Johannes Vermeer - Dziewczyna z perłą

Johannes Vermeer  -  Dziewczyna z perłą

CHMURKA I WICHEREK

...życie tutaj jest także fikcją, choć nie zawsze...

Down with the fascists Trump and Netanyahu!

10 listopada 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (565) SERDECZNIE DOŚĆ.

 

Francisco Goya ( 1746 -1828)
"Dwoje starców jedzących zupę / Napar z czarownicą"


565.

    Przyznać muszę, że mam serdecznie dość polityki, tych gadających głów, tych wojowniczo nastawionych do życia postaci, które, gdy na nie popatrzysz, nawet nie słuchasz a popatrzysz, już wiesz, że inteligencja jest im obca. I wszystko dałoby się się przeżyć, gdybym miał do czynienia z jakimś show typ "Ukryta prawda" czy inny tego typu beznadziejny komiks, ale to jest nasza rzeczywistość, to są nasi rządzący, którzy zachowują się tak, jakby słuchający ich ludzie po tej stronie płaskiego ekranu bawili się podobnie jak politycy pisu w piaskownicy.

    Wkurzam się nawet na TVN24 (pisowska telewizja informacyjna już od dawna dla mnie nie istnieje), które zaprasza do swych programów takie intelektualne, prawicowe zera, że Panie Boże zlituj się. Przecież wystarczy sama zapowiedź, kto w takim czy w owakim programie wystąpi, aby wiedzieć, co powie - niespodzianki wykluczone.

    A tak w ogóle to wkurzony jestem także na wszystkie media, dosłownie wszystkie, łącznie z internetowymi, że np. w tej kwestii "wojny na granicy z Białorusią i emigrantami" nie podają ani jednej informacji jako źródła z tamtej strony granicy. Przekaz jest tak jednostronny jak marynarka od garnituru, której nie da się wywrócić na lewą stronę, udając się na audiencję u ministra od spraw wewnętrznych.

    Dostaję odruchu wymiotnego, gdy słyszę infantylne wypowiedzi prezydenta pisowskiej większości, kłamstwa premiera czy nawet samą twarz lub plecy wicemarszałka (czy mogę dla równowagi nazywać go kretynem?). A kiedy widzę w internecie udostępnione wpisy na twitterze pawłowiczowej, to zastanawiam się, kto był promotorem jej pracy licencjackiej czy magisterskiej, bo nie mogę uwierzyć, jak można posiąść wyższe wykształcenie z tak fatalną znajomością języka ojczystego. Zastanawiam się nad tym, jak chronić nasze dzieci i młodzież przed tak skandalicznym nieuctwem pani sędziny - przecież wiadomo, że uczestnikami internetowej sieci są dzieci uczone w szkole poprawnej polszczyzny, a tu masz... nie sposób ich uchronić przed grasującą w Internecie kobietą podłych językowych obyczajów.

    Święto niepodległości przed nami i dlatego z ulic stolicy będących trasą marszu faszystów wspieranego przez rząd pisowski należy usunąć ławki i kosze na śmieci, które mogłyby posłużyć patriotom bąkiewicza do wyrażenia radości z niepodległości... pisowska Polska to jednak ciekawy kraj.


[10.11.2021, Toruń]

W STRUMIENIU ŚWIADOMOŚCI. PO MROŹNEJ NOCY

 


Mirosław Szeib - "Jesień nad jeziorem"
źródło:  https://szeib.pl/en/?go=galeria_obrazow&gid=10&pg=2


    Po mroźnej nocy, przed siódmą rano. Dostałem się do facebookowej grupy osób lubiących muzykę Gustawa Mahlera i akurat słucham jego fantastycznego "Marsza pogrzebowego" z I symfonii, ale o tym utworze napiszę jeszcze w oddzielnym poście, bo przecież kawiarenka nie może istnieć bez tej muzyki.

    Przypomniał mi się obrazek z dzieciństwa: bardzo uboga rodzina, czwórka dzieci, ojciec rodziny pracuje, matka dorywczo, zarobki mierne, nie starcza do pierwszego, wszyscy pracowici, jakieś kury, kaczki, owce, ogródek, wyjazdy na grzyby, po rzęsę dla kaczek, a pod nosem staw zarybiony, chłopaki z wędziskami, wyciągają z niego małe bączki, będzie w domu uczta, matka rozpruje brzuchy, może nawet odkroi główki, potem do maszynki do mięsa, przekręci te drobniutkie tusze, doda tartej bułki, cebulki, pietruszki, wszyscy zjedzą z ochotą, nie będą głodni, częstują mnie - smaczne, a więc nie tylko pajda chleba posmarowana smalcem, także ryby, a potem tłuszcz ze smażenia też można wykorzystać, pociągnąć nim dużą kromkę chleba, takiego dawniejszego, okrągłego, z lokalnej piekarni, oczywiście chleb też trzeba oszczędzać - na szczęście w tamtych czasach nie był drogi, nie wszystko wtedy było jak należy, ale chleb był, i do tego tani, to chyba dobrze.

    Jestem w tych latach i w tej rzeczywistości, że cieszyć mnie może to, co było, i cieszę się, że jeszcze pamięć mnie nie zawodzi, oby tak było do śmierci. Kto nie lubi się cieszyć, prawda? Nie należę do wyjątków.

    I tak mija cały słoneczny, podszyty mroźnym wiatrem dzień. Robię sobie dwie czterdziestominutowe przerwy na sen pomiędzy tym, co nazywam pracą i już jestem w dniu następnym, znów noc z bolącą nogą, ale to nic, bo łykam pastylki, i wcale nie mam zamiaru narzekać na tę nogę, pal ją sześć, bez nogio też się można obejść.

