Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IMPROWIZACJE. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą IMPROWIZACJE. Pokaż wszystkie posty

03 września 2021

W STRUMIENIU ŚWIADOMOŚCI OPOWIEŚĆ O TYCH, KTÓRZY MAJĄ NIEWIELE, INNI CIERPIĄ PRZEZ NIELUDZKIE PRZEPISY, ALE W KOŃCU NAS NIE ZABIJAJĄ.

 

Grafika z George Catt - "The Pictorial History Of Manchester" 

    Czytałem w gazecie, pobrałem z Internetu lub dowiedziałem się od Piotra, ten Piotr nie wychodzi mi z głowy, nie pamiętam jednak, gdzie mieszka, wstałem wściekły, przypominając sobie tę historię, mówi że napisał do banku urzędu skarbowego, czy jakiejś instytucji, która zainteresowała się stanem jego konta, dlaczego jest wyzerowane i czy w ogóle jeszcze żyje, z czego żyje, bo żyć nie powinien, no chyba że kradnie, a oglądałem właśnie jedną z telewizji śniadaniowych, której nadworny kucharz oferuje obiad za sto złotych na głowę, tyle tam drogiego wołowego mięsa, jakieś owoce morza i dodatki, na które nie stać babci, akurat wtedy włączyła pilotem ten program, usiadła do herbatki i kromki przedwczorajszego chleba z masłopodobnym smarowidłem, więc ten Piotr albo ktoś z tej gazety czy Internetu powiedział, że miał wypełnić jakiś druk urzędowy, aby udowodnić, że nie stać go na wczasy w siodle, na co zresztą naprawdę nie było go stać i niczego takiego nie przeżył, aż ta pani zadzwoniła do niego, panie Piotrze, panie Jacku, Włodku, widzę jakieś niedociągnięcia, jakieś błędy w tej ankiecie, z czego pan żyje, i przypominam panu, że wypisywanie nieprawdy jest karalne, możemy to sprawdzić, więc pan Włodek, Jacek czy Piotr odpowiada, że od czasu do czasu wsiada do swojego inwalidzkiego wózka i podjeżdża pod market, prosi o to, aby mu kupiono cokolwiek, bo jest głodny, a kupują mu także piwo, pewnego razu kupili mu sześciopak, bo wygląda na takiego, co uszanuje każdą pomoc, a tak w ogóle, to jeśli mieliby go ukarać, to on chętnie zgodziłby się na karę przymusowego odosobnienia, bo w więzieniu podobno karmią, a on nie jest wymagający...

    Znalazłem gdzieś w gazecie takie informacje, że wszystko byłoby dobrze, gdyby nie przepisy, które krępują, gdybyś Włodku nie miał co jeść, to jest z tym problem, bo nawet jeśli każdego dnia twoja osiedlowa piekarnia wyrzuca na śmieci 15 bochenków chleba, bywa, że i trzydzieści, a barze szybkiej obsługi typu Donald z dnia na dzień zostaje oddane do przemielenia mięso i dodatki warzywne, bo przecież ludzie chcą żreć wszystko, co świeże, takie też są przepisy, które zabraniają oddawać za darmo jedzenie, oddać możesz, ale zapłać za to serducho dla bezdomnych i za ekonomię zapłać podwójnie, bo ten pierwszy raz zapłaciłeś z własnej kieszeni, że nie udało ci sprzedać nawet po zaniżonej cenie, ale co tam, Jacku, znasz te historie, ludzie wymyślają przepisy, aby broń Boże nie okazać się człowiekiem, a będę, Piotrze wypowiadał imię Boga, bo powinien on do cholery coś zrobić z tymi emigrantami, sam przecież wędrował przez pustynię z matką i Józefem, faktycznie, nie każdy go przyjął, ale kto inny wziął ich do siebie, a ten Mojżesz, znasz go Włodku, wypowiadałeś jego imię, a gdy to zrobiłeś, to ci dobrzy ludzie szyby w oknach powybijali, boś żyd, ten Mojżesz to całą armię żydów poprowadził i aż morze się przed nimi rozstąpiło, przed emigrantami się rozstąpiło przecież...

    Jacku, czasy nastały ciężkie, ale mogło być gorzej, mogliby strzelać, nie powiem, pałą można dostać po łbie, cyklonem ci w oczy prysną, za nogi wlec cię będą po trotuarze, ale jeszcze nie zabijają, a tych parę przypadków podduszeń kolanem, że doprowadziły do śmierci to nie liczę, bo zawsze może się zdarzyć, że trafi się na czyjąś nadwrażliwą szyję, nie ma takiego, który by przewidział wszystko, nie, Włodku, jeszcze nas nie zabijają, cieszmy się, poczęstujesz tym piwem, schłodzone, w wodzie stało, patrz na spławił, bierze...


[03.09.2021, Toruń]

02 września 2021

W STRUMIENIU ŚWIADOMOŚCI - KONIEC WAKACJI.



 Jakub Erol - plakat do filmu "Koniec wakacji"


    Koniec lata, wakacji, koniec jest zawsze przykry, nadąsany, oglądam właśnie "Koniec wakacji", chłopiec wrażliwy, odważny, stara się przeciwstawić szkolnym łobuziakom, to mało powiedziane, że to łobuzy, zaglądam do wikipedii, gdzie znajduję informację o aktorze grającym tego chłopca - Marek Sikora to nie tylko aktor, to reżyser i choreograf, zmarł przedwcześnie na udar mózgu...


