Leśmian 2017

Leśmian 2017
autor: Jotka

O "kawiarence"


Wszystkie teksty opublikowane w "kawiarence"
automatycznie stają się własnością publiczną, a
autor ich nie żywi pretensji do:
- nieczytania ich,
- komentowania, jak się komu podoba,
- wykorzystywania ich wedle życzenia wykorzystującego,
- a nawet do podawania się za autora pozostawionych
w kawiarence gryzmołów, od czego piszącemu te słowa
przecie nie ubędzie, a co najwyżej go rozbawi

09 maja 2015

NAPRAWĘ NIEZWYKŁY KOTEŃKO

Choć południowy wiatr dawał znak, ze prawdziwa wiosna jeszcze przed progiem nieśmiało stoi i wzbrania się przed naciśnięciem klamki, radca Krach Romskiego do kawiarnianego ogródka poprowadził, gdzie obaj spoczęli przy pierwszym z brzegu stoliku. Wprawdzie uroczyste otwarcie tej części kawiarenkowej przestrzeni miało się odbyć w sobotę, lecz przecież pan radca to gość specjalny, cieszący się tutaj zasłużonymi względami, toteż nic dziwnego, że Maria z nadzwyczajną radością otworzyła drzwi do nowego przybytku, pytając, czego tym razem pan radca sobie życzy.
Życzenie miał względem porządnie mocnej kawy dla siebie i gościa oraz po serniczku, który słodkości szlachetnemu napojowi doda, który obaj panowie spożywali wszakże bez domieszki cukru.
- Zatem, panie Romanie – rozpoczął radca Krach, kiedy tylko Marysia postawiła na stole zamówienie i szybciutko oddaliła się (pewnie zerknąć, czy mała Róża nie wyrwała się przypadkiem z objęć Morfeusza) – uzgodniliśmy warunki i cieszę się, że, póki co, na powitanie, nie zedrze pan z nas skóry.
- Powiedzmy, że potraktuję państwa nadzwyczajnie. Raz, że spodobał mi się wasz pomysł; dwa, że zanosi się na dłuższą współpracę, a trzy… - tu pan Roman Romski zawahał się przez należyta chwilę, tak jakby nie do końca był przekonany, że ten trzeci powód powinien był wyjawić. W końcu jednak uległ proszącemu wzrokowi pana radcy. – Trzecim powodem jest doktor Koteńko, który, jak mniemam, w rzeczoną publikację jest włączony.
- Nie inaczej… no proszę… doktor Koteńko – westchnął radca Krach.
- A tak. Pan doktor tak skutecznie zaangażował się w leczenie mojej żony, że gdyby nie on, pewnie do tego czasu byłbym wdowcem. Tylko jego wnikliwości i umiejętnościom zawdzięczam tak wczesne rozpoznanie, rozumie pan, choroby, która… - tu poo raz drugi Romski zaciął się. Widocznie przypomniał sobie ów dzień, po którym, jak się wydawało, jedynie noc ciemna i płaczliwa nastanie, lecz nic takiego nie nastąpiło, a  po pani Romskiej do dziś dnia, ani znaku okrutnej choroby nie widać.
- Oj tak – wyrzekł radca – ja tu często się z panem doktorem przekomarzam, że w sieci ułapion przez energiczna pania Zofię, lecz w samej rzeczy pan Koteńko to lekarz, którego darmo ze świecą szukać, prawdziwy wybawca z chorób, z powołania.
- Oby nam jak najdłużej służył – dodał Romski – mam dla niego szacunek i obiecałem sobie do śmierci być jego wdzięcznym dłużnikiem.
Uradowały radcę Kracha tak sprawiedliwe o jego przyjacielu słowa a znając mądre powiedzenie, że przyjaciele moich przyjaciół są moimi przyjaciółmi, wyrokował, że dla ważności przedsięwzięcia, jakiego się podjął, każda nowa, pomocna i przyjacielska dłoń nie może być odrzucona. Pan radca przeczuwał, że w Romskim taką przyjazną duszę odnajdzie.
- Rozumiem – ciągnął pan Roman – że dla pana doktora znajdzie się miejsce w czasopiśmie w związku z profesją, jaką uprawia?