    Chleb był tani, i dobrze, i gazety, czasopisma były tanie, więc się czytało do woli, a dla każdego było jakieś pismo, ojciec czytał przed albo tuż po obiedzie, a jak nie było nic wielkiego do roboty, szykował swój sprzęt wędkarski i szedł na ryby, a właściwie to szedł odpocząć, czy może inaczej - odetchnąć, bo jak każdy człowiek na ziemi miał swoje gorsze dni i nad wodą spędzał je najmilej., mawiał, że nad wodą najlepiej mu się odpoczywa i że wcale nie chodzi mu o te ryby, ryby nie są najważniejsze. Kiedy dorobił się radyjka na baterie, brał ten tranzystor i czasami słuchał wiadomości. Przybiegałem czasem do niego i dzisiaj żałuję, że nie pozostawałem z nim dłużej, ale tak to już jest, kiedy jest się szczeniakiem - w głowie byle co, piłka, zabawy na podwórku pod trzepakiem, ale też czytanie książek, odrabianie pracy domowej, a kiedy ojciec wracał z łowów, słońce kryło się za wierzbami. Jeśli połów się udał, ojciec brał się za obieranie ryb; kiedy nic nie złowił, matka podziwiała jego opaleniznę: 

 - Jak to jest, ty się nigdy nie opalasz, a jesteś opalony; ja z kolei opalam się, a po mnie nie widać.

- Oj, tam, bo aby się opalić, trzeba być w ruchu albo w ogóle nie zastanawiać się nad tym, czy człowiek się opala, czy nie.

    O ile czas na to pozwoli, wydobędę z pamięci wiele takich obrazków z przeszłości, która jest moim utrapieniem, bo nie mogę jej wskrzesić.


[10.11.2021, Toruń]


08 listopada 2021

SZTUKA - AUGUSTE RENOIR - IMPRESJONISTA - CAGNES SUR MER

 


Będzie to krótka opowieść o miasteczku Cagnes-sur-Mer leżącym w Alpach Prowansalskich nad brzegiem Morza Śródziemnego oraz o bardzo ważnej postaci francuskiej i światowego malarstwa, Auguście Renoir.
    Powyżej fragment starego miasta - zdjęcie z zamierzchłej epoki - oddające klimat miejscowości położonych na tak zwanym Wybrzeżu Lazurowym we Francji. Te miejscowości, większe lub mniejsze to, idąc od południa Saint-Tropez, Sainte-Maxime, Frejus, Saint-Raphael, Mandelieu-la-Napoule, Cannes, Grasse (położone nieco wyżej, nie nad samym morzem), Antibes, Cagnes-sur-Mer, a dalej jest już wielkie, choć bardzo urokliwe miasto Nicea.
    Wiele razy przejeżdżałem przez te miasteczka, czasami zatrzymywałem się, chociaż miejsc parkingowych jak na lekarstwo, podziwiając szczególnie piękny, nadmorski, ale i górski krajobraz, w który wpisane zostały te prowansalskie miasteczka. Przyznać muszę, że irytowała mnie nieco to skomasowanie poszczególnych uliczek i posiadłości wokół tychże miasteczek, a wręcz nie podobało mi się to, że wokół tych starych, niezwykle atrakcyjnych turystycznie miasteczek osiadła francuska i nie tylko klasa wyższa, której przedstawiciele - ludzie nauki, sztuki, aktorzy i celebryci, odgrodzili się od świata wysokimi ogrodzeniami, aby nie kusić przypadkowych turystów swym bogactwem. Z drugiej jednak strony nie sposób nie docenić tych urokliwych pejzaży - wymarzonych dla takich obywateli świata jakimi są malarze.



    Jednym z nich był  Auguste Renoir, Pierre-Auguste Renoir (ur. 25 lutego 1841 w Limoges, zm. 3 grudnia 1919 w Cagnes-sur-Mer) – francuski malarz i rzeźbiarz. Współtwórca i jeden z czołowych przedstawicieli impresjonizmu, który osiedlił się bodajże w 1907 roku właśnie w Cagnes-sur-Mer






    Obecnie w Cagnes-sur-Mer znajduje się muzeum tego wybitnego malarza. Auguste Renoir, który przybył w te strony dla "zdrowotności" wykorzystywał dany mu od losu czas na malowanie obrazów wykorzystujących urodę tych terenów leżących pomiędzy Morze Śródziemnym a Alpami Prowansalskimi.
    Nie ma ty typowych dla naszego kraju lasów - raczej natura ma na tych szerokościach geograficznych charakter sawannowy - mało drzew, więcej łąk, kotlin i niskich krzewów. W podobnym miejscu, które widnieje na zamieszczonym poniżej obrazie przepędziłem noc w aucie z tej racji, że nie dane mi było znaleźć wolnego miejsca na parkingu.




    W obrazach malowanych w okolicach Cagnes-sur-Mer przez sędziwego już Renoira dominują wszystkie chyba odcienie brązu i żółci. Nie jest to jednak wymysł czy jakieś szczególne upodobanie malarza do tych kolorów, ale rzeczywistość. Lata są tutaj suche, więc oprócz drzewostanu iglastego dominują tu, zwłaszcza na terenach położonych w pewnej odległości od morza, takie właśnie kolory, jak ma to miejsce na obrazie przedstawionym poniżej.




    Jednakowoż nie należy zapominać, że jesteśmy na Lazurowym Wybrzeżu, stąd daje się zauważyć obecność specyficznego błękitu na obrazie zamieszczonym poniżej. W tym miejscu muszę dodać, że obrazy impresjonistów, a do tego nurtu należał Renoir, należy oglądać z pewnej odległości.