Pablo Picasso - "Dziewczynka z gołębiem"


    Śląsk, gdyby kto zapytał mnie, z czym kojarzy mi się Śląsk, to jawi mi się kopalnia i hałda, także familoki i gołębie, ten chłopiec ma akurat gołębie, jeden uciekł mu, kiedy nieopatrznie filmowa dziewczyna potrąciła go jadąc rowerem, a miało to miejsce na hałdzie, kto nie kochał się w Karioce, nawet i aż Tolek Banan, Jędryka, żal, że już odszedł od nas, to reżyser, który chyba najpełniej wyraził się opisując w swoich filmach dziecięce i młodzieżowe sprawy, nie inaczej jest w tym filmie, który oglądam w cda...

Józef Nalberczak




Odtwórcy głównych ról w "Końcu wakacji" - 

Marek Sikora i Agata Siecińska


    Pierwszy dzień szkoły, pogodny w Toruniu, wczoraj lało niemiłosiernie, kiedy byłem u kardiologa, no i ten wybuch, dom jednorodzinny rozerwany na strzępy, nie śledziłem informacji, czy są ofiary, cieszę się, że ma być cieplej w ten weekend...



    W "Końcu wakacji" jak to czasami bywa w filmach o i dla młodzieży występuje cenny wątek pierwszej miłości, ale też jest problem rozpadającego się małżeństwa, wypadku w kopalni - to przecież Śląsk, Nalberczak w roli ojca chłopca, lubię go, jego role są wyraziste, z reguły gra twardych, sympatycznych ludzi, choć czasami szorstkich, zakończenie fabuły jest mimo wszystko optymistyczne, chłopiec wraca na Śląsk do ojca, przy okazji ratuje maltretowanego kolegę, a i dziewczyna, którą poznał na hałdzie w nieprzyjemnych okolicznościach zostawia mu na pamiątkę symbol szczęścia - słonika...

    Tymczasem w Nowym Jorku rozpętała się jakaś okropna burza i na US Open tenisiści grają jedynie na głównym korcie im. Artura Asha - ciemnoskóry tenisista uprawiający tenis jeszcze za czasów Fibaka...

    Mocna herbata stawia mnie na nogi, bo już kładłem się spać, ale powstałem jak Feniks z popiołów dzięki tej herbacie i piszę, i patrzę, a właściwie zerkam na telewizor, na ten tenisowy turniej pokazywany w Eurosporcie, przed sobą mam skołtunione łoże i Maszę, z którą przyjdzie mi dzielić poduszkę, bo ona nie wiadomo czemu zawsze chce spać wysoko, jak najwyżej, stamtąd lubi obserwować, co się dzieje za oknami, ale w nocy nie dzieje się nic, a ponieważ nic sie nie dzieje sprawdzam pogodę na dzisiaj i na tych kilka dni naprzód, kiedy miało nas nawiedzić ciepło i tej inwazji ciepła oprócz piątku nie widać, bo weekend ma być chłodny, a jeszcze przedwczoraj mówiono, że od weekendu to, ho-ho, ale będzie ciepło, nie ma jak to polskie służby meteorologiczne...

    Będzie ta wojna, czy nie, pytają się mnie, a ja mówię, że nie wiem i nic a nic nie rozumiem, bo tydzień temu nasze służby graniczne wychwalane są przez ministra od wojen i stanów nadzwyczajnych, co niektórym obrońcom naszych granic wręcza się medale, a tu masz, trzeba wprowadzić stan wyjątkowy, bo nasi pogranicznicy sobie nie radzą...


[02.09.2021, Toruń]

09 maja 2021

MAŁE IMPROWIZACJE (16) LIST W POSZWIE ZNALEZIONY

 

"Inferno. Plutone e Virgilio. Gustave Doré"


        Nie wiem, skąd to się wzięło. Całą długą na kilka łokci rękę swą wsunąłem do poszwy, którą za chwilę otulić miałem poduszkę, głowy mojej przyjaciółkę serdeczną. Tedy wsuwam to swoje ramię dźwigowe coraz głębiej, a członki mojej dłoni w spryt wyposażonej chwytają pożółkłą kartę papieru atramentem liter zachlapaną. Wyciągam zatem ów zlichocony przedmiot, do światła naftowej lampy przybliżam, siadając przy stole, na którym, jak to w każdą noc niespokojną szpargały a bałagan, i odczytuję litera po literze, dźwięk po dźwięku.

      "KAtarzyno EMmo" na samym wierzchu. List zatem, myślę, zdołałem wysupłać z poszwy, list do, to wiem, ale od kogo, obracam wiekową kartę i czytam na jej zakończeniu: "Teofil Katarzyński, burgrabia". Natychmiast wycofuję mą pamięć i przypominam sobie, że spotkałem byłem onego starca, któremu spłonął zamek, a on sam pożarne rany odniósłszy, przepędził czas długi na manowcach gabinetów znachorów, którzy przywiedli go w końcu do zdrowia, choć słuchy krążą, że imć Teodor niezbyt zdrów jeszcze; zwłaszcza z własną głową się nie dogaduje, co skutkiem jest nie tyle może trosk i łez upuszczonych na pogorzelisko po zamku pozostałe, lecz raczej jest ten ból głowy wynikiem hulaszczego życia burgrabi. Ale pozostawmy na stronie moje osobiste odczucia i domniemania, przedstawiając samą esencję epistoły.

