią gospodarza, przeszedł do pokoju, w którym cichutko pobrzękiwał włączony jeszcze telewizor.  
Usiadł na wskazanym mu miejscu, w fotelu usytuowanym naprzeciwko tego, w którym odpoczywał niedawno Adam.
- Może zanim zaczniemy rozmowę, napije się pan czegoś? – zaproponował Karski.
- Proszę się tym nie kłopotać. Zwykle podczas wykonywania swoich obowiązków nie korzystam z takich ofert. Zresztą jest już późno, więc kawa raczej nie wchodzi w grę a, wybaczy pan – tu spojrzał na pozostawioną na stoliku szklankę – nie jestem smakoszem herbaty.
Adam powoli przesunął wzrokiem po całej sylwetce nieznajomego, zwracając uwagę nie tylko na nienagannie skrojoną marynarkę garnituru, w który był ubrany ale też na smukłość i delikatność dłoni mężczyzny ułożonych prosto na blacie stolika, dłoni, które, jak mu się wydawało, poddawane były systematycznej pielęgnacji.
- Przepraszam, że pana niepokoję, ale gdyby pan zechciał powiedzieć mi z kim mam przyjemność … - zaczął niepewnie Adam, starając się w żadnej mierze nie uchybić roli gospodarza natrętnie domagającego się wyjaśnień.
- Słusznie, że pan chce się tego dowiedzieć – odparł mężczyzna. – Przewidywałem, że będzie to pana ciekawiło. Byłem nawet zaskoczony tym, że nie zadał mi pan tego pytania wcześniej. A należało przecież. Otwiera pan drzwi przed nieznajomym, nie bacząc na to, że może nim być pospolity złodziej, przestępca, ktoś, kto zamierza pana skrzywdzić.
- No tak, nie pomyślałem o tym – wtrącił przygnębiająco Adam.
- A jednak ma pan szczęście. Nie przyszedłem tu w złych zamiarach. Jestem funkcjonariuszem państwowym, z czego jasno wynika, że moje intencje są czyste.
Źrenice Adama rozwarły się szerzej, jakby zwykły w taki sposób reagować na zaskoczenie, jakiemu ulega czasami zmysł słuchu.
- Spodziewałem się raczej widzieć w pana osobie przedstawiciela jakiejś firmy, poważnej firmy, która właśnie wchodzi na rynek i prowadzi kampanię reklamową, taki marketing bezpośredni.
- Nic podobnego. Moja wizyta u pana ma charakter zupełnie inny i jest związana z przekazaniem panu nie byle jakiej wiedzy na temat towaru, bo w rzeczy samej wolność towarem nie jest.
- Wolność? – Adam spojrzał na gościa z jeszcze większym zakłopotaniem, by nie powiedzieć całkowitym niezrozumieniem dla jego ostatniej wypowiedzi.
- Tak, drogi panie, tu chodzi o wolność. Ażeby jednak nie przedłużać w nieskończoność tej chwili niepewności jaka rysuje się na pana twarzy – mówiąc to wstał nagle, wyprostował się i zatrzymując swój wzrok na oczach mężczyzny, beznamiętnie zakomunikował: - Panie Karski, od dzisiaj jest pan wolnym człowiekiem. W imieniu majestatu państwa przybyłem tutaj, aby zwrócić panu wolność.
Adam odruchowo uniósł się z fotela, aby po chwili w ślad za przysiadającym automatycznie funkcjonariuszem ponownie zagłębić się w miękkości siedliska. O czym można myśleć w takiej sytuacji, która wydaje się być pierwszą, gdyż nie doświadczaną uprzednio i zgoła trudną do wytłumaczenia. Adam sądził początkowo, że całe te zdarzenie znajduje swój początek w śnie, w którym się pogrążył i z którego nie zdołał się jeszcze wydobyć. Dodatkowo niezwykłość tej sytuacji pozostawała w jaskrawej sprzeczności z monotonnym życiem jakie dotąd prowadził. Potrzasnął głową i zacisnął mocno powieki, potem rozwarł je szeroko, by stwierdzić, że jednak nie ulega halucynacjom. To nie był sen. Jeśli to nie sen, to po raz pierwszy doświadcza zdarzenia polegającego na tym, że samo Państwo w osobie siedzącego teraz naprzeciw niego funkcjonariusza w nienagannie uszytym garniturze przychodzi do niego. Mniejsza już o to, w jakim celu. Sam fakt pojawienia się państwowego urzędnika w jego domu jest wystarczającym dowodem na niezwykłość sytuacji. Postanowił jednak stawić czoła wypowiedzianym przed chwilą słowom gościa.