    W samym Cagnes-sur-Mer, tak jak i w wielu innych nadmorskich  miasteczkach zabudowa ma charakter tarasowy, co przedstawia reprodukcja kolejnego obrazu mistrza Renoira. Nota bene, sporo sił kosztuje nas wspinaczka wąskimi najczęściej uliczkami, gdy chcemy przedostać się z dolnej części miasta do tej górnej, skąd zwykle rozpościera się wspaniały widok na morze.




    Na zakończenie - dla tych, którzy w listopadowe wczesne wieczory chcieliby choćby na chwile przespacerować się po uliczkach urokliwego Cagnes-sur-Mer, znaleziony w Internecie filmik.





[08.11.2021, Toruń]

07 listopada 2021

KAWIARENKA. ROZDZIAŁ 24. RYBOBRANIE,

 


lin


ROZDZIAŁ 24. RYBOBRANIE

(w którym poznajemy jedną z pasji pana Radcy Kracha, do której przyłączył się Stary Pisarz oraz dowiadujemy się o nowym zakupie, na jaki skusił się... będzie też o czytaniu listu)

Pod wieczór się miało, kiedy Stary Pisarz dobrnął wreszcie do zakola rzeczki, nad którą z cierpliwością godną pierwszej strony „Naszego Głosu” radca Krach uczestniczył w rybobraniu.

- A przynajmniej są tu jakie ryby? - zapytał radcy, siadając na zwiniętym na pół kocu, przy którym w błyszczącym niklowym blaskiem wiaderku pluskały niewielkie okonki i kiełbie.

- Przyjacielu - ozwał się pan radca - ten niemrawy potoczek, gdybyś podążył nim nieco w górę, pod lasek, łączy się z naszą lokalną rzeczką, wzburzoną po ostatnim oberwaniu się chmury. Muszę ci powiedzieć, że w okolicznościach nagłego wody przyboru nawet tak szlachetna ryba jak szczupak tumanieje i chcąc uniknąć silnych wirów, rozpływa się w okolicznych kanałach i zagłębieniach, które teraz są wodnym szlakiem, jutro zaś pozostaną strumykiem niewielkim, skąd ryba powrotu do głównego koryta rzeki nie będzie miała. Nie opowiadano ci, jak miejscowi ludzie wyłapują szczuki własnymi rękami, gdy wielka woda już zeszła? Tak, przyjacielu, poluję tutaj na szczupaki, rybę szlachetnie urodzoną i wiem, że moja cierpliwość okaże mi w końcu szacunek.

- Tymczasem spławik ani drgnie - uśmiechnął się Stary Pisarz.

- Nawet jeśli nie drży, to bawię się doskonale. Obejrzałeś ciżemkowskie gospodarstwo Piotra i Joanny?

Stary pisarz, który jeszcze nie pozbył się zapachu przedniego, tłustego, koziego sera, jakim był poczęstowany, nie oprzytomniał po konnej przejażdżce na lonży pod troskliwym okiem Joanny, który nie otrząsnął się jeszcze z apetycznego smaku jajecznicy spożytej z przaśnym, suto pociągniętym masłem chlebem, w nastroju był znakomitym i jednego, czego żałował, to tego, iż tak późno się zdecydował na złożenie wizyty ciżemkowskim osadnikom. W rzeczy samej dziwił się również temu, że mieszkając tyle długich lat w miasteczku, nigdy w dobrach ciżemkowskich nie bywał, gdzie, jak umyślił sobie wyrazić, jego „prozatorski zapał i natchnienie cudownie wznoszą się na skrzydłach Pegaza”.

- Obejrzałem, mój drogi radco, i jestem pod wyśmienitym wrażeniem i miejsca, i gospodarzy. Nie dziwię się też pana śmiałej decyzji o osiedleniu się tuż obok majątku państwa młodych, choć podejrzewam, że pracy na tej działce czeka pana wiele.

- Mój drogi, jeszcze jak tę okolicę oglądałem na prośbę dzisiejszych młodych gospodarzy, zauroczyło mnie to miejsce i stwierdziłem, że i ja osiedliłbym się w nim na stałe. Obejrzałem więc okolice tej starej, zniszczonej przez szmat czasu, zagubionej pod lasem leśniczówki i dowiedziawszy się, że jest do kupienia za znośną cenę z racji zaniedbania, postanowiłem ją nabyć, chociaż ta nowo nabyta posiadłość ma na ten czas charakter jedynie rekreacyjny.

- I chował pan tę rewelację w słodkiej tajemnicy.

- Chowałem, bo nie wiedziałem, co będzie. Żona trochę odradzała, że chałupa zapuszczona i chociaż sąsiedztwo przemiłe, to ileż pracy trzeba by w działkę włożyć, aby na stare lata schronienie dawała. W dodatku ledwie ćwierć hektara nadaje się pod uprawę; reszta - łąki podmokłe, a wyżej świerczki i brzózki oraz piasek; na szczęście las tak blisko. Wcale nie dziwię się małżonce, że pytając" „na co ci ten problem na stare lata?”, przestrzegała mnie, czy aby słusznie postępuję dokonując tego zakupu.

- A wie pan, że i ja chciałbym mieć taki zakątek natury dla siebie? - westchnął Stary Pisarz.

- Tedy gdy już się urządzę, zajeżdżaj do mnie przyjacielu choćby na miesiąc cały.

Stary pisarz wiedział doskonale, że jeśli pan radca coś powie, to mówi to na poważnie i nie jest to rzucanie na wiatr słów byle jakich, a przy tym, jeśli takim, przed chwilą usłyszanym tonem mówi, to brzmi to tak, jakby serce na dłoni podawał. Tym niemniej najsłynniejszego pisarza Różanowa ogarniała wątpliwość, czy pan radca podoła posiadłość swoją do zamieszkania przywrócić.