      "Droga moja, a ukochana Emmo! Chęć napisania do Ciebie słów tych kilkunastu porównać mogę z pragnieniem zapadnięcia się pod ziemię, po tej krzywdzie jaką Ci uczyniłem, pozostawiając Cię bez słowa, na które czekałaś. I niech nie zmylą Cię, Katarzyno, moje przeprosiny spóźnione. Nikczemnikiem jestem i tyle, nikczemnikiem z obolałą od psychicznych cierpień głową, zawładniętą przez, jak sądzę, samego Szatana, który co i rusz język mój przybija do tablicy, abym nie przemówił, atrament rozlewa, abym nie miał czym napisać, i tylko myśli nie zdołał precz z głowy wyrzucić, gdyż ta, pomimo psychicznego upodlenia swego, tego akurat rozkazu nie posłucha.

     Wiodę Ci ja życie przeciwne tułaczemu, rezydentem będąc ma przyjaznym dworze. Początkowo, jak sama zresztą wiesz, Emmo, zażywałem rozkoszy wypoczynku połączonego z cierpieniem, albowiem po pożarze zamczyska wiele trudno gojących się ran odniosłem. Jest już lepiej, to prawda, i hrabina u której przebywam na serdecznym wygnaniu, zapewne nie mogąc znieść mojego przykrego widoku, nakłoniła mnie do tego, abym otworzył biuro porad dla potrzebujących, porad, których onegdaj ochoczo udzielałem, dopókim nie zasmakował innego chleba. Nie powiem, poradnictwo świetnie mi idzie, lecz czasu przez nie nie mam dla siebie; poniechałem gry w karty i szachy, tańce, prognozowanie pogody; także korespondencja moja podupadła.

       A tu pojawiają się coraz bardziej zawiłe klientów moich życzenia. Temu pomóż w procesie spornym o ziemię, której sąsiad się domaga, to znów z mennicy Księcia Pana upomnienia, innym razem szantaże, sądów nakazy, pozwy i apelacje, z którymi przychodzi mi się mierzyć, proszonemu o interwencję. Zapytują mnie nieszczęśnicy, kiedyż wreszcie położy się kres tym rozlicznym niepokojom. Odpowiadam, że dożyliśmy nieszczególnych czasów, ale postaram się pomóc, co jednak kosztuje, ach jak wiele kosztuje.

      Żadne to dla mnie, niepiszącego, usprawiedliwienie, bo przecież mógłbym umyślnego do Ciebie wysłać, a nawet gołębiem wiadomość niejaką przesłać, a ja nic i nic: doradzanie, słanie tych odpowiedzi wedle klientów moich życzeń, jadło, w nocy przesiadywanie albo sen nagły, nieprzespany.

     Tedy w końcu, nie wiedząc jakim sposobem, zasiadłem do tego listu, aby przeprosić Cię i poinformować, że jeszcze żyję, tudzież zapytać o Twoje zdrowie i kondycję wszelaką.

               Serdeczności nasyłam, Katarzyno Emmo,

                           Twój skruszony w chłodziarce zając, Teofil."

     Tak i oto przedstawiał się ten w poszwie nadzwyczajnie znaleziony list.

PS.

    Pozwoliłem sobie odesłać ową epistołę na poste restante i skrobnąć własnoręcznie napisany list do pani Katarzyny Emmy informujący o tej docelowej, przez burgrabię Teofila sporządzonej przesyłce.


[09.05.2021, Toruń]

07 maja 2021

MAŁE IMPROWIZACJE (15) KARTOTEKA

 

Tej smutnej (bo jakimże innym epitetem jej nie wesprzeć) śmierci nie należy zawdzięczać sobotniego spotkania Nenckiego z bibliotekarzem Andrzejem. Nie dalej jak przedwczoraj powrócili pociągiem z pogrzebu, a tu masz, panią biolog Erykę Zamenhoff należało wydrzeć kartotece żywych i przenieść ją do umarłych. A Nencki z Andrzejem niedawno umówili na sobotę, aby ostatecznie uzgodnić informacje zgromadzone w podfolderze "kadra pedagogiczna" folderu "historia szkoły", a tu masz - kolejna żałoba.

Dla bibliotekarza gromadzenie informacji o nauczycielach uczących w ich szkole od przedwojnia po ostatnie lata, samo w sobie było przyjemnością i sporym wyzwaniem; Nencki z kolei kierował się zmysłem praktycznym opartym na idei, którą udało mu się zaszczepić w umysłach podwładnych. Otóż dyrektor szkoły uważał, że każdy były i obecny nauczyciel jego szkoły powinien bezwzględnie znaleźć się w tej cały czas uzupełnianej przez Andrzeja kartotece, gdyż każdy z nich wniósł swój trwały ślad w historię nauczania i wychowania młodzieży w tej placówce.