- Nie bardzo rozumiem, o co panu chodzi – powiedział do urzędnika. – Czy aby trafił pan pod wskazany mu adres? Nie przypominam sobie, aby mnie kiedykolwiek skazano na utratę wolności. Żyję sobie …. – przerwał widząc, jak mężczyzna rozszerza powoli kąciki ust, wydobywając z nich ledwie dostrzegalny uśmiech. Jego oczy zdradzały z kolei pozwolenie na to, aby Adam kontynuował zaczęte zdanie. On jednak zaniechał dalszego ciągu, wydobywając z siebie proste stwierdzenie.
- Proszę pana, to pomyłka. Bierze mnie pan za kogoś innego.
- W żadnym wypadku pomyłka nie wchodzi w grę – wytłumaczył mężczyzna, przytaczając zwięźle dane personalne Adama poszerzone o informację na temat jego miejsca pracy – Jest pan przecież świadomy tego, że wiele rzeczy zmieniło się w naszej ojczyźnie i ulega stałym, systematycznym zmianom.
- O tak, wiem o tym.
- Dlatego powinno być  miłym przeżyciem to, czego jest pan świadkiem, ba, podmiotem w dzisiejszej sprawie, że oto samo państwo się  nim zainteresowało, i do tego z jakich szlachetnych pobudek. Ale, prawdę powiedziawszy, pańska reakcja nie odbiega o wielu podobnych reakcji innych obywateli, którym składałem już wizytę, więc nie dziwię się jej.
- Czy ma to oznaczać, że nie jestem jedynym, z którym rozmawia pan w taki sposób o sprawach niezrozumiałych dla mnie?
- Tak, drogi panie. Nie jest pan pierwszym i nie będzie ostatnim. Nasze państwo znajduje wiele współczucia i troski wobec tych, którzy w przeszłości poddani byli umysłowym torturom.
- Wdzięczny jestem za troskę jaką państwo mnie otacza, lecz w dalszym ciągu nie rozumiem, co jest tego przyczyną – w głosie Adama wyczuwało się wciąż zakłopotanie graniczące z narastającą pustką jaka wypełniała jego umysł. Zaraz potem zupełnie nieoczekiwanie jego oczy, grymas twarzy i drżenie rąk zasygnalizowały pierwsze objawy buntu.
- A skądże pan może wiedzieć o poddawaniu mnie jakimkolwiek torturom umysłowym. Zawsze byłem wolnym człowiekiem.
- Oczywiście, że był pan zniewolony. To nie ulega żadnej wątpliwości, natomiast pana reakcja jest jak najbardziej zrozumiała. Nikomu nie jest łatwo żyć z tak wielkim brzemieniem niewoli i stąd nie dziwi mnie pana reakcja polegająca  na wyparciu ze świadomości faktu, iż stał się pan zakładnikiem swoich czasów. Przy mojej pomocy będzie pan mógł już wkrótce nie tylko spojrzeć prawdzie w oczy, ale i samemu sobie.
- Pan się myli. Byłem i jestem wolnym człowiekiem. Nie wstydzę się swojego życia, które, zaręczam panu, było i jest szczęśliwe.
- Czy szczęśliwą być może przechadzka po spacerniaku, nawet jeśli dzień jest czysty, niebo kryształowe?
- To co dla pana jest spacerniakiem, dla mnie było alejką w parku. Pan jest zbyt młody, aby to zrozumieć.
- Obserwuję pana bunt, niewymuszony bunt. Dlaczego nie buntował się pan wtedy, gdy miał pan do tego prawo, wręcz obowiązek.
- Moje życie i to, w jaki sposób je odbierałem, nie powinno być przedmiotem pana zainteresowania …
- Bynajmniej …
- Bynajmniej? Nie wiem kim pan jest ale, choć przykro mi to mówić jaka gospodarz tego miejsca, wzbudza pan we mnie niepokój. Mógłbym pokazać panu drzwi.
- Jeśli dzisiaj nie zrozumie pan, panie Adamie, swojego położenia, przyjdę po raz kolejny. Moim zadaniem jest przywrócić panu życie i nic mnie przed tym nie powstrzyma. Wierzę w pana rozsądek i będę cierpliwie czekał na to, aby się pan raz na zawsze wyrzekł przeszłości i przyłączył się do świata ludzi o wolnych umysłach.
- Czego mam się wyrzec? Wolne żarty.
- Tego, że tkwił pan w błędzie i żyjąc w podłych czasach, postanowił w nich trwać, nie walcząc o swoją przyszłość, niepodległość myśli i czynów. Niechże pan zrozumie, że nie ma sensu egzystować niepotrzebnie, być zbędnym balastem nowych czasów. Upierając się w ten sposób, nie odcinając pępowiny od prostytuowanego łona, będzie pan nikim dla nas. Jeśli jednak zdecydowałby się pan na wyparcie się swojej niecnej przeszłości, pomożemy wymazać z pańskiej świadomości te złoża fałszu, jakie zalegają pana półkule mózgowe.