Radca Krach tak jakby oczekiwał posianych przez swego rozmówcę wątpliwości i natychmiast przystąpił do ich rozwikłania.

- Widzisz, przyjacielu, ja do budowlano-murarskiej roboty nie przywykły i mało się znam na niej, lecz znajduję się w tym sympatycznym położeniu, że z finansami nieźle sobie radzę. Prawda, że w nasze pismo zainwestowałem sporo, lecz dzięki Bogu, nie dokładam teraz, choć przypuszczałem, że dokładać będę. Mam więc jeszcze trochę gotówki i tę leśniczówkę, jak mi Bóg miły, poddam restauracji nie gorszej niż ten remont, którego dopuścili się nasi młodzi sąsiedzi Kosmowscy. Umyśliłem sobie - ciągnął radca Krach, aż tu spławik już nawet nie tylko że zadrżał, lecz na połyskującej karminowym blaskiem wodzie się położył - umyśliłem sobie, że do pracy nad leśniczówką najmę tę nową brygadę, której pomagałem się otworzyć.

- Pięknie to pan umyślił - przyznał Stary Pisarz, nie spuszczając ze spławika oczu - raz, że dla pana to pożytek, bo też nie mają prawa z pana zdzierać; dwa, że dla nowej firmy taki uczciwy i wypłacalny inwestor to niczym wartka woda na młyńskie koło. Coś mi się zdaje, że to lin.

- Już z nimi rozmawiałem. Dogadaliśmy się. To będzie ich pierwsze poważne zlecenie. Plany remontu już się rysują. Lin, mówisz pan, przyjacielu?

- Na pewno lin - upierał się stary pisarz, lecz radca Krach dzierżąc niepewnie w prawej dłoni bambusowe wędzisko, miał zapewne przed oczami nie ten spławik, a ów baśniowy obrazek murowanej chatki, otoczonej świerczynami, pobliskiej drewutni i komory, w której można trzymać siano, albo kurki popasać, czyli pisz - wymaluj, swojej posiadłości po remoncie.

- Jakiż lin, przyjacielu? - zapytał po trwającej jakiś czas chwili pan radca.

- Mówię panu, że to lin - kontynuował Stary Pisarz - tylko lin tak bierze. Chwyta przynętę na haku i nie tak jak okoń czy szczupak zapuszcza się w głębinę, lecz tuż pod powierzchnię wody podpływa, przez co spławik wariuje, łamie się i na płask się kładzie na powierzchni wody jak kawałek rzuconego na wodę patyka.

Na te słowa radca Krach oprzytomniał i zaciął gwałtownie wędziskiem, a czując ciężar na żyłce, westchnął dumnie i głęboko, wzniósł wędkę ku górze, po czym kołowrotkiem ściągał żyłkę, a wtedy to pływające zwierzę poczęło wywijać hołubce w wodzie; ciągnęło chytry hak w stronę kępy tataraku, wiedząc doskonale, że pośród korzeni i łodyg zdradziecką linkę zaplątać łatwiej i w końcu rozwierając szeroko paszczękę można się od haka wyswobodzić, lecz dzielny pan radca tym razem był uważniejszy, robiąc z wędką kilka kroków w stronę, gdzie wodne zielsko nie przeszkadzało połowowi; z werwą odciągnął od tataraku dzielną rybę, która już, już na wierzch wody się dostawała, ale wciąż harcowała zwinnie, krążąc i trzepiąc ogonem, nareszcie walką z przeciwnikiem tak znamienitym strudzona, poddała się bez wahania i po jej wyłowieniu pozwoliła sobie swój pysk krwiożerczy z haka wyswobodzić i chętnie odpoczęła po tym zmaganiu się z człowiekiem, a ten w wiaderku ją umieścił; tamże przebywała już drobnica, na łakomą przynętę dla szczupaków czy węgorzy przygotowana.

- Ale że na rybkę wziął? - zdziwił się Stary Pisarz.

- Przyjacielu, wziął na robaka - uspokoił pisarza pan radca - przez godzinę łowiłem na kiełbika w celu upolowania szczuki i kiedy to nie poskutkowało, założyłem robaczka, no i… proszę, jaki przystojny lin nam się trafił.

Lin na te słowa merdnął ogonem okazale, wzbudzając trwogę wśród dotychczasowych mieszkańców wiaderka.

- Jeszcze taki jeden - ciągnął radca Krach - a będziemy mieli sutą wieczerzę.

Stary pisarz był już nadzwyczaj posilony, więc perspektywa wieczerzy z tłustym linem w roli głównej nie bardzo do gustu mu przypadła, lecz nie śmiał się rozradowanemu radcy sprzeciwić tej perspektywie.

Ten zaś kolejnego robaczka na hak założył i zarzucił.

Czas niepostrzeżenie postarzał się o minut kilkanaście i właśnie wtedy, gdy pierwsze emocje po złowieniu ryby opadły, radca Krach sięgnął do wewnętrznej kieszeni swojej kamizelki, sięgnął i wydobył z niej kremową kopertę, otwartą; znać z tego, że jej zawartość była panu radcy znana. Trzymając w prawicy tę kopertę radca Krach zdawał się być odmieniony. Nie takiego go znano, gdy w kawiarence biesiadował z innymi, gdzie ciętym słowem i humorem rozpędzał ponure chmurzyska nastrojów. Pan radca Krach sprawiał teraz wrażenie rozmarzonego, w zgoła innym przebywając miejscu, niż w kawiarence się ulokował, nie w tej lichej leśniczówce, której czuł się gospodarzem; przebywał cokolwiek dalej… dalej i jednocześnie blisko uczepił się swoich myśli, tak na wyciągnięcie ramion.