- Nie inaczej – potwierdził Krach – choć pan Koteńko gustuje też w muzyce. Co ja mówię, gustuje, on jest, kto wie, czy nie najsławniejszym w mieście koneserem muzyki nie bardzo lekkiej, czemu przyklasnąć wypada, bo od tej mniej poważnej specjalistów jest wielu.. Nie masz też potężniejszego od niego kolekcjonera płyt wszelkiej maści: tych prastarych – winylowych i tych najnowocześniejszego formatu. Nadto, pan doktor o muzyce potrafi tak pięknie mówić, że człowiek, przywykły do szlachetnych trunków, o kolejnym kieliszku zapomina. Niech pan tylko spróbuje go zagadnąć na muzyczne tematy. Tedy naszemu panu doktorowi zasugerowałem, aby zechciał się o muzyce wypisać w naszym czasopiśmie.
- Nie dziwię się – odparł Romski – zauważyłem bowiem, że w gabinecie doktora cały czas jakieś przyciszone melodie sączą się z głośników; cichutko, niby niezauważalnie, ale przecież słychać te dźwięki już w poczekalni.
Rozmawiając w ten sposób wypili kawę, pojedli serniczka i pewnie by kolejne złożyli na te smakowitości zamówienie, gdyby nie fakt, że pan Romski miał w swojej drukarni pracę, a lubił w warsztacie swym siedzieć do północy.
- Tak więc, panie Romski, podsumujmy: redaktor Pokorski opracowuje z panem szatę graficzna pisma, pani Zofia pilnuje pierwszych artykułów pisma (już tam cos dla pana przygotowała), a ja dopinam sprawę stowarzyszenia, które będzie wydawać nasze pismo. Z kolei z pomocą mecenasa Szydełki zadbamy o jak najszybsze postaranie się o obowiązkowy numer ISBN, a przez caly ten czas pani Zofia zmobilizuje pozostałych do napoczęcia pierwszych publikacji.
- Jasne, rozumie się. Kiedy tylko zgromadzimy artykuły do pierwszego numery, trzeba by wszystkich zebrać i przedstawić graficzne warianty naszego pisma – „Naszego Głosu”, bo taka jest robocza nazwa czasopisma.
- W rzeczy samej – potwierdził radca Krach ujęty tym, że Romski tak pięknie użył określania „naszego pisma”.
Wstali od stołu i już mieli przecisnąć się przez drzwi łączące obie kawiarniane przestrzenie, gdy nagle w tych drzwiach wyrosła pani Zofia Koteńkowa. na jej nieskazitelnie przyróżowionej cielistej barwy pudrem twarzy malował się uśmiech połączony z ekscytacją. Tuż za nią stał kawiarennik, dotrzymujący kobiecie kroku także w malowniczym, acz zagadkowym uśmiechu. 
- Panie radco – niemal wykrzyknęła pani Zofia, a ujrzawszy tuż za panem Krachem smukłą postać Romskiego, wykrzyknęła powtórnie: - Panowie, mój mąż jest naprawdę niezwykły!!!
- Lepiej późno, niż wcale – filozoficznie zwrócił uwagę radca Krach.
- Co, proszę?
- Niemal w rok po ślubie doceniła pani przymioty swego męża – tu radca Krach pozwolił sobie na zamaszysto-kpiarski uśmiech.
- Och, panie radco, te żarty nigdy pana nie opuszczą, a sprawa jest ogromnej wagi.
- Pani Zosieńko, skoro tak, zatem trzeba ją omówić.
zasiedli więc w troje przy stoliku, przy którym jeszcze przed chwilą pan radca z Romskim urzędował. Ten drugi, niestety, pożegnać się musiał; jedynie z panią Zofia ustalił dzień i godzinę spotkania w drukarni.
I w taki sposób, przy kolejnej kawie, przy serniczku, trójka przyjaciół odbyła jeszcze jedną ważną rozmowę, podczas której dokonano rozbioru logicznego zdania, którego esencją była niezwykłość doktora Koteńki.

(16.04.2015)

Brak komentarzy:

Prześlij komentarz