Czy mógł przypuszczać, że w taki sposób zakończy się dla niego ten dzień, na początku podobny do innych, grzeszący bezbarwnością ale i mijający w spokoju, jakiego można tylko pozazdrościć w czasach bezwzględnej walki o wyrwanie upływającemu czasowi choćby odrobiny ważności przynależnej do jednostki. Na jego oczach rozgrywała się w zdumiewającym tempie historia niepodobna do innych. Został poinformowany o fałszywości jego życia, które dotąd uznawał za własny i niepodważalny skarb, które sobie ułożył w sposób adekwatny do tego, czego od niego oczekiwał, a oczekiwał niewiele. Przez chwilę przeszła mu przez głowę myśl, że to, co odczuwał podczas rozmowy z funkcjonariuszem przypomina sytuację, jaka powstałaby wskutek zaistnienia nagłego wypadku. Znał z opowieści tych, którzy wymknęli się śmierci, że w takich razach wspomnienia przeszłych dni bombardują świadomość z niezwykłą szybkością i siłą, chcąc jakby po raz ostatni   i ostateczny utrwalić się pod opadającymi na zawsze powiekami, kiedy przed oddaniem ostatniego tchnienia słyszy się słowa „nie odchodź, nie zasypiaj, patrz na mnie”. Czasami towarzyszy temu uderzenie w policzki, przyłożenie mokrego ręcznika do czoła, szarpnięcie ramion.
Wymiana zdań pomiędzy Adamem a funkcjonariuszem publicznego bezpieczeństwa trwała jeszcze długo, przerwana kilkuminutową chwilą czasu, jaką poświęcili na wypicie kawy, na którą ważny gość w końcu się zdecydował.             W antrakcie tym nie uczestniczył jednak ten drugi, którego zadanie wymagało jego obecności na korytarzu. Adam mając w pamięci wyłuszczone mu oryginalne przyczyny, dla których funkcjonariusze złożyli mu wizytę, nie starał nawet namówić pierwszego, aby ten zrezygnował odrobinę z przestrzegania przepisów i poprosił drugiego na kawę.
Końcowa część rozmowy trwająca niemal do północy przebiegała w atmosferze zrozumienia ze strony funkcjonariusza i pogodzenia się po drugiej stronie. Sympatycznie w wypowiedziach ważnego gościa wyglądała przyszłość Adama. Nieskrępowana wolność przy podejmowaniu życiowych decyzji, możliwość ułożenia sobie zawodowego życia w sposób najbardziej odpowiadający jego wyobrażeniom, jak również sugerowana pozytywna przemiana jakiej ulegnie jego życie osobiste, to wszystko sprawiało, że Adam pogrążył się w ckliwym, melancholicznym stanie uśpienia i obojętności, zapominając o tym stonowanym wprawdzie, ale jednak ataku wściekłości i niezrozumienia, jakiemu uległ na początku rozmowy z nieznajomym.   