- Przyjacielu - wyrzekł ze skupieniem w głosie w tym upojenia stanie - czy chcesz poznać, dlaczego tak pilnie do tej budowy się zabieram, do tego podleśnego domku, gdzie cisza i spokój takie, jakby przez samego Boga, bez ingerencji ludzkiej zostały nam dane? Chcesz poznać? - powtórzył swe pytanie, wiedząc, że bez odpowiedzi je pozostawia.

Wyjął z koperty złożony na czworo plik kartek, zapisanych dużymi literami, wyjął i wręczył Staremu Pisarzowi. Był to list.

- Przeczytaj - nakazał mu.

Stary pisarz podjął to wyzwanie, siadł wygodnie, kartki rozłożył i w milczeniu, do którego przywykał przez lata, rozpoczął czytać.


[06.11.2021, Toruń}


06 listopada 2021

DOBRE KINO LITERATURA - HENRYK CZARNECKI - DALEKO OD SZOSY - PROFESOR NA DRODZE

 

kadr z filmu "Daleko od szosy" - Irena Szewczyk i Krzysztof Stroiński



Kadr z filmu "Profesor na drodze" - Józef Nalberczak




Nasz dzisiejszy bohater - Henryk Czarnecki


    Czy ktoś zna Henryka Czarneckiego urodzonego w Lipnie w roku 1925, a zmarłego w Łodzi w roku 1997? A kiedy wspomnę nazwę całkiem popularnego w latach siedemdziesiątych XX wieku serialu "Daleko od szosy"? A kiedy dorzucę do tego serialu film telewizyjny "Profesor na drodze"?

    Henryk Czarnecki to powieściopisarz, scenarzysta, nauczyciel. Jeśli nawet nie był dobrze znany jako literat, to trzeba przyznać, że ten kultowy serial oraz film telewizyjny przyniosły panu Henrykowi jako scenarzyście sławę, która jednak w głównej mierze przypadła aktorom: Krzysztofowi Stroińskiemu i Irenie Szewczyk ("Daleko od szosy") i Józefowi Nalberczakowi ("Profesor na drodze").

    Nie, nie będę ani streszczał, ani też poddawał recenzji w/w filmów, tak jak też zwyczajowo nie recenzuję w kawiarence tekstów literackich. Jedyne co robię, to odnoszę omawiane teksty do moich osobistych z nimi spotkań i odczuć związanych czy to z lekturą, czy też z obejrzeniem filmu lub spektaklu.

    Henryk Czarnecki był niesłusznie zapomnianym pisarzem o świetnym zmyśle obserwacji oraz znajomości rzeczywistości lat sześćdziesiątych i siedemdziesiątych ubiegłego wieku. Ta umiejętność obserwacji pozwoliła mu doszlifować historie ludzi żyjących w tamtym okresie i nadać tym historiom wymiar prawdy, prawdy, pomimo obecnej w PRL-u cenzury - niezakłamanej. Z perspektywy lat widać, że zmianie uległa i rzeczywistość społeczno-polityczna w kraju, i scenografia opisywanych miejsc, i sami ludzie. Kogo dzisiaj byłoby stać na taką determinację w dążeniu do sukcesów w nauce i pracy, jaką wykazał Leszek Górecki lub uczniowie szkoły dla pracujących w "Profesorze na drodze"? A czy wielu jest dzisiaj takich nauczycieli jak grany przez Józefa Nalberczaka profesor uczący języka polskiego (w obu filmach!!!). Na oba pytania odpowiadam z całą powagą i mocą: - niewielu.

    Inne to były czasy. Inne mieliśmy problemy i nie chodzi mi o to, aby licytować się czy teraźniejszość jest w nie bogatsza czy też wręcz przeciwnie. Czy ludzie byli lepsi? Trudno powiedzieć. Może mniej byli żądni pieniędzy, więcej wiedzy. Tak jak i dzisiaj wielu z nas z trudem wiązało koniec z końcem, wytrzymywało do pierwszego. Może nawet my w latach sześćdziesiątych, siedemdziesiątych i osiemdziesiątych XX wieku nie mieliśmy takich szans rozwoju jak dzisiaj, lecz z drugiej strony w tamtej epoce mimo wszystko wszelkim naszym działaniom towarzyszył jakiś racjonalny cel, jaki staraliśmy się osiągnąć - były perspektywy, których dzisiaj niestety ma, poza tym, że mamy więcej sposobności na podłożenie nogi konkurentom, aby wyprzedzić ich w wyścigu szczurów. Pamiętam, że dawniej, kiedyśmy starali się o przyjęcie do szkoły średniej, wybieraliśmy najbliższe liceum czy technikum, a działo się to także z takiego powodu, że podświadomie chyba dążyliśmy do tego, aby móc szczycić się maturalną cenzurką zdobytą w lokalnej szkole z ukończenia której byliśmy dumni, a przy okazji móc promować tę szkołę znajdującą się w naszej krainie młodości.

    A dzisiaj? Rankingi szkół, wspomniany wyścig szczurów, wygórowane ambicje i późniejsze rozczarowania.