Nie dalej jak przed tygodniem Nencki zerknął na stronę poświęconej znanej i zasłużonej w ostatnie sukcesy edukacyjne szkole z tego samego co i jego placówka powiatu. Zauważył, że strona szkoły podaje informacje związane li tylko z kadencją prowadzącej ją obecnie dyrektorki. Dla tej instytucji oświatowej przeszłość nie ma znaczenia, choć szkoła istnieje już ponad 70 lat. Nencki podzielił się swym spostrzeżeniem z bibliotekarzem.

- U nas to niemożliwe - stwierdził Andrzej. - Żeby tylko było mi wolno uzupełniać nasze archiwum, żeby tylko było mi wolno i obym tylko miał czas...

- Nie stawiam żadnych przeszkód, doskonale pan o tym wie, panie Andrzeju.

- Wiem, wiem, żartowałem, ale z tym brakiem czasu to prawda.

- Bo też bierze pan na siebie zbyt dużo obowiązków - tłumaczył Nencki.

- I kto to mówi? Kolejny projekt w lipcu, czy tak? Zatwierdzony?

- Zatwierdzony. Z pana wydatną pomocą. Jedzie pan z młodzieżą do Czech.

Praga

To nie było pytanie, a stwierdzenie. Andrzej nie był zaskoczony. To nie pierwszy projekt przy którym pracowali wspólnie. Bibliotekarz wymigiwał się wprawdzie z tym letnim wyjazdem. Tłumaczył, że inni powinni spróbować, w końcu w szkole sztuką interesuje się nie tylko Renoir, lecz na przykład panie od niemieckiego i geografii, a Dominiak, od dwóch lat pracujący w szkole historyk, to sam pięknie maluje pejzaże farbami wodnymi, więc należałaby mu się funkcja opiekuna projektu.

- Ale już ustaliliśmy, że jedzie pan z panią Beatą od geografii.

- Ustaliliśmy?

- No, powiedzmy, że ja ustaliłem, kierując się dobrem szkoły i młodzieży.

Nencki mówiąc te słowa próbował zgasić uśmiech na swojej twarzy i spojrzał niedyskretnie w oczy Andrzeja, który nagle odwrócił wzrok od dyrektora.

- Czy ma pan zastrzeżenia do wyboru jakiego dokonałem? - zapytał.

- Dlaczego? Uczniowie lubią panią Beatę. Jest stanowcza, ale znajduje wspólny język z uczniami, jest sprawiedliwa, potrafi stanąć za uczniem nawet w kontrowersyjnych sprawach.

- Myślę, że i wy oboje znajdziecie wspólny język, prawda?

- No cóż... jestem trudnym orzechem do zgryzienia.

- Niech pan nie przesadza, panie Andrzeju.

Trudno powiedzieć, czy Nencki przeczuwał, że pani Beata i pan Andrzej mają się ku sobie, no cóż, dobry i przenikliwy dyrektor powinien być świadomy tego, co dzieje się w umysłach i sercach swoich podwładnych. Może to był ten przypadek?


[07.05.2021, Toruń]

04 maja 2021

MAŁE IMPROWIZACJE (14) MAJÓWKA.

 

Sebald Beham - "Herkules zabijający hydrę"

     Przed samymi pisemnymi egzaminami Nencki w sobotnie lub świąteczne popołudnie (najczęściej był to pierwszy lub drugi maj) zbierał całą niemal młodzież szkolną wraz z nauczycielami i pracownikami niepedagogicznymi szkoły na dorocznym pikniku. Tym razem nie skorzystano z ogromnego namiotu wypożyczanego na tę okoliczność od wojska, bo pogoda z początkiem maja ustabilizowała się na tyle, że opad deszczu był, zdaniem meteorologów, wykluczony, przynajmniej na nadchodzący tydzień. Wielkim powodzeniem cieszyły się małe i bogatsze w wyposażenie grille, które obok płonących ognisk (przy jednym by się nie pomieszczono) nasycały powietrze zapachem pieczystego, kiełbasek zmieszanego z wonią krzepkiego dymu. Bawiono się świetnie, także przy bezalkoholowym lub niskoprocentowym piwie (Nencki postawił taki warunek), a sama atmosfera służyła rozładowaniu przedmaturalnych emocji oraz wspominaniu czasów dawno minionych - tu rej wodziła pedagogiczna kadra przy ograniczonym wsparciu pozostałych pracowników szkoły. Wspominano zatem własne matury, nie stroniąc wszakże od przypominania sobie anegdot związanych ze szkołą, nawiązujących do lat, których dzisiejsi maturzyści pamiętać nie mogą. Nencki, jak i też pozostali nauczyciele uważali, że to wspólne święto było niezastąpioną okazją do dodatkowego zmniejszenia dystansu pomiędzy "młodymi" a "starymi", bo w tej szkole nie broniono się przed demokracją, nawet jeśli ta instytucja z założenia i swojej natury jest dyspozyturą przymusu. Nencki z panią Zofią i łacinnikiem na cotygodniowych godzinnych pogadankach - dyskusjach z młodzieżą, organizowanych w każdy poniedziałek o godzinie ósmej rano, przekonywali uczniów wszystkich bez wyjątku klas, że demokratyzacja życia szkolnego jest obowiązkiem, gdyż tylko ona zagwarantuje przyszłym abiturientom skorzystanie z umiejętności swobodnej wypowiedzi, ośmieli ich do zabierania głosu i działania, a słowa pani profesor uzbrojone w cytat z wieszcza:

"Młodości! ty nad poziomy

Wylatuj, a okiem słońca

Ludzkości całe ogromy

Przeniknij z końca do końca. "

                                                    tylko potwierdzały stanowisko całego profesorskiego grona, że chce ono wychować człowieka myślącego, wybiegającego rozumem i sercem w przyszłość, i jednocześnie takiego, którego wartość podwaja się, gdy działa wespół z innymi postępowymi, podobnie patrzącymi na świat jednostkami.

     Rzecz jasna Nencki wraz z innymi w takim kierunku podążał podczas owych dyskusji - pogadanek, aby młodzi zrozumieli, że tym więcej czeka ich demokracji, im większym zasobem wiedzy i umiejętności będą dysponowali - stąd konieczność nauki i jeszcze raz nauki.

        Jaka mogła być na takie dictum reakcja młodych? Otóż będąc wspomaganymi wszechstronnie, widząc i doceniając zaangażowanie w ich kształcenie ze strony "starych", nie mogli ot tak sobie odpuścić własnej pracy, i przynajmniej bardzo się starali nadążać za najzdolniejszymi.

- To zagadnienie zostało już naukowo udowodnione - prawił łacinnik - że kiedy masz mecenasa i przewodnika, który za rękę cię prowadzi, stajesz się jednostką ambitniejszą i nie poprzestajesz na bieżących działaniach, i pragniesz się doskonalić. A ponadto... non scholae sed vitae discimus - profesor od łaciny zakończył jednym ze swych ulubionych powiedzeń.

      Kiedy raczono się nawzajem opowieściami, a daleko było jeszcze do zmierzchu, do Nenckiego otoczonego grupką maturzystów, przystąpił w towarzystwie kilkunastu uczniów swojej drugiej "a" klasy matematyk, pan profesor Tarka.

- Dyrektorze, czas na nas. Obowiązek nade wszystko - powiedział znany z precyzji i oszczędności języka pan profesor.

       Nencki wstał, uniósł ramiona taki sposób, jakby zapragnął chwycić w nie ciężką lekarską piłkę i odparł równie lapidarnie:

- Idźcie więc.

        Ta nie cierpiąca zwłoki sprawa dotyczyła starego, emerytowanego nauczyciela matematyki, uczącego w tej szkole przed laty. Jakkolwiek umysł starego profesora wciąż funkcjonował na zadowalającym poziomie, to stan fizyczny jego organizmu pozostawiał wiele do życzenie. Pan profesor Tarka wraz ze swoimi wychowankami umyślili w jedno popołudnie, no może i w wieczór odmalować i uporządkować mieszkanie starego profesora. Rankiem poczyniono stosowne przygotowania, zgromadzono farby i narzędzia do pracy; wystarczało teraz zakasać rękawy i wziąć się do roboty, a przy takiej liczbie pracowników dwie godziny roboty to aż nazbyt wiele. Stary profesor emeryt jeszcze tej nocy prześpi się w odnowionej, choć pachnącej farbą sypialni, a uczniaki z drugiej "a" wraz z wychowawcą wrócą do na szkolny festyn i zapewne zdążą jeszcze przyłączyć się do śpiewanych przy ogniskach pieśni.

[04.05.2021, Toruń]

02 maja 2021

MAŁE IMPROWIZACJE (13) PANI PROFESOR

 

- Nasza szkoła - zaczął Nencki - zapewnia młodzieży indywidualną pomoc dla uczniów praktycznie z każdego przedmiotu. Korzystają z niej uczniowie wszystkich klas w godzinach późnopopołudniowych, mało tego, zorganizowaliśmy samopomoc uczniowską, i nie jest to pomoc fasadowa, a realna.

Tamten przyjmował do wiadomości tę wypowiedź, aczkolwiek ośmielał się wątpić, czy rzeczywiście jest tak wspaniale. Już miał zabrać głos, uruchamiając swoje wątpliwości, kiedy Nencki począł kontynuować:

- Domyślam się, co chciałby pan teraz powiedzieć: skąd bierzecie na to pieniądze i czy moi nauczyciele godzą się na takie warunki pracy?

Tamten przytaknął skinieniem głowy.

- Widzi pan, minimum otrzymujemy od samorządu, ale główne środki pochodzą z naszej fundacji i od rodziców uczniów, którzy dokonują dobrowolnych wpłat na konto tejże fundacji, a co do nauczycieli, no cóż... nie zarabiają najgorzej, aczkolwiek nie ukrywam, że przy selekcji naszego grona braliśmy pod uwagę wymagania finansowe z ich strony i w kilku przypadkach odmówiono nam. Próbujemy na swój sposób zmniejszyć koszty utrzymania naszego pedagogicznego grona; wszak oprowadzałem pana po naszym gospodarstwie - szczęśliwie udało nam się przekonać samorządowców do tego, aby w okresie przekształceń nie zabierano nam ornej ziemi, którą zawiaduje teraz fundacja, a efekt jej działań jest taki, że możemy sobie jako szkoła pozwolić na to, aby około 70% kosztów utrzymania naszej placówki, łącznie z codziennym, przez 4 dni w tygodniu trwającym wyżywieniem, przeznaczyć na funkcjonowanie szkoły. Przyznaję w tym miejscu, że nie każda placówka oświatowa może liczyć na takie dodatkowe wsparcie, bo i też nie każda miała szczęście do czynienia z tak mądrymi i dalekowzrocznymi samorządowcami.

