Petrus Christus - Portret młodej kobiety

Petrus Christus  -  Portret młodej kobiety

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

17 stycznia 2022

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 34. ZACNY OBYWATEL MIASTECZKA


„Kiedy praca dnia jest skończona” 
fotografia Henry'ego Peacha Robinsona z 1877 roku



ROZDZIAŁ 34. ZACNY OBYWATEL MIASTECZKA

(w którym dowiemy się o szalenie miłym geście, jaki pragnie wprowadzić w życie zacny obywatel miasteczka; w tymże rozdziale dowiemy się też, gdzież się podziały panie naszych bohaterów )


Dni kurczyły się jakby flanelową koszulę wyprać w gorącej wodzie, a jeszcze te mgły przeplatane z deszczem, ten wiatr hulający po alejkach i placach, po wąskich uliczkach i parku, ten wczesnoporanny wilgotny zaduch, to wszystko wzięte razem i z osobna nie cieszyło nikogo, nawet tych, którzy przez dziesiątki jesiennych dni i nocy przebrnęli i na swój sposób tę porę roku ukochali. Bezsłoneczny smutek ogarnął obywateli miasteczka, a i w kawiarence czuć było tę depresyjną niemoc aż do chwili, kiedy redaktor Pokorski z radosną nowiną przybył i do stolika, przy którym popijał kawę mecenas Szydełko, przysiadł się, aby porozmawiać.

- Mecenasie, dzisiaj rano do mojego redakcyjnego pokoju przybył bardzo porządny obywatel naszego miasta z wielce czcigodną propozycją - powiedział na wstępie.

- Panie redaktorze, jest u nas w miasteczku całkiem spora grupa przyzwoitych ludzie, więc nie jestem tak bardzo zdziwiony, że czytając pisemko, które nareszcie zajęło się ludzkimi sprawami, człowiek ten wyszedł panu na spotkanie - rozwijał swoją myśl pan mecenas, lecz miał przecież prawo dopytać się także o szczegóły.

- Panie mecenasie, jest pan bardzo zaangażowany w prace na rzecz najbiedniejszych. Zaczęło się od tej pomocy prawnej ludziom wyrzucanym na bruk, której podjął się pan w tym swoim adwokackim stowarzyszeniu. Następnie z siostrami zakonnymi organizujesz pan pomoc rzeczową dla tych obywateli miasteczka, którym najmniej się powiodło. Przy okazji i mnie pan pomógł, kiedy z redakcji poprzedniego dziennika mnie wyrzucono …

- … zostawmy to, redaktorze. Potrzebuję konkretów - dopominał się mecenas Szydełko, przerywając wywód pana redaktora.

- Mecenasie, rzecz w tym, że ten przyzwoity obywatel, w starszym wieku, posiada sporą kamieniczkę, dobrze utrzymaną, w niej siedem pokoi, wprost do zamieszkania… ten obywatel z wielką ochotą odda te pokoje na szlachetny cel. Bardzo to nietypowe, prawda? Ale cóż, tak bywa. Człowiek samotny, lecz w pełni władz umysłowych, a zatem ma prawo decydować o swoim majątku. Onegdaj miał całkiem sporą rodzinę, a po śmierci żony dwoje dzieci wyniosły się za granicę i to bardzo daleko, do Australii.

- I nie chce ich sprzedać, wynająć i czerpać z tego zysk?

- Otóż i nie chce i nie może. Pokoje wprawdzie dobrze są utrzymane, ale wymagają napraw, to raz; po drugie, na inwestycje takowe nasz obywatel środków nie ma; po trzecie, zgłosił się z propozycją do magistratu, lecz kiedy wspomniał o dofinansowaniu remontu urzędnicy powiedzieli mu, że, a jakże, pamiętać będą i gdyby, co nie daj Boże, zdarzyła się jakaś katastrofa budowlana wymagająca zakwaterowania, to będą mieli na uwadze…

- Dziwne, że do urzędu poszedł - wtrącił pan mecenas - toż nie wiedział, że tam zanim co postanowią, to zatańczą z nim takiego oberka, że ledwo na nogach się utrzyma?

- Też tak i ja mówiłem… po czwarte to już podjął decyzję, aby pokoje oddać bezdomnym, albo takim, którzy nie mają się gdzie podziać. I u sióstr zakonnych był, a one go do mnie skierowały, a ja z kolei do pana zachodzę.

Ożywił się pan mecenas i wcale nie dlatego, że poczuł się wywyższony końcową decyzja pana redaktora, ale najlepiej chyba z kawiarenkowych przyjaciół znał biedę, która przydarza się mieszkańcom miasteczka, naciągał co zamożniejszych na datki, w gazetce rozgłaszał i przyjaciołom w kawiarence.

- W samą porę pan trafił do mnie, redaktorze. Jeśli będzie pan tak łaskaw, jeszcze jutro spotkałbym się z tym zacnym obywatelem, a z siostrzyczkami przedyskutujemy, kogo temu panu dokwaterować. Bo najważniejsze to mieć dach nad głową, prawda?

- W rzeczy samej, mecenasie - przytaknął redaktor Pokorski.

- Jak znam życie, to tego czcigodnego obywatela nie stać będzie na utrzymanie potrzebujących, bo przecież samo posiadanie dachu nad głową to nie wszystko.

- Ma pan rację, mecenasie. Jestem gotów po raz kolejny dać ogłoszenie i jestem pewien, że spotka się ono z odzewem na jaki liczymy.