    Wypowiadając się na temat "Daleko od szosy" przykro mi się zrobiło, gdy przeczytałem wypowiedź Krzysztofa Stroińskiego, skądinąd świetnego autora, że rola Leszka zniweczyła jego plany aktorskie, że przez udział w tym serialu nie dostawał później ról, które pragnąłby zagrać. Myślę, że pan Krzysztof jest w błędzie, bo wcale nie jest powiedziane, że jego kariera aktorska obfitowałaby w sukcesy, gdyby nie rola Leszka Góreckiego. Nikt przecież nie zna swojej przyszłości, a w odniesieniu do przeszłości skazujemy się jedynie na "gdybanie". Z drugiej strony ci wszyscy aktorzy, nie tylko przecież polscy, mieli i mają podobne problemy polegające na zaszufladkowaniu ich, na skojarzeniu z konkretną odegraną rolę. Otóż wydaje mi się, że jeśli tak się dzieje i działo, to dlatego, że owa zapamiętana dogłębnie przez widzów postać filmowa odegrana została przez danego aktora wyśmienicie. Gdyby pan Stroiński, kolokwialnie mówiąc, "położył rolę Leszka", nie byłby przez publiczność zapamiętany, nie bito by mu braw i pewnie otrzymywałby jakieś tam role w trzecioligowych filmach, aby mógł się w końcu wykazać swym talentem. Myślę, że każdy aktor musi się liczyć z taką sytuacją, jaka była udziałem pana Stroińskiego, ale i Stanisława Mikulskiego czy Janusza Gajosa. To taka moja refleksja w tym temacie.

    A czego żałuję? Żałuję, że w dzisiejszych, jakże topornych czasach brak jest postaci, bohaterów książek i filmów, którzy wykraczaliby poza denną rzeczywistość pokazywaną w serialach, gdzie poza losowymi przypadkami, bohaterowie żyją jak pączki w maśle, a jakoś nie widać trudu i wysiłku, który usprawiedliwiałby ich, niejednokrotnie, życie ponad stan. Prawdziwa praca, poza dokumentem, jest w dzisiejszych czasach tematem tabu.


[06.11.2021, Toruń]




05 listopada 2021

ZAPISKI Z CZASÓW DYKTATURY (564) SEN Z PIESEŁKAMI.

 



564.

Czy to do pomyślenia? Leżysz sobie, człowieku, wyciągnięty, jak Pan Bóg przykazał, po prawej stronie rozłożonego narożnika, na sen czekasz, oby długi, pozwalający odpocząć po ciężkim dniu; leżysz zatem na tym narożniku mając lewą nogę podwyższoną, wspartą o poduszkę, bo tylko w ten sposób można poprawić krążenie krwi - wtedy trochę jaśnieje, bo za dnia jest koloru kasztanowego, sadowisz się najwygodniej, jak tylko możesz..., a tu masz, od wezgłowia zbliża się do ciebie jedna z piesełek, ta młodsza, wtula się w twoją głowę, w ramię, niemal kładzie się na nich - czujesz oddech suczki, a czasami jakąś dźwięczną rewolucję odbywającą się w jej jelitach; potem Masza, bo jest to to zwierzątko, zaczyna chrapać zupełnie jak człowiek i czasami trzeba wręcz zawołać:

- Człowieku, nie chrap, obudź się!

I czasami dostaje yorkówna kuksańca w bok, otwiera oczy mówiące:

- Co się stało staruszku, że przerywasz mi sen? Aha, rozumiem, chrapię... ale i ty chrapiesz, tyle razy słyszałam.

Akurat słyszała, ma taki mocny sen, kłamczuszka.

Ale to nie wszystko. Jeśli Masza śpi po lewej strony mojej głowy, druga piesełka atakuje z prawej. Sadowi się w nogach na wysokości łydki prawej nogi, o którą opiera cały ciężar swego ciała. Spróbuj się teraz, człowieku, poruszyć, przekręcić z boku na bok. Pół biedy z Maszą, ale Adelka, kiedy ledwie trącisz ją nogą, zbulwersowana tym faktem, warknie na człowieka, mówiąc:

- Obudziłeś mnie, człowieku i teraz muszę się ewakuować w inne miejsce, a do sąsiedniego pokoju drzwi zamknięte. I co będzie z nami? Mam ci odgryźć na wysokości kostki tę twoją zdrową nogę? Jak będziesz wtedy wyglądał?

Ale Adelka nie odgryzie mi nogi, ani nawet nie dotknie jej zębami, bo takie mamy ustalenia: ja jej nie gryzę i vice versa.

Tak sobie myślę, że przy całej niedogodności mojego nocnego snu, odczuwam niezwykłą satysfakcję z tego powodu, że piesełki wybierają akurat moją skromną osobę, aby pochrapać sobie do woli w noc ciemną.


[05.11.2021, Toruń]

03 listopada 2021

POEZJA (7) LEOPOLD STAFF - KRAJOBRAZY Z DRZEWAMI I WODĄ W TLE.

 

Jacek Fijałkowski - "Rozlewisko"



Nad czystą wodą


Ja, nad czystą wychowany wodą

zapraszającą latem do kąpieli,

wieczorami pod gałązką młodą

wierzby usiadłszy z głową w chmur bieli,

dobywałem ze stawowych głębi

ostrozębego szczupaka - władcę

tych wód, nad którèmi raptem skłębił

się wir wietrzny unoszący latawce

puszczane przez dziecięce marzenia,

ja, z pamięcią swoją absolutną

stawam przed krainą, której nie ma,

z pieśnią bezużytecznie pokutną.


O, nie, to nie pana Leopolda Staffa, Wielkiego Poety, zdaniem Różewicza, wiersz. To tylko ja spojrzałem za siebie i kilka sentymentalnych słów złączyło się we w miarę logiczną całość. A stało się to za przyczyną trzech krótkich wierszy poety trzech epok literackich.

Oto pierwszy:

Wieczór po deszczu

Po deszczu, który ustał przed zachodem

I z trawy rosą tęczową wyziera,

W powietrzu czystem, wysokiem i młodem

Watą obłoków wiatr niebo wyciera.


Graby nad stawem zaszumiały z cicha,

Dzięcioł zastukał w gałąź świerka suchą,

Chwiejny tatarak zasypiając wzdycha,

Milknąc z ostatnim komarem i muchą.


