Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

13 października 2017

OKRUSZKI… SIĘ NINA NAZYWAM

Rozlokowano nas na trzech piętrach pensjonatu usytuowanego na opadającym ku rzeczce stoku. Jadalnię mieliśmy na dole, na parterze. Dzieliliśmy ją z nieliczną grupą wczasowiczów, którzy zajmowali głównie parter. Przypominam sobie pewną kobietę, młodą jeszcze, przed trzydziestką, która spędzała styczniowe wczasy z córeczką. Ładne to było dziecko, chyba pięcioletnie; wyrywało się spod kurateli matki i lgnęło wprost do naszej licealnej, mieszanej grupy, która schodziła na posiłki chętnie i zwartą kolumną, bo apetyt nam dopisywał. Dziewczynka miała długie, kasztanowe, po matce, włosy i była śmiała. Dochodziła do stolików, przy których spożywaliśmy posiłki i do każdego z nas wyciągała rączkę, przedstawiając się przy tym zabawnie.
- Się Nina nazywam - mówiła z dumą i zaraz potem dodawała: - Pobawisz się ze mną?
Matka była początkowo zirytowana zachowaniem córeczki, która naszą szkolną grupę traktowała jako partnerów do zabawy i - słowa matki - zawracała nam głowę swoją obecnością. Nam jednak Nina w niczym nie przeszkadzała i zdarzały się takie gry i zabawy, do których ją zapraszaliśmy, oczywiście po wcześniejszym uzyskaniu zgody matki.
Mnie osobiście zastanawiało to, dlaczego kobieta przyjechała do Świeradowa tylko z córką, bez męża. Nawet nie dopuszczałem do siebie myśli, że ta urocza szatynka może być panną, a że tak było, dowiedziałem się w połowie turnusu od Magdy i Doroty, najstarszych w naszej grupie, ze zdaną maturą, lecz niepowodzeniami w egzaminach na studia medyczne.
Można powiedzieć, że Magdę i Dorotę wzięto na turnus, a właściwie wziął je mój licealny wychowawca „na dokładkę”. Obie dziewczyny w najmniejszym stopniu korzystały z dobrodziejstwa wczasów; nie uczestniczyły w zbyt wielu spacerach po górach, w przejażdżkach sankami i na nartach. Rzadko też schodziły na dół na five o’clocki i nie udzielały się jako promotorki gier i zabaw, jakie nam urządzano, gdy wietrzna śnieżyca szalała za oknami, równając niebiosa ze świerkowym lasem na wzgórzach przykrytych głęboką, puszystą czapą śniegu. Kiedy jednak mieliśmy sposobność obejrzenia Sudetów ze Szrenicy albo ze szczytu Śnieżki (pogoda akurat wtedy dopisała, a najważniejsze, że przestało wiać) obie dziewczyny nie dość, że nie zrezygnowały z tych wojaży, to jeszcze stały się podporą turnusowych wychowawców, a same wspinaczki na szczyty gór po zaśnieżonych szlakach nie sprawiały im żadnych trudności; okazało się, że z naszego grona są chyba najlepiej wysportowane.
Po wczesnej zazwyczaj kolacji znikały z pola naszego widzenia i zamykały się w swoim małym pokoju na poddaszu. Przedtem jednak, jeszcze podczas posiłku, podchodziły do mnie i zapraszały do siebie na ósmą. Ulatniałem się po angielsku z mego czteroosobowego pokoju na pierwszym piętrze, uważając też, aby wychowawcy nie spostrzegli mojej nieobecności, bo już po ósmej wieczorem, a najdalej o dziesiątej chłopcy nie powinni zadawać się z dziewczętami - od tego były półtoragodzinne five o’clocki, podczas których można było przytulić się do koleżanki w tańcu, choć wtedy tańczono zwykle osobno - taka moda. Wspinałem się wąskimi, krętymi schodami, zważając na to, aby te nie zanadto nie skrzypiały podczas wchodzenia. Do drzwi absolwentek pukałem trzy razy i do tego bardzo cicho. Otwierały mi je dyskretnie i zaraz zamykały za mną.
Jeśli kto myśli, że te nasze wieczorne schadzki miały podtekst erotyczny, to jest w wielkim błędzie. Dziewczyny wkuwały do egzaminów na studia, a na stole, do którego mnie zaprosiły leżały solidnie grube księgi z biologii, chemii i fizyki oraz medyczne: jakieś encyklopedie, poradniki i studenckie skrypty. Kartki każdej z tych ksiąg przedzielone były ponumerowanymi fiszkami z pytaniami po jednej stronie i z odpowiedziami po drugiej. Moim zadaniem było sprawdzić wiedzę dziewczyn, korzystając z pytań zapisanych na fiszkach. Dorota powiedziała, że to najlepszy sposób na przekonanie się, co umieją, bo jako zadający pytania jestem obiektywny. Odpowiedzi, jakie mi udzielały, konfrontowałem z tymi zapisanymi na drugiej stronie karteczek. Większości pytań, jak i też odpowiedzi nie rozumiałem, ale potrafiąc przecież czytać, mogłem w stosunkowo prosty sposób rozpoznać, czy wiedza przepytywanych przeze mnie absolwentek liceum jest wystarczająca, aby uważać, że daną partię materiału opanowały w sposób niebudzący wątpliwości.
Ten swoisty egzamin, przeprowadzenia którego się podjąłem, trwał zazwyczaj do dwóch godzin, lecz jakoś nie czułem się nim zmęczony. Być może dlatego, że po nim następowało sympatyczne rozluźnienie: graliśmy w karty, Magda stawiała mi pasjanse, rozmawialiśmy długo o sprawach niekoniecznie związanych ze szkołą, więcej z życiem.
Pewnego razu, a było to podczas jednego z pierwszych naszych spotkań w pokoju na poddaszu, załomotano do drzwi.
Dorota podbiegła, aby je otworzyć.
Za progiem ukazała się nam zafrasowana, by nie powiedzieć zdenerwowana postać naszego wychowawcy - kierownika kolonii.
- O, mój Boże, ty jesteś tutaj? Szukamy cię od dwóch godzin. Dochodzi północ, a ty u dziewcząt… - głos wychowawcy był poirytowany, ale też można było odczuć w nim uspokojenie. - Nie byłeś na apelu. Nie wyobrażasz sobie, jak się martwiliśmy… jeszcze chwila, a mieliśmy powiadomić milicję o twoim zaginięciu.
Magda z Dorotą prześcigały się w usprawiedliwieniu mojej nieobecności na apelu, aż w końcu nasz wychowawca uspokoił się na tyle, że zdobył się na przyjazny uśmiech, po czym poinformował nas, że na kolejny dzień zaplanował nocny kulig z ogniskiem - to był właśnie główny punkt omawiany na apelu.
Dziewczyny spojrzały po sobie nie bardzo zadowolone. Nocna przejażdżka saniami, wprawdzie przyjemna, kolidowała z ich planami; wszak przyjechały tutaj głównie po to, aby zakuwać do egzaminów. Spojrzały na mnie znacząco.
- Panie profesorze - zacząłem nieśmiało, potem coraz pewniej, zdecydowanie - daruję sobie ten kulig… zostanę w pensjonacie z dziewczynami.
Pan Wojciech zareagował spokojem na moje słowa. Podejrzewałem, że doskonale wie o tym, że Magda z Dorotą przedkładają naukę nad przyjemności wynikające z pobytu na kolonii. Być może dziwił się temu, że absolwentki zdołały przekonać mnie do tego, abym towarzyszył im w nauce. Krótko ale wnikliwie przeanalizował całą sytuację i powiedział:
- W takim razie zwolni się miejsce w saniach dla pani Majewskiej i jej dziecka.
Chodziło, rzecz jasna, o Ninę i jej matkę.