Tyle Nencki, który po wypowiedzeniu tych słów uznał swoją rolę w wywiadzie za wypełnioną, a odesławszy gościa do księgowości, której polecił udostępnić obywatelowi z województwa wszelkie dane na temat kosztów funkcjonowania placówki, pragnął tym samym raz na zawsze przeciąć spekulacje, które pojawiały się u i ówdzie w gremiach nieprzychylnych, choć nie wiadomo czemu, szkole.

Podczas codziennego obiadu wyznaczonego na godzinę czternastą (przerwa w zajęciach szkolnych trwała do 15.45) Nencki jak zwykle zasiadał naprzeciwko pani Zofii - polonistki. Zawsze starał się zachowywać nastrój pełen pogody i optymizmu, chociaż tym razem nauczycielka spostrzegła w oczach dyrektora przebłyski niepokoju.

- Widzę, że ta wizyta wprawiła cię w przykry nastrój, nieprawdaż?

- Ależ Zosiu, należało się z tym liczyć, że po tym, co o nas napisano, będziemy musieli się zmierzyć z krytyką także ze strony władz oświatowych, ale zapewniam cię, że daję sobie radę.

- Wiesz, że zawsze możesz na nas liczyć - zapewniła go rozglądając się wokół siebie i pozdrawiając ciepłym spojrzeniem przychodzących na stołówkę nauczycieli. - Wszyscy tak myślimy.

- Wiem i dziękuję wam za to.

- W końcu naprawdę jedziemy na jednym wózku.

- Owszem - odparł krótko i oboje zabrali się do konsumpcji przyniesionego im właśnie drugiego dania.

Nencki szanował panią Zofię, a w tym uszanowaniu skierowanym wobec prześwietnej pani profesor od literatury rodzimej tkwiło także wspomnienie z lat młodzieńczych o jego nauczycielce, również pani Zofii, która nie dość, że specjalistką była nieocenioną jako nauczycielka polskiego, to przy tym wykazywała się zegarmistrzowską punktualnością i oddaniem dla powierzanych jej zajęć. I oto zdarzyło się pewnego razu, że klasa trzecia b, nie mogła się doczekać zajęć z panią profesor. Przepadło pięć minut, dziesięć, akademicki kwadrans, i w końcu otwierają się drzwi do klasy; staje w nich pani Zofia, z krótkim oddechem, ze zmęczoną, różową twarzą, zmieszana bardzo. Przebiega wręcz odcinek drogi pomiędzy drzwiami a biurkiem stojącym na podwyższeniu przy oknie, z nieodłączną torbą, w której nosi uczniowskie zeszyty, własne książki, podręczniki i notatki skrupulatnie zapisywane w grubych zeszytach. Po złapaniu oddechu, nie siadając, wspiera się dłońmi o brązowy blat biurka i zabiera głos.

- Ja was bardzo przepraszam, ale zmuszona byłam skorzystać z zaproszenia do urzędu, stąd moje spóźnienie. Mówię wam, że ten czas spędzony w urzędzie miejskim jest dla mnie czasem straconym, bo zamiast odbyć z wami normalną lekcję, musiałam słuchać tych... jużnawet nie chcę poruszać tego żenującego tematu, jaki tam przedstawiono... a na dodatek w tym pomieszczeniu, gdzie nas usadzono, panował niemiłosierny chłód, a ja... ja niepotrzebnie zostawiłam płaszcz w szatni, a ta pogoda, jak dobrze wiecie, jest fatalna... .

Nencki przypomina sobie doskonale to przepraszające przemówienie jego nauczycielki. Słuchał jej z podziwem.

A kiedy skończyli jeść drugie danie, Nencki rzucił w stronę pani Zofii takie oto spostrzeżenie:

- Jak to dobrze, pani Zofio, że pogoda nam się poprawiła.

Pani profesor uśmiechnęła się, lecz jednocześnie była zaskoczona tym stwierdzeniem Nenckiego, że pojawiło się ono akurat teraz.

(...)



[napisane także z inspiracji: Stefan Żeromski - "Siłaczka"; poniżej fragment.

"— Ta nauczycielka dawno tu u was we wsi siedzi?... — zagadnął doktor Paweł babinę, przytuloną do komina.

— Trzy zimy!... Jakoś bodaj.

— Trzy zimy. Nikt tu z nią nie mieszkał?

— A któż ta miał... ja jeno. Przygarnęło mię chudziątko... służby, powiada, już nie znajdziecie, babko, a u mnie ta roboty niewiele... aby ta, aby... Teraz masz: com sobie obiecywała, że mi trumnę sprawi, to ja... módl się za nami grzesznymi...