Żaba spod nóg mi skoczyła do wody

I z pluskiem wstały kręgi na bajorze,

Kędy obliczem jutrzejszej pogody

Złoto czerwienią się wieczorne zorze.


Jakże bliski moim wspomnieniom obraz przyrody. Ileż przeżyłem w swoim życiu takich wieczorów czystych, z wysokim niebem, gdy niegłośno szumią graby (w mojej młodej krainie szczęśliwości  występujące rzadko) a łodygi tataraku zamierają w bezruchu. Ileż to razy przechodząc skrajem wąskiej ścieżyny pomiędzy ceglanym parkanem a urwistym brzegiem stawu, spod moich niespiesznych nóg zielone żaby straszyły mnie swoimi nagłymi skokami w nieruchomą toń wody. Kiedy zaś wyszedłem na drogę, niepiękną, szutrową, ze szpalerami kasztanowców po obu jej stronach dostrzegałem takie czerwieniące się złoto zachodzącego słońca - znak dobrej, pomyślnej pogody.


Wysokie drzewa


O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa,

W brązie zachodu kute wieczornym promieniem,

Nad wodą, co się pawich barw blaskiem rozlewa,

Pogłębiona odbitych konarów sklepieniem.


Zapach wody, zielony w cieniu, złoty w słońcu,

W bezwietrzu sennym ledwo miesza się, kołysze,

Gdy z łąk koniki polne w sierpniowym gorącu

Tysiącem srebrnych nożyc szybko strzygą ciszę.


Z wolna wszystko umilka, zapada w krąg głusza

I zmierzch ciemnością smukłe korony odziewa,

Z których widmami rośnie wyzwolona dusza...

O, cóż jest piękniejszego niż wysokie drzewa!


Podzielam zachwyt poety nad drzewami - wysokimi, stojącymi nad wodą, w pawiej barwie wieczoru, rzucającymi cień na wodę, przez co ta zasłonięta od strony nieboskłonu konarami drzew woda  staje się nie tylko ciemniejsza, ale i głębsza. Jakże odmiennie kolorowy jest u Staffa zapach wody - zależny od ilości światła dostarczonego naturze. Poeta zwraca też uwagę na nocne pogwarki koników polnych - kto z nas nie słyszał tych dźwięków powracając z późnosierpniowych spacerów. Powoli po takiej eskapadzie zapada cisza, a ciemność nocy pokrywa smukłe korony drzew - takich jak topole w krainie mojej szczęśliwości - topole prowadzące mnie za rękę do miasteczka.


Nad stawem


Cisza na wodzie nieruchomej

Gładkim zwierciadłem błękitnieje.

Staw jest od blasku niewidomy:

Oślepł. I nic się już nie dzieje.


Nagle rozpęka wody szyba

I w kropel wytrysk się przemienia

To wystrzeliła z głębi ryba:

Wykrzyknik własnego milczenia.


Przechodziłem groblą wedle takiego stawu ze znieruchomiałą twarzą wodnej toni, błękitniejącym od odartego z chmur nieba, i rzeczywiście nie jeden raz przeżyłem owo rozpęknięcie się wody, wytrysk kropel, wystrzelenie ryb, które albo w pogoni za nadwodnym owadem, albo salwując się ucieczką przed żarłocznymi okoniem, szczupakiem lub węgorzem wyskakują śmiało ponad powierzchnię wody. Wiersz precyzyjnie oddaje ten stan nagłej przemiany.


[03.11.2021, Toruń]


02 listopada 2021

ZACZYNAMY OD BACHA (4) - AWDIEJEWA - SZOPEN - MUSORGSKI

 

    Niedawno zakończył się XVIII Międzynarodowy Konkurs Pianistyczny im. Fryderyka Chopina, lecz zanim napiszę coś na jego temat, przypomnę w kawiarence Juliannę Awdiejewą, zdobywczynię głównej nagrody z roku 2010.

    Julianna od samego otwarcia na pierwszym etapie była moją faworytką i tak już zostało do samego końca. Znakomite wyczucie rytmu i zmienności nastroju, delikatne rubato świadczące o indywidualności i odwadze pianistki, skupienie się na muzyce, nie zaś na akrobacjach mowy ciała, co zdarza dosyć często wśród uczestników Konkursu, słowem Julianna zagrała tak, w jaki sposób wyobrażałem sobie, że Szopen powinien być grany - kiedy trzeba energicznie, mocno, ale też innym razem łagodnie i subtelnie.

    Mnie - laika w odniesieniu do muzyki klasycznej zawsze interesowało, w jaki sposób grana jest sonata b-moll z opusu 35-go, a w niej przecudny "Marche Funèbre". Zachwyciła mnie nim... taki cudowny fragment, przejście w 14'57'' i następne sekundy - coś genialnego dokonały palce Julianny i jakież dostojne, pełne zadumy "lento".

Udostępniony fragment sonaty ma na uwadze głównie ten marsz. Początek 14'07".


Julianna Awdiejewa-Fryderyk Szopen -"Sonata b - moll, op. 35"

    Kolejnym utworem Fryderyka Szopena, który ja osobiście traktuję jako wyznacznik świetności pianisty / pianistki jest Ballada f - moll. I w tym utworze Julianna jest świetna - idealnie wpisuje się w tajemniczy klimat ballady, reaguje z misterną precyzją na iloczas pomiędzy dźwiękami. Chyba tylko jedno jedyne wykonanie tej ballady przez Krystiana Zimermana wydaje się mieć odrobinę więcej subtelności z opusu 52.