Któregoś dnia, a był to dzień kwietniowy, szczególnie piękny i słoneczny tego roku, godzina z wychowawcą wypadła nam na samym końcu zajęć; nie dość, że wypadła, to jeszcze się przeciągnęła - pan Wojciech planował dla nas jakąś wycieczkę podczas matury. Nam, podówczas trzecioklasistom, pomysł ten jak najbardziej się spodobał; mieliśmy jednak sporo pytań i uwag dotyczących planowanego przez wychowawcę przedsięwzięcia i stąd lekcja przeciągnęła się ponad miarę.
W pewnej chwili usłyszeliśmy pukanie do drzwi. Pan Wojciech podszedł do nich, otworzył je, a ja, siedzący w pierwszym rzędzie, zerkając w stronę otwartych już drzwi, rozpoznałem stojącą za nimi kobietę. Wychowawca wyszedł na korytarz, zamknął za sobą drzwi, po czym drzwi otworzyły się jakby same i do klasy wbiegła szybkimi krokami dziewczynka z długimi kręconymi włoskami.
- Się Nina nazywam - przemówiła do nas czystym, dźwięcznym, niemal aktorskim głosem.

Na ślub matki Niny z naszym wychowawcą, który wyznaczono na połowę czerwca, udaliśmy się oczywiście całą klasą.

[12.10.2017, Dobrzelin]

8 komentarzy:

  1. Jaki zbieg okoliczności połączył dwoje ludzi...
    A mnie ujęło twoje poświecenie dla nauki, wszak nie tylko studentkom przyszłym pomogłeś, ale i sam nieci pewnie wiedzy liznąłeś przy okazji...chyba, że to nie o Tobie opowieść, a czysta fikcja.

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. ... powiedzmy, że w połowie ta opowieść nie mija się z prawdą, a wątek "wspólnej nauki" akurat jest prawdziwy....

      Usuń
  2. I pomyśleć, że takie ciekawe sytuacje omijają tych, co nie jeżdżą na kolonie i obozy. Współcześni jeżdżą zwykle z rodzicami do kurortów lub w ciepłe kraje
    Serdecznie pozdrawiam

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. oj, masz rację... a znasz "Obozowe tango"
      https://www.youtube.com/watch?v=wgC8eQxTLOw
      ...pozdrawiam...

      Usuń
    2. Oczywiście, skoro nie tylko byłam harcerką, ale prowadziłam drużynę, więc "płonie ognisko także oraz:
      https://www.youtube.com/watch?v=MrYu6imwXgw

      Usuń
    3. ... ja też miałem swoją potyczkę z harcerstwem, więc i to ognisko, i wiele innych pieśni nie jest mi obcych... ech, to były czasy!!! pozdrawiam

      Usuń
  3. To w końcu Ciebie przepytywała mama Niny?
    Bo już się pogubiłam :-)))
    Żartuję oczywiscie.
    :-)

    OdpowiedzUsuń
    Odpowiedzi
    1. Wszelkie podobieństwo do prawdziwych postaci i zdarzeń NIE jest przypadkowe :-) z wyjątkiem większości imion, które zostały potwornie zniekształcone :-) Gdzieżbym tam ja, tak zaawansowany w swojej nieśmiałości młodzian, miał zamienić słów choć parę z matką dziewczynki. Z tą młodszą oczywiście rozmawiałem... się nazywała Nina :-) pozdrawiam

      Usuń