- W to akurat nie wątpię. W samą porę, w samą porę… zima przed nami.

- Podobno śnieżna bardzo ma być w tym roku…

- Jaka by nie była, dla kilku, kilkunastu osób, znośniejsza będzie, panie redaktorze.

Zamówili po kawie i ciasteczkach, gdy wszedł pan radca z doktorem Koteńko. Natychmiast się do panów redaktora i mecenasa dosiedli. Pan radca oczywiście zażyczył sobie kawy, a pan doktor herbaty z cytryną. 

Popijając w najlepsze gorący napój z nowo przybyłymi przyjaciółmi pan mecenas z redaktorem całą sprawę detalicznie przedstawili.

- I bardzo dobrze, panowie - rzekł radca Krach - gdybym nie był szoferem dzisiejszego wieczoru, wznieślibyśmy toast za tego obywatela, bo takich nam w miasteczku potrzeba.

- Oj, potrzeba - westchnął doktor Koteńko - ja znam takie rodziny, które bardzo źle przędą, oj źle.

- I dlatego trzeba ludziom pomagać - stwierdził pan radca - jak to napisał w „Naszym Głosie” nasz redaktor Kawiarennik… „jak można cieszyć się każdym dniem przechodząc obok czyjegoś nieszczęścia?”

- No, nie można - usłyszeli nad sobą głos pana Adama, który wniósł tacę z kawami, herbatą i ciasteczkowym drobiazgiem.

- A pan Adam z daleka a słyszy - roześmiał się radca Krach.

- I oczy i uszy trzeba mieć otwarte w dzisiejszych czasach - stwierdził filozoficznie kawiarennik i przysiadł się do przyjaciół - a pan redaktor ma głos tak donośny, więc nie dziwne, że usłyszałem.

- A we mgle głos się niesie, oj niesie - przypomniał pan radca - no niech pan Koteńko, z którym przyjechałem tutaj, powie, cóż to za mgła rzuciła nasze miasteczko na kolana!

- Chorzy na serce podczas mgły źle się mają - zauważył pan doktor.

- A mnie się widzi, że jutro troszkę słońca obaczym - zawyrokował pan redaktor.

- Trzymam pana za słowo - wyrzekł poważnie pan radca.

I tak słowo za słowem ciągnęła się długą nicią kolejna kawiarenkowa rozmowa, podczas której stopniowo przepadała ta melancholijna słota, w jakiej kąpało się towarzystwo przyjaciół.

A kiedy dobijała się do głosu godzina dwudziesta, pan radca, ni z tego, ni z tamtego zapytał:

- A szanownej małżonki Marysi nie ma w domu? 

- A nie ma, przyjacielu. Niebawem wrócić powinna.

Pan mecenas Szydełko ożywił się po raz nie wiadomo już który.

- Moja żona z kolei zmówiła się z panią inżynierową, żoną pana redaktora - mecenas łypnął wzrokiem w stronę Pokorskiego - z panią Zosią… że na jaką wycieczkę się wybierają.

- A ja - uśmiechnął się pan Adam - widziałem swoją żonę Marię, wsiadającą do auta pana żony - tu kawiarennik powłóczył ciętym spojrzeniem w stronę mecenasa.

- Ha, panowie, to wy nie wiecie wszystkiego. Ja swoją żonę bezpiecznie odwiozłem do leśnego domku, gdzie Anna z Wołodią pomieszkuje, a kiedy zajechałem, to na miejscu była już Ciżemkowska Joanna.

- To już nie pierwszy raz, kiedy nasze połowice bez naszej wiedzy z sobą flirtują - odezwał się pan mecenas.

- Nie po raz pierwszy - potwierdził doktor Koteńko.

- Zatem drogi panie Adamie - odezwał się do kawiarennika radca Krach - wyklucz pan ze swojego leksykonu słowo „niebawem”, bo myślę, że nasze panie, zważ pan, że to sobota, przed północą do domowych pieleszy nie powrócą - słowom tym, rzecz jasna, towarzyszył na twarzy pana radcy soczysty uśmiech - otóż wiedzcie, panowie, że Anna zaprosiła wszystkie panie do swojej posiadłości na babskie pogaduchy.

- A cóż na to Wołodia? - śmiało zapytał właściciel kawiarenki.

- Wołodia? No cóż… - pan radca bardziej niż głęboko się zastanowił - Wołodia to bardzo dzielny i cierpliwy młodzieniec.

Wszyscy przyjaciele okazali Wołodii swoje współczucie radosnym uśmiechem, a kiedy ten zsunął się z ich twarzy, pan doktor Koteńko przemówił do pana Adama:

- A czy w związku z tym, że moja Zosieńka spodziewana jest dopiero późną nocą, mogę zamówić kawusię z dużą bezą?

/pisane w 2015 roku w Bergamo we Włoszech/


[17.01.2022, Toruń]


2 komentarze:

  1. No proszę- to wczasie swojej pracy-podróży też pisałeś....
    Moje uznanie.
    Tylko bardzo utalentowani piszą zawsze i wszędzie.
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Zacznę od drugiego... ja się tylko staram... właściwie 90 procent tekstów "kawiarenki" pisałem za granicą. Teraz delikatnie je przeredagowuję, choć bywają takie "odcinki", w których nie zmieniam prawie nic.

      Usuń