Julianna Awdiejewa - Fryderyk Szopen - "Ballada f - moll, op. 52"


    Kariera Julianny Awdiejewej potoczyła się po zwycięstwie w konkursie szopenowskim wzorcowo. To już nie tylko Szopen, a Prokofiew, Beethoven, Bach i, co udostępniam na koniec - Modest Musorgski z jego prześwietnymi "Obrazkami z wystawy". I w tym utworze Julianna pokazuje swój kunszt. Na uwagę zasługuje niezwykła czystość fortepianowego dźwięku, dynamika muzycznego opisu, a z motywu przemieszczania się pomiędzy obrazami emanuje radość. Pragnę też zwrócić uwagę na sam początek występu - w jaki sposób artystka zareagowała na... zobaczmy.

A tak przy okazji "Obrazki z wystawy" to dzieło genialne.



Julianna Awdiejewa - Modest Musorgski - "Obrazki z wystawy"

[02.11.2021, Toruń]


SZTUKA I LITERATURA - WOKÓŁ LUDZI BEZDOMNYCH (2)

 

Alfred Lenica (1899-1977) - "Robotnicy"

    Ludzie bezdomni” to powieść społeczna, dotykająca ważnych problemów pokolenia współczesnego Żeromskiemu, Reymontowi, a także Prusowi. Można śmiało powiedzieć, że ci trzej mistrzowie pióra chwycili się tematu, który dopiero w połowie XX wieku pojawi się w pełnej krasie, szkoda tylko, że nie zawsze autorami będą pisarze tak wybitni, jak ci trzej wymienieni wyżej.

    Bolesław Prus w "Lalce", zwłaszcza w opisie Powiśla (na marginesie - Tomasz Judym Żeromskiego także wychował się na Powiślu) zapoczątkował drążenie tematu robotniczej biedy. Dwa kroki dalej poszedł Stefan Żeromski, który w sposób energiczniejszy każe Judymowi próbować likwidować chorobotwórczą biedę wyrobników z Cisów i górników z Zagłębia. Siłę ale i słabość klasy robotniczej pokazuje z kolei Reymont w "Ziemi obiecanej". Jest juz zatem krok do rewolucji.

    Wydaje się, że ta najbardziej współczesna nam literatura, sztuka, film, nie mówiąc już o teatrze pomija niemal całkowicie problem tej części społeczeństwa, które jeszcze nie tak dawno, przynajmniej w założeniu, była przodująca klasą narodu. Zniknęła PRL i robotnicy - ci, na ramionach których do głosu doszła inteligencja opozycyjna, katolicka i partyjna, ci robotnicy zniknęli z mediów, choć od czasu do czasu przypominano ich sobie w czasie wyborów.

    Prawdą jest, że dzisiejsi robotnicy jakże różni są od tych z przełomu XIX i XX wieku, z okresu międzywojnia i PRL-u. Przekształcili się oni na różnego typu usługodawców, nie chodzą już w kufajkach, pracują w znacznie mniej licznych grupach, częstokroć pozbawieni ochrony związkowej. Ale przecież istnieją, choć tak jakby na pograniczu konsumpcyjnej, globalnej, często antyludzkiej cywilizacji.

    Przykre jest zwłaszcza to, że po dokonaniu się transformacji ustrojowej siły polityczne od lewa poprzez środek do prawicy unikają rzetelnej dyskusji o tych, dzięki którym w rozmaitych konfiguracjach znajdują lub znajdowali się u przysłowiowego koryta.

- Lewica zawstydzona związkami z PZPR udawała, że jest lewicą, podkochiwała się w liberałach, a także, o dziwo w prawicowej napuszonej propagandzie populistycznej; ostatnio ta parlamentarna lewica skutecznie wprowadza w życie stalinowskie metody rządzenia zasobami ludzkimi,

- Liberałowie mieli od momentu przełomu klasę robotniczą za nic... o, przepraszam, zupka od Kuronia i zasiłki

- Prawica wręcz neguje istnienie klasy robotniczej, ale po dojściu do władzy, aby tę władzę utrzymać, puszcza oko do najbiedniejszych, daje im dziesiątki złotych po to, aby zniwelować te tysiące, które prawicy się przecież należą,

- Ruch ludowy ma swój elektorat, więc nie będzie sobie zawracał głowy miastowymi robotnikami,

- Ugrupowania katolickie dają na tacę i częściowo zaglądają pod kołdrę, więc ze zrozumiałych względów nie interesuje ich nic innego,

- Narodowcy i faszyści świętują 11-go listopada i czasami dają po mordzie.

    No i proszę, nie chciałem tego, a zrobiło się politycznie, ale przejdźmy do ad rem. Właściwie to chciałem w niniejszym tekście nawiązać do ostatniego akapitu napisanego w pierwszej edycji tego cyklu o bezdomnych. Nawiązując do "Ludzi bezdomnych" omawianych w liceum, odbywam podróż wstecz, w jedną tylko stronę. Otóż, tak sądzę, moje pokolenie lub przynajmniej znaczna część tego pokolenia naprawdę uważała, że zmiany w Polsce jak i też innych krajach socjalistycznych leżących na wschód od Łaby... mniej więcej miały sens. Rzeczywiście po wieku marzeń i nadludzkiej cierpliwości, robotnicy wyszli z ciemnych i chorych nor Powiśla, dano im do ręki książkę i pióro, aby się kształcili, uzyskali dostęp do leczenia, szkół i uczelni i coraz bliżej było do tego, aby otrzymali mit kolejny - szklane domy.

    Nie będę ukrywał, że mając lat siedemnaście czy osiemnaście, a także więcej, sądziłem, że krok po kroku postawimy jako społeczeństwo te szklane domy. Okazało się inaczej. Kiedy dzisiaj konfrontuję teraźniejszość z przeszłością, wyciągam wniosek, że jestem bezdomny jak doktor Judym, jak inżynier Korzecki, jak Joanna Podborska.


[02.11.2021, Toruń]