18 stycznia 2014

Przywłaszczone z Księgi Koheleta bez komentarza

12.
 Postanowiłem
przyjrzeć się mądrości,
a także szaleństwu i głupocie.
Bo czegoż jeszcze dokonać może człowiek,
który nastąpi po królu,
nad to, czego on już dokonał?
13.
 I zobaczyłem,
że mądrość tak przewyższa głupotę,
jak światło przewyższa ciemności.
14.
Mędrzec ma w głowie swojej oczy,
a głupiec chodzi w ciemności.
Ale poznałem tak samo,
że ten sam los
spotyka wszystkich.
15.
Więc powiedziałem sobie:
«Jaki los głupca,
taki i mój będzie.
I po cóż więc nabyłem
tyle mądrości?»
Rzekłem przeto w sercu, że i to jest marność.
16.
 Bo nie ma wiecznej pamięci po mędrcu
tak samo, jak i po głupcu,
gdyż już w najbliższych dniach
w niepamięć idzie wszystko;
czyż nie umiera mędrzec tak samo jak i głupiec?
17.
Toteż znienawidziłem życie,
gdyż przykre mi były wszystkie sprawy,
jakie się dzieją pod słońcem;
bo wszystko marność i pogoń za wiatrem.
[Koh. 12-17] 

Gęba ministrantowi Radkowi nie dorówna

- Niedoczekanie wasze - wrzasnęła Gęba lico swe krnąbrne i nieposłuszne od ekrana odwróciwszy. Dalij chlapnęła sobie garść setki wyborowej, abo innego domestosa ku dezynfekcji jęzora, wystawionego poza ludzką miarę wystawiania, jako ta żmija sycząca jadem bolesnym, a ostatecznym. 
- Nie będzieta tu mi  konkurencyi  nijakiej wystawiać na pośmiewisko gawiedzi. Do Gęby wszak należy onych tłumów bawienie a rozweselanie, nie do was, ancychrysty jedne.
Chlapnęła po raz drugi, tą razą jako ta z lustra, do towarzystwa pierwszej. Ulga jej odetchnęła, a z rozlazłego cielska spłynęły na klepisko siódme poty.
Bo też i słusznie oburzoną była, na twitterowej krainie ministranta Sikorskiego Radka poemę obaczywszy, w której Onże wielce zatroskan kondycyją Rzplitej, apostrofę do piątej kolumny - tych naszych ludków w Brytanii - wzion i nadał. W nij to tako beło:
"Posłuchajcie, Bracia miła. Une tam w Brytaniji już wos nie kcom, na dziciesków piniendzy nie zycom se dawać, bide wom strasznom szykujom, obgadujom wos jako te baby pode chałupom na  ławie... Dlatego, upraszom wos do nos. Miast bide i poniwierke klepać na anlosaskiej trawie, pódźcie ku nam, wrocojcie. Toć u nos lepi. Mam słupy rosno, a jak rosno... na zielono. Ciepta ta robota, najdźta proma czy innego wiertaliota i do dom przyndźcie, haj".
Tako to Radkowe przesłanie w świat poszło, a po tym Gęba drgawek dostała, dakarowym pyłem się wkurzyła i rzecze a krzyczy:
- Szlag najjaśniejszy mię trafi, trzymajta moją podłą figurę, a szczeznąć nie dajcie. Toż gdyby tak nasi ludkowie w Brytaniji ministranta posłuchali i do tych łąk zielonych, na ojczyzny łono, jak jeden mąż powrócili, ciekawa jestem, jaką to robotę Radek by im doł? Pewnikiem długopisów składanie, lubo też telefoniczne, przez uszy wciskanie jakiego gówna, co się przedać z chińskim łajnem nie do. Abo na kredyt starych babć naciąganie, abo ubezpieczanie ode śmierci czy innej cholery bez lekarskiego badania, abo długów ściąganie od tych babć naciągniętych, abo zegarków zaprzeszłego ministranta przedawanie na targu pcheł, abo Ambera Golda Dwa skombinowanie. I to za caluśkie tysiąc sto na łapę, bo tela u nas dajom na tych zacnych zawodów uprawianie. Toć przecie u nas przy korytach ze świeżom paszom juże siedzom i dobrze się majom. A co bendzie, jeśli ten circa milijon z małej litery gąb przybendzie? A jak ludkowie z Niderlandów się zwąchają? A te, co z Napoleonem ze z Francyi siedzom a robiom? A te Bismarcowskie jak się zlezom? A te z krainy włoskiej do Polszczy jak przybendom? Mamyż tela urzędów bezrobotnych. Tak to się mo z jedny strony, a z drugiej?  A jak się tak inne, zarubieżne narody dowiedzom, że w Rzplitej jest lepij niż w Brytaniji? Dziwie się, o jak sie dziwię, że te głuptoki anglijskie pielgrzymki po robote do Polszczy nie wszczynajom, kiej lepij u nas niż u nich.
Tako też Gęba przemyślała sobie uczonego ekonoma plany i dziwota taka ją wzięła, czyliż ministrantowi Sikorskiemu jego cynizm jak po śliskim karpiu spływa, czy nie stało rozumu pode czachą. Pewnieć jedno z drugim wspólne. Abo też ministrant Radek mo nas za głuptoków, co to Oxfordy w pipidówku pokończyły, nie to co on.
Gęba też i dla siebie wniosek wysuwa, że kolejną razą głosa puści na Radka, co by było u nos jeszcze głupiej i śmieszniej, haj.