Zaczęła niespodziewanie szeptać modlitwę, odcinając wyraz od wyrazu i poruszając wargami jak wielbłąd. Głowa jej się trzęsła, zmarszczkami wlewały się łzy do ust bezzębnych.

— Dobra była...

„Babka” zaczęła chlipać śmiesznie i machać rękami, jakby pragnęła od siebie doktora odegnać.

Wszedł do pokoju i zaczął na palcach chodzić po swojemu, dokoła... chodził, chodził...

Zatrzymywał się od czasu do czasu przy łóżku i z gniewem, od którego bielały mu wargi i wyszczerzyły się zęby, mówił do chorej:

— Niemądra byłaś! Tak żyć nie tylko nie można, ale i nie warto. Z życia nie zrobisz jakiegoś jednego spełnienia obowiązku: zjedzą cię idioci, odprowadzą na powrozie do stada, a jeśli się im oprzesz w imię swych głupich złudzeń, to cię śmierć zabije najpierwszą, boś za piękna, zbyt ukochana... "


[02.05.2021, Toruń]

28 kwietnia 2021

MAŁE IMPROWIZACJE (12) LEKCJA MALARSTWA

 

  • Józef Mehoffer - "Ogród magiczny"

    Zaryzykował i z samego rana poszedł do gabinetu Nenckiego.

- Panie dyrektorze kochany, tak śliczny dzień się zapowiada. Chciałbym z drugą klasą spędzić go w ogrodzie. Zabiorę dwie godziny rodzimemu językowi i fizyce.

- Czy był pan u wykładowców? Pytał o zgodę?

        W szkole panował zwyczaj uzgadniania niektórych spraw przed tym, jak znajdą one swoje rozstrzygnięcie w gabinecie Nenckiego. Zazwyczaj uzgodnione postanowienia spotykały się z akceptacją dyrektora, aczkolwiek w tym konkretnym przypadku należało jeszcze znaleźć odpowiedni termin dla zajęć z przedmiotów, które utraciły pierwszeństwo na rzecz sztuki.

- Oczywiście. Uzgodniliśmy, kiedy mam oddać te dwie godziny.

    Tu wręczył Nenckiemu kartkę z informacją o zamianie zajęć napisaną przez znanego z umiejętności kaligraficznego pisania, pana profesora Małeckiego.



  • Stanisław Masłowski - "Ule"

- Przyjmuję. Ale niech mi pan powie, panie Hopfer, co powodowało panem, aby ten akurat dzień poświęcić malarstwu, a do tego udać się do ogrodu, kiedy jeszcze nie poczyniono w nim należytych wiosennych prac porządkowych? Gdyby zgłosił pan chęć pójścia z młodzieżą do ogrodu, uprzedziłbym pański zamiar, wysyłając tam wcześniej młodzież pod okiem pracowników szkolnych, aby zaprowadzili porządek... pan rozumie, kwietniowa aura nie była nam przychylna, te deszcze spowodowały liczne podtopienia i dopiero teraz można suchą stopą przejść po ogrodowych alejkach. 




  • Jan Stanisławski - "Ule"

    Renoir - takiego przydomka doczekał się artysta malarz Hopfer wysłuchał jeszcze kilkunastu zdań dyrektora, a w międzyczasie sekretarz szkoły przyniosła filiżanki z kawą; wysłuchał i po pierwszym łyku zdobył się na odpowiedź:

- Panie dyrektorze kochany, chyba nie ma można wybrać lepszej pory dnia nad tą, jaką jest samo południe, rozumie pan, gdy słońce niemal w zenicie... tyle światła... ile światło znaczy dla malarza, nie tylko każdy pejzażysta wie... poczynają kwitnąć pierwsze wiśnie, nie mówiąc już o żółtym dywanie mniszka, o stokrotkach zazdroszczących słońcu promieni, stokrotek rozsiadłych wokół silnych pni jabłoni i grusz... pamięta pan? Na skraju ogrodu w zeszłym roku rozsypano... mówiło się przez nieuwagę, ziarna rzepaku, gołębie nie zdołały ich wyzbierać, więc dzisiaj, widziałem, szedłem nieopodal, żółci się nasz rzepak kochany... . A w żadnym wypadku niechże nie porządkuje pan ogrodu właśnie teraz, kiedy barw tyle, wszelkiego kwiecia dostatek.



  • Julian Fałat - "Nieśwież"

    Tuż przed dwunastą rozpoczęła się "sztuka w ogrodzie". Przyniesiono sztalugi, palety, pędzle, farby olejne i akwarelowe, szkicowniki, kredy i węgle, tudzież stoliki i siedliska, także koce. Zabrano się do dzieł tworzenia i chociaż wcale nie tak mała grupa młodzież do talentu artystycznego się nie przyznawała, Renoir uspokajał, doradzał, podpowiadał i wpadał w zachwyt nad każdym pociągnięciem pędzla.



  • Leon Wyczółkowski - "Rybacy" lub "Połów raków"

    Nareszcie i polonistka pani Zofia wpłynęła do ogrodu jakby była nimfą z pobliskiego wodnego oczka, jeziorka, z którego szczyciła się szkoła, jeziorka, w którym, jak powszechnie wiadomo, pluskają się właśnie nimfy.