17 stycznia 2014

Ciemności

Półmrok przysiadł na gałęziach, na parapecie, na wilgotnej, zmrożonej bieli śniegu, lecz przede wszystkim panoszy się w powietrzu, wszędzie go pełno i chciałby się te przeciwsłoneczne okulary zdjąć. Nic z tego. Ciemność z chłodem w parze nabierają sił, anektują zaokienną przezroczystość dnia. Ciemność, która bywa teraz przyjaciółką, gdy przychodzi nie w porę, zdecydowanie za wcześnie, gra na nerwach. Człowiek potrzebuje światła i kiedy go brak, zamiera jak trawa, która nie che być zieloną; spowalnia jak napakowany sadłem niedźwiedź na czas zimowego odrętwienia.
Ciemność ma też inne oblicza, kiedy wzrok nie jest konieczny, a zmysły koncentrują się na dotyku. Wprawdzie czasami ten dotyk jest bolesny. Zwłaszcza przy przedostawaniu się pomiędzy pomieszczeniami. Niby znasz topografię terenu, ale zawsze wyrośnie przed twoim czołem jakaś krawędź ściany, jakiś but pozostawiony własnemu losowi na samym środku arterii komunikacyjnej, albo, co gorsza, bogu ducha winne kocie ciało, bezwstydnie rozłożone, oddające się drzemce przy wtórze kojącego murmurando.
I jest też ciemność kochanków z tak bardzo dominującym dotykiem, że aż dłonie parzy. I kiedy już, tuż, tuż; kiedy źrenice jak kosmiczne czarne dziury odbierają biel białkom, wchodzi ten niezapraszany, z wyciągniętą ręką sięgającą klawisza włącznika światła.
- Mamo, pić mi się zachciało!
I staje się jasność.