    Czy pani Zofia była jedną z nich, odgadnąć trudno - teraz skupiała całą swoją uwagę na warsztatach malarskich, a pan Hopfer ujrzawszy panią profesor za sobą, na chwilę odszedł od swych podopiecznych i wszczął z panią Zofią rozmowę na temat sztuk wszelakich.


[28.04.2021, Toruń]

19 kwietnia 2021

MAŁE IMPROWIZACJE (8) BYLE CO. PRZYSZLI ODWIEDZIĆ POETĘ.

 

Ten poeta powiedział:

słyszę

jak byle kto mówi byle co

do byle kogo

bylejakość ogarnia masy i elity

ale to dopiero początek”

      Poeci z reguły wiedzą naprzód. Ten do nich należy. Niestety po tym początku życie poszło dalej, a ten mój poeta przewraca się w grobie. Przewróci się też i po tym, jak odczyta moje słowa, choć nie są te słowa „dosłownie” moje, ja tylko je wypowiadam uderzając w klawisze komputera, wypowiadam je po innych.

       Widzę w tej małej improwizacji panią Zofię, która w swoim podziemnym pokoiku urządzonym tak, że wokół same książki, nie może zrozumieć tej Bylejakości. Ona nawet nie przypuszczała, że po Wielkiej Zmianie taka Bylejakość ogarnie masy i elity, że w tym swoim podziemiu będzie musiała podjąć decyzję o zrobieniu zwarcia w lampowym telewizorze, który dzieliła z mężem inżynierem.

        Pani Zofia już od dłuższego czasu nie może spać i przewraca się z boku na bok, i nie jest to efektem tego, że czyta po nocach – to skutek tej Bylejakości.

  • Malwina Janowska (rys. Bronisława Rychter-Janowska, córka Malwiny)

      W zeszłym tygodniu przyszedłem zobaczyć panią Zofię. Dawno u niej nie byłem. Pani Zofia nie jest sama w swym podziemnym mieszkanku. Dzieli je z mężem, którego tak jak i jej nie ma na moim świecie. Mąż jest akurat nieobecny, więc jestem sam na sam z panią Zofią. Kiedy informuję ją o Początku, zakrywa twarz, a dzieje się to zaraz po tym, jak przyniosła mi do wypicia herbatę; słone albo słodkie paluszki i herbatniki są w szklanym naczyniu stojącym na stoliku obok szklanek z herbatą. Pijąc czarną herbatę, rozmawiamy o jej i moim życiu. Ona jest już w środku, kiedy ja jestem wciąż niezasłużenie na wierzchu, bo tak zechciał los. Współczuje mi, że muszę to ciągnąć; ona jest zbyt mądra i uczciwa, i na pewno nie potrafiłaby trwać na powierzchni życia tak jak ja. Pani Zofia miała szczęście. Przyznaje, że zmieniła się z Gustawa w Konrada dawno temu, kiedy wiedziano, kim byli ci młodzieńcy. A ja wiem, że ona pozmieniała bardzo wielu takich Gustawów w niezliczonych Konradów, i mnie też zmieniła, bo miała taką siłę sprawczą. W końcu pani Zofia nie jest i nigdy nie była Byle Jaka i, jak sądzę, do Byle Jakich nie przemawiała. Dzisiaj właściwie nie robi prawie Nic, poza niezbędną do życia herbatą i czytaniem książek, które ma wokół siebie. Kibicuję jej Nicnierobieniu. Dojrzała do tej pracy. Lubiłem ją wtedy, gdy robiła Coś i lubię ją teraz, kiedy robi Nic.

     Zastanawiam się nad tym, co by tu zrobić, kiedy odwiedzę panią Zofię następnym razem. Będę chyba musiał okłamać ją i powiedzieć, że ten mój poeta pomylił się w prognozie i nikt Byle Jaki nie mówi Byle Co do Byle Jakiego.

A wszystko z inspiracji wiersza Tadeusza Różewicza...


Przyszli żeby zobaczyć poetę


Przyszli żeby zobaczyć poetę

i co zobaczyli?


zobaczyli człowieka

siedzącego na krześle

który zakrył twarz


a po chwili powiedział

szkoda że nie przyszliście

do mnie przed dwudziestu laty


wtedy jeden z młodzieńców

odpowiedział

nie było nas jeszcze

na świecie


przyglądałem się

czterem twarzom

odbitym w zamglonym lustrze

mojego życia

usłyszałem

z bardzo daleka

ich głosy czyste i mocne


nad czym pan teraz pracuje

co pan robi


odpowiedziałem

nic nie robię

dojrzewałem przez pięćdziesiąt lat

do tego trudnego zadania

kiedy "nic nie robię" robię NIC


usłyszałem śmiech

kiedy nic nie robię

jestem w środku

widzę wyraźnie tych

co wybrali działanie


widzę byle jakie działanie

przed byle jakim myśleniem


byle jaki Gustaw

przemienia się

w byle jakiego Konrada


byle jaki felietonista

w byle jakiego moralistę


słyszę

jak byle kto mówi byle co

do byle kogo


bylejakość ogarnia masy i elity


ale to dopiero początek



[19.04.2021, Toruń]