14 stycznia 2014

Brak słów

Kurwa mać!!! Kto do jasnej cholery rządzi w tym kraju? XXI wiek, sonda na Marsa, wymyślna broń, internet i te wszystkie inne pierdoły, a odległość pomiędzy Kutnem a Łodzią to 50 kilometrów. Trzy godziny próżnego czekania. Trzeba było zadzwonić. Pojechałbym za to pieprzone pogotowie. Teraz zaczną się badania: kto zawinił? Może to a może owo. Rozejdzie się po kościach, jak zwykle. 
Palanci, zróbcie coś z tym, albo spieprzajcie!!!

Tak, tak

Względność i jeszcze raz względność. Z jednej strony żal, że pojęcia oczywiste przestają nimi być. Małżeństwo, rodzina, przyjaźń, honor. Ba, czy kto wymienia dziś publicznie słowo "honor"? Cóż to jest? Co jest dobrem, a co złem? Czy naprawdę nie ma obiektywnego dobra? Podejrzewam też, że czasami szafujemy złymi intencjami, o które podejrzewamy innych. Trochę zboczyłem z tematu. To kwestia ostatniej godziny, może dwu godzin.
Małżeństwo zdegradowane do partnerskiego związku. Rodzina w rozsypce. Przyjaźń w piaskownicy. Z pewnością czas zbyt szybko ucieka i zamiast nacieszyć się chwilą, nieufność, skargi i pretensje. A prawda? Gdzież ona? Czy musi być ich tak wiele? Być może zaściankowe to myślenie, gdy odwołuje się człowiek do zaprzeszłych wartości. Fakt, że zawężały one pole obserwacji, lecz porządkowały świat: miasteczko, wieś, kamieniczki,  chałupy, ratusz, kościół, rytm życia podług przemijania pór roku. I tak dalej i dalej.
Z drugiej strony przestrzeń kultury wychodzi poza ustalone granice. Banalne pytanie: Gdyby Szopen komponował dzisiaj, czy robiłby to w klimacie Pendereckiego, a może Seweryna Krajewskiego? A może kogoś, kto nie mieści się w naszej wyobraźni. Czy taki Penderecki, Lutosławski, Baird, Panufnik to akuratni kontynuatorzy muzyki klasycznej? A może klasyką stają się dzieła, które niejako z założenia wiążemy z pop artem, a więc czymś, co odbiega od ustalonych kanonów muzyki, tak zwanej, poważnej i przeznaczonej dla słuchacza o przeciętnie rozwiniętym zmyśle odbierania dźwięków.
Tymczasem okazuje się, że wcale nie tak mało jest przykładów na to, że w tej masie komercji istnieją dzieła, którym trudno zarzucić miałkość i banalność. Czy takiemu Markowi Grechucie bliżej jest do Schuberta, czy do wykonawcy piosneczek w konkursie Eurowizji. Mniemam, że to pierwsze jest słuszne, bo i też ani przed, ani po Grechucie, nie pojawił się i daleka jest droga do pojawienia się podobnego geniusza.
Dzisiaj z przykrością zauważam swój niegdysiejszy błąd. Błąd polegający na niedocenieniu Grzegorza Ciechowskiego. Aż wstyd, bo ten muzyk i poeta niesłusznie bywa zapominany, a przecież przeważająca większość jego utworów każe sprzeciwić się stwierdzeniu, jakie pojawiło się w jednym z nich, że "ta piosenka jest śpiewana dla pieniędzy". Co za przekora!
A jakie refleksje wynikają z tego fragmentu...
(...)
"dopiero teraz
gdy nie słyszy nikt
(bądź spokojny - w domu jesteś sam)
do wanny wlałeś ciepłą wodę i
ogłaszasz w lustrze
że chcesz zmienić świat

ja wiem że - trochę się starasz
lecz powiedz mi
ile przed lustrem - spędziłeś dni?
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam
tak tak - tam w lustrze
to niestety ja
tak tak - ten sam" (...)
Ogłaszać w lustrze zmianę świata. Toż to niezwykły i oryginalny wniosek skierowany do nas wszystkich. W lustrze stajemy się odważni, skłonni do zmian naszego życia na lepsze. 
- Niestety, tylko w lustrze - powiedział ktoś po opuszczeniu sali lustrzanej należącej do jednego z posłów.